Porozmawiać o depresji

BY CIĘ POWITAĆ...

 

http://www.reocities.com/magdanawrocka/maciek/index.html

By Cię powitać, wychodzę Ci naprzeciw, z uśmiechem, z zaufaniem, gościnnie - po polsku. Cieplej na sercu mi się robi, gdy pomyślę, że zechciałeś mnie tu odwiedzić, poznać, posłuchać, ale i też być może samemu się do mnie zbliżyć, opowiedzieć o Sobie, nawiązać ze mną przyjacielski dialog. Uwielbiam ludzi, jestem ich łakomie ciekawa. Nie bierz więc, z góry proszę, mych być może zbyt szczerych, zbyt otwarcie postawionych pytań czy kwestii za niedyskrecję, za prymitywne niewyżyte babskie wścibstwo. To moja ciekawość życia i ludzi przybiera taką na pozór obcesową formę.

Ja z Tobą również będę szczera, dlaczego miałabym nie być? Opowiem o sobie takiej, jaką się widzę. Wszystkiego po trochu jest w tym wizerunku: i mocne punkty, pewne ideały, wartości jak gwiazdy przewodnie, wnioski i obserwacje nabierające perswazji pewników, ale też i wady, mniejsze i większe grzeszki, pomyłki, potknięcia, wątpliwości, rozterki. Taka właśnie jestem, z tego się składa moje powszednie życie, daleko mu do ideału kryształowej solidności i przejrzystości.

Wiesz już o mnie, że mieszkam we Francji, że jestem pedagogiem, pracuję z ludźmi upośledzonymi umysłowo. Dopowiem ci jeszcze o sobie, że kocham dzieci, uwielbiam mój zawód, cenię życie, lubię podumać nad tym i owym, przenosząc myśli i obserwacje na papier.

Czym jest moje pisanie? Próbą refleksji nad dużymi i małymi sprawami życia. Skąd się ono bierze? Jest we mnie, to mój wewnętrzny rezonans. Tyle jest rożnych strun, które nawet leciutko poruszone, odżywają, wydają oddźwięk. To, co opisuję gra we mnie. Myślę, że tak właściwie to cała się składam z takich małych, odegranych kiedyś w mym życiu melodii: tu ktoś z rodziny, tam wspomnienie z dzieciństwa, nostalgiczny pejzażyk rodzinnego kraju, dobre przeżycie, dramatyczne przejście, niby nic nieznaczący epizod, a mimo wszystko zapamiętany i wypływający niespodziewanie ze złogów pamięciowych, by ożyć i dać do myślenia... Tak się to wszystko wygrywa po kolei, zależnie od chwilowej podniety rezonuje. A ja tylko łapię lotne myśli w biegu, zamykam je w słowach - i, ot, całe moje pisanie.

O Czym piszę, chcesz wiedzieć. "Czego serce pełne, tym usta płyną" mówi ludowe przysłowie i tak jest ze mną. Piszę o tym, co lubię lub czego nienawidzę, co mnie napawa obawą, a co nadzieją, otuchą. Przedstawiam tu jedynie mój osobisty, skromny punkt widzenia. Patrzę na świat przez własne okulary, a raczej nie są to proste okulary, co dosyć specjalne wielobarwne szkła kontaktowe.

To jak widzę, zależy od tego na co patrzę, pod jakim kątem, w jakim kontekście. Tak nawet sobie myślę, że to chyba nie są płaskie szkła, ale raczej jakieś pryzmaty z ich kątem łamiącym, rozszczepieniem światła i widmem. Kolory świata rozszczepiają się przez pryzmat tęczy. Wierz mi, że to daje niebywale dużo odcieni. Niekiedy obraz jest jasny, przejrzysty - świat wydaje się dobry, wesoły i miły. Za to innym razem przybiera barwę ciemnego fioletu, ukazując rzeczy w ich brzydocie. Rozwijając jakiś temat, celowo przejaskrawiam, niekiedy ironizuję. Z konieczności uogólniam, chociaż wiem, że to naciągane, bo życie jest wielowymiarowe i cholernie płynne - wiele zależy od nas samych i złożonego kontekstu. I tak jest dobrze. Czym większa ta różnorodność, złożoność, tym według mnie jesteśmy psychicznie ciekawsi i bogatsi. A o to przecież chodzi.

Nie mam żadnego profesjonalnego przygotowania pisarskiego, dorabiam się dopiero żmudnie, i to na zasadzie prób i błędów, własnego, jak to się mówi, literackiego warsztatu. Myślę jednak, że dobry tekst ma przede wszystkim pobudzać do myślenia, reakcji, dlatego powinno w nim wyleźć to, co chce się powiedzieć. Niech da się odczuć, a nawet zaboli tam, gdzie szczególnie pragnie się nacisnąć. Nieraz niegłupio prowokować, zadrażniać. Coś jak z karykaturą - wszystko, co istotne i kontrowersyjne, często w swych nagich kreskach jest bezlitosne i ośmieszające, krzyczące.

Piszę w swoim imieniu, dużo piszę o sobie. Zakrawa to na niezły egocentryzm. Jest to jednak poletko znane mi najbardziej, poletko, które sama uprawiam, z którego zbieram owoce, ale i również na którym wciąż się potykam, więc znam przeszkody, zasadzki, w sumie poruszać mi się na nim łatwiej. Wprawdzie moje pisanie jest zapisem moich osobistych przemyśleń czy przeżyć, lecz jak mówi Philip Guedalla: "Autobiografia jest wspaniałym sposobem mówienia całej prawdy... o innych ludziach". Prawda o sobie, prawda o innych - oto, czego usilnie szukam.

("wentyl")

"Czy nie sądzisz, że to Twoje pisanie pomogło Ci w wyzdrowieniu?"

Chyba masz rację. Każda choroba, a już szczególnie psychiczna, rozwala człowieka od środka, dusi i przygniata. Konieczny jest wentyl. Psychotropy łagodzą napięcie, niwelują lęki - wspomagają reorganizację zaburzonej osobowości, jednak całą "brudną robotę" wewnętrznych porządków musi dokonać wcześniej czy później sam pacjent. A żeby tego dokonać musi zacząć "gadać". Ze sobą samym, z psychoterapeutą, z sąsiadem wariatem, z milionami z podestu - nieważne, ważne tylko, by wreszcie puścił farbę.:-)

I tu się rodzi ekspresja - jaka by nie była! Poeta wykrzyczy się w metaforach, w naładowanych emocją myślowych skrótach, ten, który złapie za pędzel odmaluje czarnego nietoperza zionącego ogniem, z oszalałymi ślepiami i z ogonem zapętlonej spirali, "rzeźbiarz" uwali kupę i zatytułuje swoje dzieło np. "ja" albo "świat" - i to jest ta kwintesencja, ten psychiczny zadzior, ten ból wreszcie jakoś tam z siebie wypluty. Forma krzycząca symbolami. Ten wentyl. Wentyl - jakby przyzwolenie na dialog, a więc szansa na początek końca?

Rozmawialiście tu niedawno o ekspresji ludzi psychicznie chorych. Padło oskarżenie, a może tylko argument - okropieństwo, brzydota! No tak, ale w tej brzydocie tkwi cała obnażona prawda. Prawda o chorobie i ludzkim cierpieniu. Mnie też dawano wielokrotnie do zrozumienia, że mój wizerunek z "Krzywego zwierciadła" nie jest wcale śliczniutki, że może być wykorzystany przeciwko mnie. No pewnie, śliczniutki to ten mój autoportret nie jest, bo takim być nie może. Nie najśliczniejsza jest grząska, śmierdząca studnia. Za to jest prawdziwa. Nawet nie myślę się przed kimkolwiek usprawiedliwiać, a tym bardziej wstydzić, że miałam niefart, by do tej studni wpaść.

"A jak teraz patrzysz na ten tekst, jakie obecnie ma on dla Ciebie znaczenie?"

Jeśli o mnie chodzi, ten tekst pozostaje jedynie utrwalonym zapisem. Pisanie spełniło swą rolę wtedy, gdy się dokonywało, teraz już dla mnie samej nie ma większego znaczenia. Tak czy inaczej pamięć tamtego koszmaru zbyt boleśnie i głęboko wdarła się w moją psychikę, bym mogła kontynuować życie, najspokojniej ignorując calą tę okaleczoną przeszłość.

Zignorować się nie. Pamiętam, i dobrze, że pamiętam. Bo nie jest to - wbrew wszelkiej logice - jedynie zła, czarnowróżbna, destruktywna pamięć. Pamięć tego, co mi się przytrafiło i przez co już w życiu przeszłam okazała się zupełnie niespodziewanie moim mądrym przewodnikiem, doradcą, akumulatorem i sojusznikiem. Może trudno w to uwierzyć, ale tak jest naprawdę.

Nie raz się śmieję, że Belzebubowi, temu diablo złośliwemu bosowi piekielnych mocy wykręciłam wcale niezły numer. Złapał mnie w tę swoją studnię i po tylu latach musiał być butnie pewny, że już mu się nigdy nie wykręcę. A ja się mimo wszystko wywinęłam. Trzeba było zobaczyć jego wściekłą, zawiedzioną gębę.:-) I chyba z tej wściekłości właśnie dał mi potężnego kopa w zadek na rozpęd. Często mowię, że w moje zdrowe nareszcie życie wyskoczyłam jak wystrzelona z katapulty.

To wręcz nieprawdopodobne jak wiele w tak krótkim czasie osiągnęłam. Mając czterdzieści lat, wszystko zaczęłam od początku, prawie od zera. Nauczyłam się francuskiego. Przez dwa lata z desperacją automobilowego beztalencia walczyłam z tutejszą prefekturą, by zdobyć francuskie prawo jazdy - zdałam za siódmym podejściem!. Zaliczyłam kilka kursów, kilka przygotowawczych staży, by uwieńczyć je zdobyciem pracy w moim umiłowanym zawodzie. Pracuję we wspaniale zorganizowanym podparyskim ośrodku z ludźmi upośledzonymi umysłowo, psychotykami, autystami. Praca jest moją pasją i chyba w tym wszystkim (poza dziećmi) moim największym zadośćuczynieniem.

Jestem dumna z siebie. Nareszcie! Nareszcie pozwalam sobie na taką wobec siebie samej dobrą ocenę. A nauczyła mnie tego depresja, tego i jeszcze jakże wielu rzeczy. Przedtem byłam zbyt samokrytyczna, wręcz samo się biczująca - wszystko miało być (czytaj: musiało!) i we mnie, i w życiu piękne, dobre, co tam, doskonałe, doprowadzone nadzwyczajnym choćby wysiłkiem, jak to nazywam - na żyłę, niemal do perfekcji. A życie nie chce być wcale ani idealne, ani ze wszystkim cacuśne, toteż perfekcjoniści jak i wszyscy ze zbyt dużymi oczekiwaniami przy jednocześnie zbyt sztywnych kryteriach oceny pierwsi dostają życiowego kopa i pękają najłatwiej.

Depresja to twarda szkoła życia, tak o niej powiem. Trochę się jej podlizuję, aby już tylko zostawiła mnie w spokoju,:-) ale i faktycznie tak też myślę. Pewnie, że nachodzą mnie niekiedy niepotrzebne myśli typu jak w piosence Pietrzaka - stracone możliwości, zmarnowane szanse - albo, gdy mózg mi się zakleszczy przy pisaniu lub trudnej krzyżówce, głupio zaczynam się zastanawiać, ile to moich neuronów szlag trafił przez te wszystkie psychotropy czy wychlany w rozpaczy i z rozpaczy alkohol? Pewnie, że niekiedy tak myślę, to silniejsze ode mnie, szybko jednak wyszukuję mocne, pozytywne strony tej mojej życiowej bryndzy. Pomimo depresji dałam życie mojej kochanej, super inteligentnej i w ogóle super - Dorotce, w depresji zaczęłam pisać, przedtem nawet nie wiedziałam, że jestem w stanie coś sensownego sklecić, to już osiem lat jak pożegnałam się bez żalu choć na zawsze z alkoholem. Czy to mało? Depresja to twarda szkoła życia.:-)

O tyle "życiowych mądrości" jestem dzisiaj mądrzejsza. Dojrzalsza, w całym znaczeniu tego słowa - życiowa, bardziej wyrozumiała dla siebie i innych. Bardziej wnikliwa, chyba jeszcze bardziej współczująca, ale i też bardziej ostrożna. Entuzjastyczna w stosunku do życia i innych ludzi. Optymistyczna jak nigdy, konsekwentna jak nigdy, złakniona wciąż nowych, wciąż bogatszych doświadczeń - może nadrabiająca gorliwie te lata bezpowrotnie stracone? Czy to mało? Pewnie, że szkoła przez którą z tak wielkim trudem się przedarłam była niesamowicie bezwzględna i trudna, i mogłam ją zawalić, dala mi jednak trwały i mocny szlif.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

(po co i do kogo o niej mówić)

"Jaki postawiłaś sobie cel, pisząc ową książkę, do kogo przede wszystkim ją adresujesz?"

Pytasz, jaki był cel tego pisania. Właściwie, przynajmniej z początku, nie było żadnego celu, a jedynie jakiś wewnętrzny przymus. "Krzywe zwierciadło" napisałam dosłownie na żywo. Powstało ono, do dziś nie rozumiem, w zaduchu kliniki psychiatrycznej w czasie mojego tam pobytu. Pamiętam, jak nie mając nawet papieru do pisania (dwa tygodnie kompletnej izolacji od otoczenia - kuracja snem), gryzmoliłam w jakimś zapamiętaniu i z absolutnym przeświadczeniem, że tylko to może mnie jeszcze uratować moje obserwacje i odczucia na różowych karteluszkach toaletowego papieru. Zebrało się tych chorych gryzmołów przepastne pudło i zdrowa już głowa musiała je tylko trochę uporządkować, uładzić, by "Krzywe zwierciadło" było gotowe. Chyba właśnie dzięki tym wariackim warunkom, w jakich powstała, książka nieźle oddaje atmosferę kliniki i autentyczność tamtych przeżyć.

W świetnie zorganizowanej, prywatnej klinice, w jakiej się znalazłam gorąco zachęcano do rożnych terapii zajęciowych: rzeźba, malarstwo, basen, gimnastyka. Nic mi z tego nie pasowało. Jedyne, co umiałam robić, pozostając zresztą wciąż w samotności, co wtedy było jeszcze bardzo ważne, to pisać, przelewać na papier wszystko, co przewijało się w mojej chorej głowie. Rozprawiać się z samą sobą, ale i natłokiem szokujących obserwacji i wrażeń, które atakowały mnie z zewnątrz - inni pacjenci, personel, cala atmosfera prawdziwego "wariatkowa".

Te potrzebę pisania tak wspominam:

"Kontaktów towarzyskich nie mam więc żadnych, czytać nie mogę, obowiązuje mnie zakaz wizyt, nie zabrałam radia ani kart do układania pasjansa. Wisielcza beznadzieja. Pozostaje mi tylko jedno, co mnie jeszcze jakoś wciąga, zajmuje i jest to pisanie. Chociaż i tu podobnie jak z lekturą mam dosyć spore trudności. Twórcza impotencja, jak nic. Piszę trochę w ciemno. Formułowanie myśli przychodzi mi z oporem, często się gubię, powtarzam. Nie bacząc na składnię, bazgrzę byle co. Przelewam na cierpliwy papier po prostu to wszystko, co akurat przewija mi się w głowie. Żadnej obróbki, nic. Nie mówiąc już zresztą o ortografii i desperackich, usilnych staraniach, aby chociaż mniej więcej zmieścić się w nikłych liniach pokratkowanego papieru. Tyle tylko, że mnie właściwie nic nie obchodzi, czy to będzie odczytywalne, czy nie. Mam w nosie odbiorcę, choćbym miała nim być tylko ja sama. Po prostu czuję potrzebę, a raczej jest to jakiś wewnętrzny przymus, aby dać upust skołatanym myślom, męczącemu kłębowisku uczuć w jakiej by to nie było formie. Muszę je gdzieś przekazać, przesłać, tak jakby z siebie wypluć. Doraźna wiwisekcja, amatorska psychoterapia na własny użytek. Ktoś powie - swoisty egzorcyzm i też będzie miał rację. Właśnie jak złego ducha wypędzam tym pisaniem czarne myśli, rozpraszam mroczne nastroje. To naprawdę przynosi mi ulgę. To tak jakby zwerbalizowanie pewnych przeżyć, czy odczuć w jakimś sensie je unicestwiało, a w każdym razie wyciszało, tłumiło. Jak gdyby te bolesne aktualne przeżycia odsuwały się, oddalały się ode mnie w dość smutną wprawdzie, ale już niegroźną przeszłość. Podobnie jak w gramatyce zastosowanie pewnych reguł, użycie odpowiednich końcówek pozwala formę czasu teraźniejszego zmienić na tryb dokonany w czasie przeszłym. Daj Boże, aby spełniło taką rolę to moje bazgranie. Niech dzięki niemu cała smutna teraźniejszość, wszystko to co doprowadziło mnie pod drzwi tej kliniki rozwieje się, przebrzmi już wreszcie jako nieaktualna, dokonana przeszłość. Niech stanie się wspomnieniem, dając szansę przyszłemu, lepszemu wreszcie życiu. I oby jak najprędzej, bo jestem już u kresu sił."

Samo więc pisanie wyniknęło z czysto egocentrycznych pobudek. Podzielenie się z innymi tym bolesnym doświadczeniem, jakby mnie wyzwoliło i przyniosło niespodziewana ulgę. Widać za długo żyłam w izolacji i w wewnętrznym zakleszczeniu, dusząc się jednocześnie takim problemem, będącym niemal tabu. I wiesz, co Ci powiem? Odkąd przerwałam tę barierę milczenia, nagle się okazało, że jest niespodziewany odzew. Zewsząd zaczęli manifestować się rożni ludzie, którzy bliżej lub dalej, mocno lub tylko pośrednio mają lub mieli do czynienia z depresją, przeżyli to samo lub wciąż borykają się jeszcze z tą chorobą, żyjąc w przekonaniu, że tylko im przytrafia się ta druzgocząca niesprawiedliwość.

A jestem ja, i jest jeszcze wielu, którzy tylko po prostu nie śmią, obawiają się lub może nawet się wstydzą do tej choroby przyznać. I to by byli, zgodnie z moją dzisiejszą, zdrową już na szczęście świadomością, adresaci tego przekazu. Coś w tym stylu - popatrz na mnie, byłam w szambie po uszy i mimo wszystko z niego wylazłam, możesz i ty. Bo ta choroba istnieje i zagraża, może w dzisiejszym trudnym życiu bardziej niż kiedykolwiek dotąd? Trzeba więc o niej mówić, nazywać zło po imieniu, bo inaczej byłoby to trochę jak chowanie głowy w piasek, czyż nie?...

---

Na internetowej grupie "Psychologia" zobaczyłam taką oto wypowiedź:

"W prawdziwej depresji nie ma żalu, nie ma sensu i bezsensu - jest czarna przepaść, nic więcej. Śmierć w takim stanie nie jest atrakcją - jest naturalną konsekwencją, kolejnym etapem." Od razu wiedziałam, że to temat dla mnie, że nie pominę takiej okazji, by porozmawiać z innymi o depresji. Zaczęłam, by było ładnie, od prezentacji:

"Dzień dobry,

Zacznę od przedstawienia się, tak będzie chybanajprościej. Na imię mi Magdalena, mam 48 lat, jestem mężatką, matką dwójki wspaniałych dzieci (Michał lat 22 i 14 letnia Dorotka), od 1981 roku mieszkam na stale we Francji.

Od pewnego czasu podglądam Waszą Listę, poruszane przez Was tematy śledzę z ogromnym zainteresowaniem. Wasze komentarze wydają mi się nie tylko merytorycznie doskonale ustawione, ale równocześnie bezpośrednie, otwarte, powiedziałabym, życiowe.

I chyba właśnie to zaważyło, że ośmielam się teraz zwrócić do Was z moją niejako prośbą. A dotyczy ona właśnie depresji, tematu tak ciekawie tu rozwijanego. Depresja to głęboka, czarna dziura mojego życiorysu. Przesiedziałam w tym szambie prawie dziesięć lat. Ogrom bólu, egzystencjonalnego cierpienia, spraw nie ruszonych z miejsca lub wręcz nieodwracalnie zawalonych. Posupłana pętla zaciskająca się coraz bardziej i bardziej. Depresja, ta straszliwa choroba, wskutek przeżytej osobistej tragedii dopadła mnie wkrótce po przyjeździe do Francji i trzymała w swych szponach przez długie, bolesne i stracone lata.

Teraz jest już OK., ale było marnie, gorzej niż marnie. Moje zmagania z depresją opisałam, powstał maszynopis książki, którą zatytułowałam "Krzywe zwierciadło" i szczerze mówiąc, nie bardzo teraz wiem, co z nim zrobić.

Z jednej strony uważam, że mówienie o depresji jest potrzebne, gdyż wyobrażenie o tej chorobie w Polsce jest jeszcze wciąż mgliste, niepełne. Dlatego też zapragnęłam podzielić się z innymi własnym doświadczeniem, doświadczeniem zresztą dość spektakularnym. Mam jednak wiele wątpliwości. Jest to przecież świadectwo oparte jedynie na osobistym przeżyciu, a będące jednocześnie jakąś próbą analizy mechanizmów, symptomów, sposobu leczenia tej choroby i to nie w Polsce, a we Francji.

A więc - tu pojawiają się liczne znaki zapytania - czy takie świadectwo potrzebne, czy jest miarodajne, prawdziwe, czy moje indywidualne odczucia, obserwacje, wnioski z punktu widzenia psychologii są w ogóle coś warte? Żyjąc we Francji, nie mam możliwości skonsultowania się z kimś, kto mógłby zerknąć na "Krzywe zwierciadło" obiektywnym i kompetentnym okiem.

Sama liznęłam ździebko psychologii (z zawodu jestem pedagogiem, ukończyłam Wydział Psychologii i Pedagogiki UW). Ale było to dawno, trochę po łebkach i wyrywkowo. Sama wiem, że nie stoję tutaj na zbyt pewnym gruncie. Trochę się więc obawiam, że być może ta moja bardziej "słabość" do psychologii i fascynacja tą nauką niż jej rzetelna znajomość przydaje mym rozważaniom z konieczności "psychologicznym" zamiast pożytku jedynie szkody?

I stąd moja gorąca prośba. Chciałabym tu przedstawić dwa fragmenty "Krzywego zwierciadła" w szczególności te, które traktują o samej chorobie (książka opisuje mój pobyt w klinice psychiatrycznej pod Paryżem), a gdzie siłą rzeczy miejscami kuszę się o jakieś uogólnienie, by wypowiedzieć się na temat obrazu klinicznego depresji w odniesieniu do moich spostrzeżeń i odczuć? Byłoby to trochę jak spotkanie profesjonalisty z byłym pacjentem. Dla mnie taka relacja może być tylko kształcąca, pewnie korygująca. Jeśli chodzi o Was, mogę mieć jedynie nadzieję, że podtrzymacie sam temat. Jak by na to nie patrzeć, problem depresji pozostaje jeszcze chyba bardzo kontrowersyjny i może wskutek tego jest jednocześnie niezmiernie ciekawy.

Pozwalam więc sobie przesłać moje najbardziej osobiste świadectwo tej belzebubiej, rujnującej wszelką nadzieję choroby, licząc jednocześnie, że zechcecie porozmawiać ze mną na temat tego mojego przekazu, podzielicie się uwagami, wytkniecie ewentualne nieścisłości lub nawet fanaberie. Wszystkie uwagi przyjmę z wnikliwym przemyśleniem.

Wybaczcie moją bezpośredniość. Nie poczytajcie jej za tupet i pretensjonalność, bardzo proszę. Moja motywacja jest prosta - przeszłam przez piekło, chcę o nim mówić głośno i otwarcie, by dać świadectwo nie tylko przeogromnego ciężaru tej choroby, lecz także wskazać dobitnie i stanowczo: depresja jest chorobą, chorobą jak każda inna, można - to mało - koniecznie trzeba ją leczyć! Można z niej wyjść, mimo że niekiedy droga jest długa i męcząca. Jak ja z niej wyszłam! Nie poddawać się, walczyć - oto całe moje przesłanie. Z dna przepastnej studni ujrzeć wreszcie migające gwiazdy, a gdzieś na końcu obezwładniającego, duszącego czarnego tunelu dostrzec z nadzieją wyzwalające, obiecujące światło..."

Tu wysłałam dwa fragmenty "Krzywego zwierciadła", z którymi możesz się zapoznać na mojej stronie WWW. Mój przekaz spotkał się z żywym odbiorem. Ciekawą dyskusję, jaka się wywiązała postanowiłam tu przytoczyć. Rozwijam temat "Porozmawiać o depresji" poszczególnymi zagadnieniami, jakie zostały w tej dyskusji poruszone.

---

(jak inni widzieli moje pisanie)

"Pisałaś prawdopodobnie po polsku, a więc personel nie mógł mieć pojęcia o tym, co piszesz. Czy interesowano się tym?"

Widać przewidziałam to pytanie, bo odpowiedziałam już na nie w "Krzywym zwierciadle": :-)))

"No i jest jeszcze w tym specjalnym korowodzie typów "Grafomanka - Kawoszka". Baba w średnim wieku, dosyć sympatyczna, tylko zapewne zbyt podekscytowana, roztrzęsiona i do tego niesamowicie wścibska.

Paraduje nerwowo korytarzami, kręci się w tę i z powrotem, wprowadzając w wypracowany ład i wyśmienitą organizację kliniki niepotrzebny zamęt. Wszyscy już się śmieją, że gdy przechodzi, robi sobą wiatr. Nieodłączny papieros w gębie, wdzięczy się lub wykłóca o każdy dodatkowy łyk kawy, a poza tym gryzmoli kartki w jakimś tylko sobie znanym języku całe Boże dnie. I to jestem ja.

Z tym pisaniem jest śmiesznie. To znaczy, inni śmieją się ze mnie. Zresztą jak zwykle tutaj, bez specjalnej żenady. Jest w tym bezsprzecznie moja wina, gdyż już na samym początku popełniłam w związku z pisaniem strategiczny błąd.

Samego faktu nie dałoby się ukryć, a zresztą dlaczego niby miałabym się ukrywać. Mogłam jednak zatrzymać dla siebie pamiętnikowy charakter mojej opowieści. Opowieści, która dotyczy nie tylko mnie, ale i wszystkich ludzi stąd. Już niechby dalej myśleli, że mam amanta w swoim odległym kraju i do niego tak wypisuję tęskne, czułe listy. Chociaż ja i amant, też coś.

Wszyscy są mocno zaintrygowani moim uporczywym bazgraniem. Nie dają mi spokoju i z ironią dopytują, czy jest w tej historii mowa również i o nich. W moje potwierdzenia oczywiście nie wierzą i nawet nie przypuszczają, że razem ze mną, ze wszystkim, co tu przeżywam, z konieczności, przewijają się w tych wspomnieniach. Zdziwiliby się zapewne, mogąc się faktycznie na tych kartkach odnaleźć. Niektórzy na pewno zdołaliby się tu rozpoznać, mimo że jest to tylko mocno nieporadne i subiektywne ich odbicie. Chyba żeby woleli udawać, że to wcale nie oni, ale to już zupełnie inna sprawa. Bo lekarze nie tyle się śmieją, co raczej tym moim pisaniem frasują, jakby zbijało ich ono z pantałyku. Całąsprawę traktują poważnie i z dużą rezerwą. Bardzo nieufnie i podejrzliwie podchodzą do tak niewinnej skądinąd działalności. Węszą, co się może za nią kryć.

Może zaczynają się obawiać, że przypadek jest znacznie poważniejszy, bardziej skomplikowany niż beztrosko diagnozowali do tej pory. A jeśli to coś zupełnie innego? Już nie jakaś tam, byle jaka depresja, ale być może groźna schizofrenia wraz z neurastenicznym rozszczepieniem jaźni? Symptom jest bardzo znaczący. Sądują mnie więc i myszkują. Co bardziej empiryczni sięgają nawet po te zapisane kartki, wślepiając się w nie jak kura w gnat. Muszą dać za wygraną, choć robią to stanowczo niechętnie. Dla nich jest to tylko bezsensowny szyfr liter, wiedzą jednak, że gdyby mogli rozgryźć takie chore wypisane byle co, mieliby swoją diagnozę jasną jak słońce. A tu nic.

Mimo wszystko, wygląda to im chyba jednak na schizofrenię. Robią nade mną strasznie ponure miny. Mieli tu już różnych "Napoleonów", "Chrystusów". Raz nawet była "Tiereszkowa", a ta tutaj chce odgrywać rolę drugiej Sagan. Nawet psychiatrzy mogą się już czuć trochę zmęczeni niekończącą się listą paranoidalnych postaci. Niech będzie do kompletu "Saganka", diabli z nią.

Trzeba jednak taką rozdwojoną baczniej obserwować.Należałoby także zmienić całą psychoterapię, repertuar leków. Czy aby nie jest za późno? Sądząc po ilości nabazgranych stron, choroba wygląda na mocno już zaawansowaną, daleko posuniętą, musiała poczynić w mózgu niebywałe szkody. Dementia praecox jak wół."

---

(własna odpowiedzialność a poczucie winy)

"Jak się ma do procesu zdrowienia z depresji poczucie własnej odpowiedzialności za swoją chorobę, a więc poczucie winy?"

Nie wolno utożsamiać tych dwóch pojęć. Odpowiedzialność - być może tak - jest potrzebna i ważna, wina - na pewno nie! Wina chorobliwa, wina neurasteniczna nie wyzwala z choroby, lecz w nią pogrąża. W depresji poczucie winy jest przesadne, nieproporcjonalne i tę przesadność, nieproporcjonalność trzeba radykalnie usunąć. Jak przegniłego, jątrzącego guza. Tak więc odpowiedzialność i wina są to według mnie dwa aspekty zupełnie rozbieżne, choć oba mają w depresji swój niebagatelny wydźwięk.

Odpowiedzialność rozumiana jako samoświadomość, czynny, aktywny proces w kontrolowaniu, korygowaniu swej osobowości. Fajna sprawa takie wewnętrzne "cugle" i każdy chciałby je pewnie mieć. Jedno jest jednak bezsprzeczne - wypuścił je ze swych rąk człowiek chory. Moment poczucia odpowiedzialności i wiara w możliwość kierowania własnym życiem przychodzi DOPIERO w momencie zdrowienia, przedtem miało się jedynie chaotyczne przeświadczenie, że wszystko wymyka się spod naszej kontroli.

Nie ma uzdrowienia bez przezwyciężenia poczucia winy. Według mnie poczucie winy jest najcięższym brzemieniem depresji. Wspólniczka i sprawczyni jednocześnie! Dopóki będę przekonany, że to, co mi się przytrafia jest ZASLUŻONĄ karą za moją moralną słabość, jakie by tam nie były przewinienia, duchowe czy realne "grzechy", nie ruszę nawet palcem w bucie, by się usprawiedliwiać, bronić, przeciwstawiać. Człowiek w depresji to człowiek z chorobliwą wprost wrażliwością - jeśli zawiniłem, MUSZĘ ZAPŁACIĆ. Więc płaci. Płaci uległością wobec choroby, swoim moralnym, tym "zasłużonym" bólem. Sam przed sobą zatrzaskuje możliwość wyjścia z pułapki. W jego pojęciu, to przecież żadna pułapka, a jedynie konsekwencja i okupienie win.

"Wiara człowieka, a jego szansa na wyjście z depresji - jak Pani widzi ten problem?"

Wiara człowieka to bardzo intymna sprawa każdego z nas, świadomie się nad tym nie rozwodzę. Myślę, że na pewno człowiekowi głęboko wierzącemu znacznie łatwiej dojść ze swoją psychiką do ładu. Jednak wydaje mi się, że i ateistę stać w psychicznym bólu i na swoisty rachunek sumienia, i przemyślenie swoich pomyłek. Czy się ze mną Pan zgodzi?

"Czy dokonał się u Pani proces duchowego poszukiwania? W jakim stopniu to, co Panią spotkało było zależne od Pani i wskutek czego odeszło?"

Zapewniam Pana, że ten proces duchowych poszukiwań dokonał się we mnie i tylko dzięki temu mogę dziś rozmawiać z Panem na ten trudny temat.:) Jestem jednak przekonana, że bez pomocy medycyny nie byłoby mnie najpewniej na te poszukiwania stać.

Czy depresja była ode mnie zależna? W jakimś sensie tak. Było wiele uwarunkowań: takie, a nie inne dzieciństwo, takie, a nie inne wychowanie, wpojone wartości przy późniejszym duchowym zagubieniu, mała odporność psychiczna, zbyt niski próg wrażliwości, itp. To wszystko mnie dotyczy, czy miałam jednak faktycznie na to wszystko jakiś znaczący wpływ?

A dlaczego odeszła? Bo nauczyła mnie już wszystkiego, co mogła. Że życie ludzkie jest jedyne, niepowtarzalne - niewypowiedzianie cenne, i chociaż bywa niekiedy bardzo, bardzo trudne, mimo wszystko jakże warto żyć.:-)))

---

(wpaść i wyjść z czarnej dziury)

"Początek choroby. To jest bardzo interesujący moment. Jak do tego doszło, że wypuściła Pani z rąk te, jak je Pani nazywa, wewnętrzne cugle?"

Trzy tygodnie po przyjeździe do Francji straciłam z winy niedopatrzenia lekarzy dziecko przy porodzie. Mówię na ten temat trochę więcej w felietonie "Trudne początki". Autobiograficznym zapisem mojej emigracji jest książka "Po drugiej stronie tęczy".

"Co przychodzi najpierw - zdrowienie, a za nim poczucie odpowiedzialności, czy raczej - wzięcie odpowiedzialności, czego rezultatem jest zdrowienie?"

Odpowiadam Panu oczywiście jako była pacjentka. Nieskutecznie leczono mnie przez tyle długich lat, nieskuteczne były wszelkie próby, wysiłki z mojej strony, by przejąć kontrolę nad własnym życiem. Jestem osobą myślącą, dosyć inteligentną, o psychice ludzkiej miałam niejakie pojęcie, czy Pan nie wierzy, że w tak przeciągającej się chorobie usiłowałam zrobić wszystko ze swojej strony, by sobie pomóc? Wszystko na marne! Dopiero, gdy poczułam się ogólnie lepiej: poprawa snu, powrócenie apetytu, wyciszenie wewnętrzne, stałam się zdolna do refleksji, wyciągnięcia nieodpartych wniosków, do konstruowania zarysu przyszłego życia. Nie był to oczywiście żaden jednorazowy magiczny pstryk, był to zaledwie początek dalszych wnikliwych poszukiwań i jeszcze baaaardzo długiej drogi.

"Dlaczego uważa Pani poczucie winy jako coś bardzo złego, jako współwinowajcę depresji? Poczucie winy jest naturalną reakcją, jeśli zrobiło się coś niedobrego, prowadzi do pokuty. Człowiek żałuje, czasem stara się zadośćuczynić tym, których skrzywdził, jeśli jest to możliwe - to oczyszczający, korygujący mechanizm?"

Ale mówimy o depresji - chorobie! Co innego poczucie winy i chęć zadośćuczynienia u zdrowego psychicznie człowieka, a zupełnie inaczej to wygląda, gdy człowiek żyje pod znakiem wyolbrzymień, samobiczowania się, wypaczeń. Człowiek chory jest przekonany, że zrobił i wciąż robi wiele złego. Żałuje tak gorąco, że już chyba bardziej nie można. Chciałby zadośćuczynić, choćby ceną zrezygnowania z własnego życia (myśli samobójcze). I jest to jak walenie głową w mur - co by nie zrobił, wszystko na nic, a nawet jest jeszcze gorzej niż było. Bo prawda jest taka - dopóki on jest zdesperowany, zrozpaczony, nieszczęśliwy, będzie unieszczęśliwiał wszystkich wokół. Mówi Pan o pokucie. Depresja jest chyba najcięższą pokutą, jaką sam człowiek może sobie zadać. To ból moralny. Ból, który tak trudno uśmierzyć.

"Czy Pani jest ateistka?"

Nie! :-)

"Pomogła Pani medycyna. Czy ma Pani na myśli pomoc farmakologiczna czy psychoterapię?"

To jest ciekawe, bo sama do dzisiaj nie jestem co do tego pewna. Byłam poddana jednemu i drugiemu. Na psychotropy wykazywałam wprost niebywałą, niezrozumiałą odporność. Musi być coś dziwnego w moim metabolizmie, bo kilkakrotnie nawet po operacji chirurgicznej ku ogromnemu zdziwieniu lekarzy wybudzam się z narkozy natychmiast i tak skutecznie, że o własnych siłach wstaję z operacyjnego stołu. Narkozie poddanna byłam w moim życiu pięciokrotnie i za każdym razem jest to samo. Kiedyś po operacji guza w piersi w piętnaście minut po wybudzeniu opuściłam pooperacyjny pokój, by z podłączoną kroplówką zjechać windą z czwartego piętra do przyszpitalnego ogrodu... na papierosa! Nie muszę mówić, co to była za panika wśród personelu. :-)

Jest coś w moim organizmie, co toleruje albo i może odrzuca środki farmaceutyczne, pewnie stąd tak długo nic na mnie nie działało. Poddano mnie terapii snem. Po końskich dawkach, jakie mi podano miałam spać przez tydzień non stop. Nie spalam nawet w nocy. Kiedyś jeden chiński lekarz - mądry, brodaty i w kimonie - gdy tylko mnie zobaczył w poczekalni, z miejsca mi powiedział, co mnie do niego przyprowadza (śmierć brata) i jaki jest mój problem (wielodniowa całkowita bezsenność). Próbował mnie poddać hipnozie, potem stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział kogoś, kto by się przed nią tak bronił. W sumie mnie uśpił, przepisał jakieś straszliwie skomplikowane, arytmetycznie dozowane leczenie. Wszystko pomieszałam! Za to zasnęłam, by spać bez przerwy ciurkiem pełne dwie doby.

A psychoterapia? Gdy ją zaczynałam, znałam francuski jeszcze bardzo słabo. Nienawidziłam Francji, zatrzasnęłam się przed tym obcym językiem, a mimo wszystko z psychiatrami jakoś się dogadywałam, jak to nazywam, w sposób werbalno-migowy. Lekarze nigdy nie chcieli na przykład mojego męża jako tłumacza. Może więc, teraz tak myślę, nie tyle ważne jest, co się mówi, co się z siebie wyrzuca, ale sam fakt, że zaczęło się mówić, że jest się wysłuchanym? Poszukiwanie, sam proces?

"Czy czułaby się Pani bezpieczna, by napisać trochę o tym "duchowym zagubieniu"?

Wybaczy Pan, ale nie. To nie jest kwestia bezpieczeństwa, nie czuje się zagrożona. :-) Uważam jednak, że sprawa duchowych, mam na myśli - religijnych poszukiwań stanowi o najbardziej osobistej, najgłębiej wewnętrznej istocie człowieka... i tak powinno zostać. To jest sprawa między mną i moim Bogiem. Mam nadzieję, że Pan jako osoba głęboko wierząca zrozumie takie moje podejście, na pewno się nie mylę?

"Nazwała Pani depresje "szkołą życia". To w istocie bardzo piękna lekcja, jeśli prowadzi do takiej pięknej konkluzji: afirmacji życia. Nie byłbym jednak pewien, czy ta lekcja jest już skończona."

To nie kończąca się lekcja, jak mówi aforyzm: "W szkole życia nie ma wakacji"... i długa jeszcze droga przede mną. Tyle że, teraz już zdrowa, jestem tej lekcji ciekawa, złakniona i czynnie w niej uczestniczę. Pięknie powiedział Oscar Wilde: "Stań się obserwatorem własnego życia, a unikniesz cierpień." I na to trochę liczę. ;-)))

---

(czy i jak leczyć)

Padł i taki głos na temat depresji:

"Stawiam tezę, że depresja to problem filozoficzno - społeczny, a nie wyłącznie psychiatryczny czy psychologiczny. Wszystkie więc tak zwane techniki terapii: farmakologia czy psychoterapia nie są w stanie tak naprawdę człowieka "wyleczyć". To wszystko leczy objawy. Chyba, że za wyleczenie uważamy tylko i wyłącznie przywrócenie człowiekowi umiejętności jakiegoś "trwania" w rzeczywistości. I tylko tyle. Uważam, że "objawowe" leczenie pacjenta pozwoli mu jedynie zapomnieć i wyciszyć go. Nie usunie ono jednak podstawowej przyczyny takiego stanu - bólu istnienia i braku sensu istnienia. Jeśli już pomóc ma psycholog, musi być on duchowym przewodnikiem - trochę filozof, trochę kapłan. Bez tego wszystko na nic, zagubiony człowiek będzie gonił w piętkę."

Ciekawe ujęcie i być może dużo w nim racji. Jest jednak rzecz, która mnie tu bardzo niepokoi. Wyobraźmy sobie, że taki "głos" trafia do osoby pogrążonej w depresji, osoby która w ostatnim odruchu samoobrony decyduje się szukać u kogoś pomocy. Czyta taką opinię - wszystkie alternatywy po kolei zatrzaskują się przed nią jako bezużyteczne, oszukańcze nawet. Ni psychiatra, ni hipnoterapeuta, ni psychoterapeuta, psycholog też nie, bo jeszcze nie filozof i kapłan... Więc kto i jak ma tej osobie pomóc?! Ona zgodzi się z diagnozą, że zgubiła sens życia. Tylko jak i przy czyjej pomocy ma go teraz odnaleźć? Studiując filozoficzne dzieła, modląc się zagorzale, wstępując do sekty, gdzie inni będą myśleć i za nią decydować?!... Może nawet i już to robi, tyle że właśnie goni w piętkę - znaleźć utracony sens życia, nie taka to prosta sprawa. Łatwiej budować od nowa niż rekonstruować coś, co istniało i zostało zburzone. Jest to możliwe, ale to długa droga odnawiania się wiary. Wiary zarówno w sensie religijnym, jak i "laickiej" - etycznej - utraconej wiary we wpojone i uznawane dotąd wartości. Żaden psycholog, nawet "psycholog - filozof i kapłan" nie zrobi tego w miejsce pacjenta. Może co najwyżej wskazać mu drogowskazy - idź tędy, kieruj się na to albo na tamto, będzie ci łatwiej.

Nie stać na taki niewymierny wprost wysiłek religijno- etyczno-filozoficznych poszukiwań osobę żyjącą pod pręgierzem choroby i jej dewastacyjnych objawów, takich jak: niepokój, bezsenność, pesymizm, brak woli działania, chaos myśli, ekstrema emocji, itp. I te objawy trzeba najpierw zniwelować lub chociaż wyciszyć. Tu trzeba lekarza!

Tylko tyle, za to bardzo mocno, chciałam do powyższego rozumowania dorzucić.

---

(depresja - mój były ból)

Ta wypowiedź sprawiła mi szczególną radość:

"Magda zmobilizowała mnie do zabrania głosu w tej dyskusji, do spojrzenia prawdzie w oczy. Tak jak wszyscy boję się prawdy, a na pewno wspomnień przebytej przeze mnie ciężkiej depresji. Praktycznie od pięciu lat szczelnie zamykam bramę pamięci o przeżyciach, odczuciach i bólu - aż tu nagle zostaję sprowokowana do spojrzenia, o żeby tylko do spojrzenia, do przeżycia jeszcze raz, przez chwilę, w innej na szczęście percepcji depresji, tej strasznej choroby. Wszystko ożyło i nagle poczułam, że muszę się dowiedzieć więcej, że mam niedosyt i... odnalazłam stronę Magdy na Internecie..."

Nawet się nie domyślasz, jak ciepło mi się zrobiło na sercu, gdy przeczytałam Twój List. Zrobiłaś mi się nagle bardzo bliska. Zdobyłaś się na odwagę, by wystąpić z anonimowego kręgu byłych ofiar depresji i wiesz, co Ci powiem - właśnie w ten sposób Ty z tą chorobą rozprawiłaś się jakby raz jeszcze, może można nawet powiedzieć - ostatecznie.

Mówić otwarcie o depresji, jak zresztą o każdej traktowanej przez innych trochę (a może nawet bardzo) "wstydliwej", "żenującej" chorobie (AIDS, narkomania, alkoholizm) jest jak rzucenie wyzwania. Wyzwania tym innym, którzy nie rozumiejąc, odsuwają się od chorego lub wręcz go potępiają. Wyzwania samemu sobie - nie ma w tym żadnej, ale to ŻADNEJ MOJEJ WINY, że akurat ja padłam ofiarą tej choroby. Wyzwania rzuconemu depresji - jakby jej dał po pysku! ;-) - przez tyle lat ty mnie upokarzałaś, gnębiłaś, teraz moja kolej. Zdemaskuję cię, będę głośno krzyczeć na widok twojego każdego obrzydliwego, przebiegłego podstępu, niebezpiecznego przejawu, sytuacji zagrożenia. Ostrzegę innych, będziesz miała mniej ofiar. Nie masz już nade mną władzy, nie boje się ciebie, możesz mi natrukać... I to jest mój odwet!

Cieszę się dla Ciebie jak cieszę się dla mnie samej. Jesteśmy wyzwolone! Możemy rozmawiać o depresji w czasie przeszłym i dokonanym. Depresja - nasz były ból. Na szczęście już tylko - były ból.

---

(co jest groteską)

"Poczucie humoru - cenny skarb, ale ani zabezpiecza przed depresją, ani nie pomaga w wyjściu z niej. Może jednak istotnie, gdy już jakimiś sposobami pokonasz chorobę, wyjdziesz z depresji, widzisz swe depresyjne zachowania i myśli jak coś bardzo groteskowego. I wtedy tylko poczucie humoru jest nieocenioną pomocą w pogodzeniu się z tym absurdalnym okresem - a niektórym wręcz - jak Magdalena - w napisaniu o nim książki."

"Krzywe zwierciadło" nie powstało z dystansu czasu, napisało mi się ono zupełnie na żywo w zatęchłej i pełnej chorego, wariackiego napięcia atmosferze obwarowanej na zagubionej wyspie kliniki psychiatrycznej. Już sama topografia tej lecznicy, nie wspominając o zupełnie poronionym w założeniach "reżimie" mogły odbić szajbę do zenitu. Ta cała "kliniczna rzeczywistość", organizacja na wariackich papierach sama w sobie była mocno groteskowa. Przynajmniej ja tak ją odbierałam.

Fakt, że byłam moralnie zdruzgotana, autentycznie nieszczęśliwa, mój intelekt działał jednak bez zarzutu, co niekiedy było bardzo pomocne, innym razem sprawiało, że narzucone mi absurdalne warunki klinicznej egzystencji stawały się wprost nie do zniesienia. Ile razy żałowałam, że nie jestem nieświadomym, oszołomionym, uciekającym we własny świat prawdziwym świrem? A ja ostro i krytycznie widziałam wszystko wokół. I za wszelką cenę chciałam się od takiego "wariatkowa" odciąć. Leczenie depresji w ośrodku zamkniętym wraz z ludźmi znacznie poważniej chorymi psychicznie jest często koniecznością, ale konsekwencje bywają dla "depresyjniaka" cholernie, ale to cholernie przykre, a nawet szokujące.

"Myslę że umiejętność pisarska jest tu wielką pomocą w uzyskaniu dystansu czy wyciągnięcia "nauk" z tej "plamy na życiorysie". Niektórzy mówią o oswajaniu obłędu. Jakie jest Twoje zdanie, Magdaleno?"

Nie wierzę, że obłęd można oswoić. To on dyktuje prawa, nakłada limity - ujarzmia. Nawet do głowy mi nie przyszło zaprzyjaźnić się, choćby ze względu na długoletnią zażyłość, z moją depresją. Zawsze wiedziałam, że jest to mój śmiertelny wróg. Zwycięży on albo ja. Ktoś musiał się poddać, innej możliwości nie było.

---

(humor jako osłonna tarcza)

Stefan Grass - recenzent moich książek - powiedział:

"W przytoczonych tu dotąd fragmentach "Krzywego zwierciadła" brakuje jednej wspaniałej przyprawy, która zmusza do czytania tej książki od pierwszej do ostatniej strony: Magda pisze z humorem godnym jej imienniczki - Samozwaniec. I właśnie to poczucie humoru - w mej skromnej opinii - było tą liną bezpieczeństwa, która z pewnością pozwoliła Magdzie wydobyć się o własnych siłach z tej "omszałej, czarnej studni". Humor jest orężem!"

Humor, Mój łaskawy Recenzencie, masz rację, to wspaniała tarcza osłonna, żywa iskra, która potrafi rozświetlić najciemniejszą chwilę. W przypadku nie śmiesznej choroby o poczucie humoru trochę trudniej. Jeśli ma się jednak przysłowiowego diabła za skórą, nawet oszołomiony psychotropami rozpycha się on i w czarnej dziurze, bodząc ostrymi rożkami. Pewnie stąd w takich okolicznościach jest to humorek trochę diabelski. Nie lekki, perlisty, błyskotliwy, ale żywiony ironią, sarkazmem, zjadliwą karykaturą, gorzkim przejaskrawieniem. I dobrze że jest chociaż taki. Trochę na zasadzie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

Zresztą w samą porę pochwaliłeś akurat tę niby zaletę, gdyż właśnie inny recenzent - dobry bo krajowy ;-))) - widać wcale nie humorysta, wrzucił ostatnio "Krzywe zwierciadło" do kosza i jeszcze miał do mnie pretensje, że go próbowałam trochę rozśmieszyć. To nie przystoi - powiada. - Temat poważny taki, depresja cała czarna, a tu durna wesołkowatość, prześmiewanie się jakieś, bagatelizowanie ludzkiego nieszczęścia, ot co. I kazał mi na smutno.

Tak mi się dostało, a Ty tu chwalisz, że z humorem?! Od jutra łapię za czarny flamaster i przemaluję maszynopis na czarną, złowieszczą klepsydrę. A po prawdzie to i Ty też mógłbyś się wreszcie ustatkować! Tylko jakieś śmichy - chichy Ci ciągle w głowie. Sam widzisz, kto doceni dzisiaj humorystyczne podejście, samoobronę na zasadzie - jak nie może być dobrze, niech będzie chociaż śmiesznie? Widać dzisiaj znów moda na zasmarkane w nieutulonym płaczu chusteczki.

A więc łzawo.

Albo i nie! Przytoczę tu fragment będący właśnie takim tragiczno - komicznym obrazkiem z życia kliniki:

"Nareszcie coś się dzieje. Po przeciwnej stronie korytarza widzę grupkę osób prowadzących najwyraźniej żywą dyskusję. Nie słyszę jeszcze słów, dostrzegam tylko ich przekonujące gesty. Natychmiast decyduję, że przyłączę się do nich. Posłucham chociaż o czym rozmawiają. Muszę przełamać tę dziwną nieśmiałość, a raczej obawę przed nawiązaniem nowych kontaktów. Nie mogę zachowywać się jak zahukana gąska. Nie spędzę też całego tu pobytu zupełnie sama. Wystarczy zrobić tylko pierwszy krok. Trochę podobnie jak na jakimś wyjeździe czy wczasach. Początkowo sztywna kurtuazja i dystans, potem rąsia-rąsia, pierwsze pogaduszki, małe wspólne picie. Lody zostają przełamane, a później to już długie spacery, wesołe plażowanie, przegadane zwierzeniami noce i wielka wczasowa przyjaźń gotowa.

Podchodzę, zbliżam się do dyskutującego grona. Staję jednak troszkę na uboczu, żeby się tak od razu nie narzucać, nie wpychać.

I jest grupka ludzi. Stoją skupieni przy wysokiej, wielce dekoracyjnej palmie. Do mych uszu dochodzą pojedyncze, głośno wypowiadane przez nich słowa. Cała scenka jest też bardzo animowana. Dyskutanci są nad wyraz podnieceni, każdy żywo gestykuluje, przekonując widać o swoich racjach. Przyglądam się im, mocno już zaintrygowana. O czym też oni tak rozprawiają, czyżby się ze sobą kłócili?... Patrzę, wsłuchuję się, oczom i uszom nie wierzę. Do diabła, przecież to wszystko nie ma najmniejszego sensu. Znowu jakaś szopka, mistyfikacja, żałosny wariacki cyrk. Tu każdy mówi do siebie albo być może do bliżej nieokreślonego rozmówcy. Gesty tak żywe i z pozoru tak przekonujące nie są nawet w najmniejszym stopniu adekwatne do wyrażanych treści. Same w sobie, absurdalnie oderwane od logicznego kontekstu, stanowią spektakl szokujący w odbiorze. Także poszczególne wypowiedzi są chaotyczne, bez sensu. Oczekiwałam argumentów, osądów, a w bezpośredniej konfrontacji stwierdzam zaledwie strzępki zasłyszanych gdzieś zapewne kwestii, kilka stereotypowych zdań. Zresztą sama już nie wiem, może to z moim odbiorem jest coś nie tak. Zauważyłam nawet, że mój słabiutki francuski, ostatnio przysparza mi znacznie więcej problemów. Nie mnie więc osądzać przekazy tych ludzi. Są może tylko trochę dziwne, nic więcej. Nie znam rozmówców, wtargnęłam nagle pomiędzy nich jak intruz. Nie ja jestem ich adresatem. Skąd mogę więc wiedzieć, o co im chodzi?

A "dyskurs" toczy się dalej. Najwyraźniej nikt tu nikomu nie przeszkadza i wszyscy zdają się być w pełni usatysfakcjonowani, zadowoleni. Ale teatr, o rany! Jak nic zaraz sama się do niego podłączę. Wejdę odważnie i dumnie na podest, na niewidzialne podium i przepowiem sobie na przykład chociażby skromny mój życiorys. Można tak wywalić z siebie wszystko, co leży na wątrobie, bez żadnych skrupułów i zbędnego owijania w bawełnę. I tak nikt nie słucha, za to co za ulga. Grupowa psychoanaliza na wariackich papierach. Może to też jest jakiś sposób, czy ja wiem?

Czuję się dziwnie. Nie, to za słabo powiedziane, czuję się podle. Sama już nie wiem, gdzie się udać, co robić. Aż tu nagle z pobliskiego pokoju wybiega, krzycząc straszliwie na wpół rozebrany młody chłopak. Tuż za nim skocznym truchtem podąża pielęgniarka. Wszystko teraz rozgrywa się żwawo i z dreszczykiem, jak na miernym gangsterskim filmie z lat trzydziestych. Krwawa wendeta, człowiek z mafii i te rzeczy. Tyle że tu nie Hollywood, lecz zwykły przytułek dla nieszczęśliwych czubków. Jakby nie było, czuję się jak na filmowym planie.

Młodzieniec w lekkich, miękkich podskokach zmierza wprost ku rozgadanej gromadce. "Dyskusję" jak nożem uciął, a młody gniewny prezentując butnie obie zaciśnięte pięści, przypomina wszystkim, jakim to niezrównanym jest bokserem. I nic to że jest Marokańczykiem. Biada wszystkim, którzy Arabów nie kochają. Już on ich teraz nauczy. Zaraz zobaczą, jaki jest mocny i w walce skoncentrowany. Na ringu jest najlepszy. Musi się tylko trochę rozgrzać, a pokaże, co potrafi i tu.

"Bokser" się rozgrzewa, napięcie wzrasta. "Dyskutanci" cofają się w sam kącik sali, zbijając się w ciasną gromadkę drżącą w lękliwym oczekiwaniu na zapowiadający pierwszą rundę złowieszczy gong. Wyglądają teraz jak stadko domowego ptactwa śmiertelnie wystraszonego przez chytrze skradającego się lisa. A Marokańczyk szaleje. Krzyczy coraz zacieklej, dobitniej. Wokół niego bezradnie krąży pielęgniarka. Chłopak mówi wyraźnie i wystarczająco głośno, że nawet ja mogę go zrozumieć. To znaczy poszczególne słowa lub nawet zwroty, bo dalej, o co mu w ogóle chodzi, jaki jest jego problem to już nie bardzo mogę się połapać.

Na pewno buntuje się, że na kolację znów podano wieprzowinę. I było to, krzyczy z przekonaniem, świadomie złośliwe, wiadomo bowiem, że wyznawcy Mahometa brudnego świńskiego mięsa nie jedzą. Teraz on jest głodny, ma dosyć takiego traktowania, a poza tym ma wszystkich obecnych w czterech literach. Tu macha piąchą przed najbliższymi nosami i bezapelacyjnie zapowiada, że się za chwilę okrutnie zemści. Agresja się wzmaga. Zagrożone nosy cofają się w popłochu, a zbuntowany gładko i bezkolizyjnie z tematu o schabowym przerzuca się na zagadnienia filozoficzno-mistyczne. Opowiada o swoim narodzeniu i jak to połknął w trakcie tego aktu język własnej matki, za co teraz słusznie pokutuje i my wszyscy będziemy pokutować razem z nim. Musi też widać cierpieć na ostre kompleksy rasowe, gdyż słowa takie jak rasizm, szowinizm, faszyzm z Hitlerem włącznie padają co i rusz. Wspomniał też coś chyba o apartheidzie w Afryce Południowej. Szkoda, że nie jestem w tej dziedzinie zbyt mocna.

Chwila oddechu i nowy napad furii skierowany na zbitą gromadkę sterroryzowanych pacjentów. Padają coraz mocniejsze argumenty, nastrój przerażenia i zgrozy coraz bardziej się zagęszcza. Wszyscy modlą się pewnie w duchu, by się stąd wyrwać, uciec. Nikt się jednak nie rusza. Obserwatorzy,a raczej uczestnicy spektaklu stoją jak zahipnotyzowani, jakby nie byli w stanie zrobić najmniejszego kroku. Mnie samej ciarki przechodzą po plecach, patrząc na tego dotąd tylko zwariowanego, ale nieszkodliwego sportowca, zamieniającego się teraz w oszalałego, nawiedzonego proroka.

Właśnie złowieszczo urąga zebranym, powołując się na kogoś tam w górze, którego nazywa Wielki. To Wielki nasłał na niego Szatana, aby mógł zabijać i on będzie zabijał, taką ma władzę i moc. A zacznie dzisiejszej nocy. Tu z groźnym grymasem na twarzy, zdecydowanym ruchem wskazuje jedno z ogłupiałych ze strachu "ptasząt", na które zapadł już wyrok. Ptaszyna się cofa, chce wcisnąć się w głąb gromadki, szukając w niej ochrony i pomocy, lecz wszyscy jak na umówione hasło rozstępują się, odsłaniając ją na pastwę rozszalałego "Proroka".

A ten dalej. Podnieca się coraz bardziej, o ile to w ogóle jest jeszcze możliwe. Twarz purpurowa, nabrzmiała, oczy nabiegłe krwią. Już ledwo mówi, prawie chrypi, chyba brak mu oddechu. Jednak nie ustępuje i zachłystując się własną elokwencją, dobitnie przekonuje o biegłej znajomości aż ośmiu języków, co jest przecież oczywistym dowodem, że Zły go nawiedził, że jest w nim. I niech sobie wołają egzorcystę. Ma to w czterech literach. Tu wymowny gest. A i tak zdąży wszystkich pozabijać. Ostatni raz uprzedza, że zaczyna od dziś.

I faktycznie, własnym uszom nie wierzę, lojalnie jednak muszę przyznać, że ten szaleniec wcale nie blefuje, gdyż zaczyna teraz wrzeszczeć już nie tylko po francusku, ale i w jakichś innych językach też. Poliglotka ze mnie raczej żadna, potrafiłam jednak w tej całej mieszaninie rozróżnić język angielski, włoski i hiszpański. Pozostałych czterech nie znałam.

Pielęgniarka oddaliła się gdzieś w pośpiechu. Pomyślałam, że po zastrzyk. Osobiście przyniosłabym raczej niezawodny kaftan bezpieczeństwa. Zbita w kącie sali gromadka pacjentów trzepotała się w bezbronnym lęku, w paraliżującym strachu, a "nawiedzony" osiągał chyba szczyt, widać niezmiernie wyczerpującej furii, gdyż wyglądał okropnie. Zapluł się cały, pokrył gęstym potem, a węzły żył tak mu nabrzmiały, jakby miały za chwilę pęknąć lub przebić skórę, a "nawiedzonego" trafić apopleksja. Ale on kontynuował niezmordowanie swój wielki monolog, który właściwie był jednym histerycznym wrzaskiem. I znów było o potępieniu i pokucie, o wszechmocy, zemście, o krwi zwierząt, a nagle ni stąd ni zowąd o przebiegu i wynikach jakiegoś ważnego bokserskiego meczu. Tu znów poczuł w sobie sportowca, przyjął odpowiednią postawę i dłuższy czas perorował już tylko na ten temat. A wszystko z autentycznymi pozami zawodowego boksera: zaciśnięte pięści, ruchy rąk jak przy zadawaniu bądź odbieraniu ciosu, poprawna kontra i osłona. Praca nóg też, bez dwóch zdań, sportowa. Przy lekkim ugięciu kolan wykonuje typowe kogucie podskoki, o ile uważnie spojrzałam na zegarek, już dobre dwadzieścia minut.

Cholera, może nawet był tym bokserem. Chyba niemożliwe, żeby wariat aż tak dobrze potrafił wczuć się w rolę. Zresztą to wszystko jest niesamowite, cały ten spektakl, oceniając zarówno numer mistyczny jak i numer sportowy. Oba zostały zaprezentowane nie tylko z ogromnym zaangażowaniem, bezsprzeczną siłą ekspresji, jak i wysokim kunsztem aktorskim, ale i z energią godną błyskawicy, z furią huraganu. Nigdy bym nawet nie przypuszczała, że zwykłego wariata aż na tyle stać.

Wraca pielęgniarka. Zamiast strzykawki trzyma w dłoniach spory kawał bagietki i kilka małych pojemniczków z dżemem. I tu dziw nad dziwy. Tak jak na zjadliwą kobrę działa magiczny, urokliwy dźwięk fletu, tak na naszego "Proroka" i "Boksera" w jednej osobie zadziałały powyższe rekwizyty. Otrzepuje sobie ręce. Raz jeszcze, ale już znacznie słabiej przypomina, kto jest dzisiejszej nocy skazany na nieodwołalną egzekucję. Po czym okręciwszy szyję po fachowemu ręcznikiem, schodzi dostojnie z ringu, by dumnym krokiem zdobywcy złotego medalu oddalić się w kierunku własnej przebieralni. Nie czeka nawet na oklaski.

Wśród domowego ptactwa odetchnięto. Chociaż "naznaczony", a padło na małego, zasuszonego staruszka, chyba się nawet zsikał, bo cała nogawka jego piżamy jest najwyraźniej mokra. Ale ogólnie ogromna ulga. Jeszcze tylko chwilkę każdy do siebie o czymś pogdakał i całe towarzystwo rozeszło się powoli po swoich kurnikach.

Ja też postanawiam zakończyć ten mający służyć jakowypoczynek i relaks wieczorny spacerek przed snem. I pomyśleć, że lekarze upierają się jeszcze, wmawiając nam tępakom, że to sama higiena i zdrowie. A niech ich. W głowie mi huczy, czuję się jak po wyjściu z kina, w którym pomyłkowo obejrzałam pośledni, za to wykańczający nerwowo film. Jestem kompletnie roztrzęsiona, dygoczę. Może to te końskie lekarstwa tak na mnie działają? Trzeba będzie przedyskutować z medykiem nabrzmiewającą kwestię mojej i tak już zaburzonej równowagi, w tych warunkach tylko jeszcze bardziej narażonej na szwank. Za wszelką cenę muszę się bronić, bo mnie tu wykończą jak nic."

---

(zdrowienie)

"Bardzo ciekawiłyby mnie też te fragmenty, które dotyczą momentów Twojego odkrycia, że pokonałaś chorobę."

Oto dwa z nich:

"Cała noc przespana. Co za dobrodziejstwo, jaka ulga. Po długotrwałej, chronicznej już zapewne bezsenności, przeplatanej męczącą mozaiką okrutnych koszmarów, po raz pierwszy głęboki i spokojny sen. Wreszcie całkowite oderwanie się chociaż na pewien czas od męczącego psychicznego chaosu niosące odprężenie i pozwalające na odzyskanie sił.

Czuję się rześka, wypoczęta, przepełniona energią i ten mój stan jest tak niecodzienny, że aż dla mnie dziwny. Z radosnym entuzjazmem odkrywam go na nowo. Jedna mała, normalnie przespana noc, a dla mnie jest to wydarzenie i święto.

Nareszcie przydali się na coś tutejsi medycy, o których już myślałam, że dali co do mnie za wygraną, tak się niedowierzająco dziwowali, konstatując moją wyjątkową, aczkolwiek ewidentną odporność na ich sprawdzone i niezawodne farmakologiczne receptury. Najważniejsze, że w końcu znaleźli, co potrzebne, a biorąc pod uwagę, jak w tej chwili wprost nieprawdopodobnie dobrze się czuję, musi to być trafienie w dziesiątkę.

Przez ostatnie chorobliwe lata nałykałam się najróżniejszych nasennych środków co niemiara. Zaliczyłam nawet, mające przynosić rewelacyjne skutki, seanse hipnozy i akupunktury. Efekty były byle jakie. Nawet jeśli udawało mi się wreszcie zasnąć w sztucznym, niemal narkotycznym odurzeniu i przespać noc lepiej lub gorzej, co z tego, kiedy rano wstawałam półprzytomna, niemal pijana i skołowaciała ze szczętem.

Snułam się potem w ciągu dnia śnięta i wypluta, wlewając w siebie morze kawy, decydując się niekiedy na krótką, nerwową drzemkę. Byłam do niczego. Niecierpliwie czekałam już tylko na niezawodną i faktycznie dopingującą dozę regularnego wczesnowieczornego drinka. Oczywiście, każdy następny łyk coraz bardziej mnie wspomagał, ustawiając ospały metabolizm na szybsze obroty, aż do nieuniknionego odurzenia, pozwalającego zapaść w niespokojny sen. Tak to szło. Kłopoty ze spaniem i pierwszy krok na drodze do alkoholizmu zrobiony.

Za to dzisiaj było zupełnie inaczej. Gdy o godzinie szóstej rano przyszła pielęgniarka z termometrem, ja już kręciłam się po pokoju. O tak w końcu wczesnej porze czułam się w pełnej formie, na biegu. Zupełnie jakby ktoś we mnie wmontował silną baterię, mocną sprężynę, mały wewnętrzny motorek. Byłam przepełniona energią, gotowa do konstruktywnego działania takiego chociażby jak przepierka, zrobienie porządku w szafie czy podjęcie zarzuconego od wielu dni pisania. Po prostu niebywałe.

Jeśli tylko byłoby tak dalej, dobra nasza. Są pierwsze efekty, jest więc sens i całą resztę leczyć. Po raz pierwszy od mojego tu przyjścia coś wreszcie ruszyło, zmieniło się na lepsze. I jest to ważne, nawet bardzo ważne. Podbudowuje i budzi nadzieję.

To tak, jakbyś na końcu długiego, czarnego tunelu zobaczył jeszcze nieśmiałe, lecz przyciągające i pełne obietnic małe, jasne światło. Jeśli je raz dostrzegłeś, zaczynasz wierzyć, że mordercza wędrówka w ograniczonej i przytłaczającej przestrzeni jest już tylko kwestią czasu, który cię zbliży ku światłu. A światło to wyjście z tunelu-pułapki, to twoja wolność."

I trochę dalej:

"I jak tu nie wierzyć w horoskopy? Budzę się wcześnie, godzina szósta rano. Mile brzmiący głos radiowej spikerki właśnie przepowiada najbliższą przyszłość poszczególnym znakom zodiaku. W tle sympatyczna muzyczka. Trochę rozbawiona wyławiam horoskop dla siebie.

- Ryby. Ryby, uwaga. Dziś nadszedł czas waszego przebudzenia. Wykorzystajcie tę szansę, nie przegapcie jej. Potraktujcie przemiany, jakie was spotkają, jak najbardziej serio.

I proszę. Albo jest to sugestia albo faktycznie coś zaistniało, dokonując we mnie fantastycznych przeobrażeń. Czuję się, jakby ktoś dowcipny wylał mi na głowę kubeł zimnej wody. Strzepuję, otrząsam z siebie tę wodę razem z resztkami snu. Zmyły się i gdzieś przepadły wszystkie nocne majaki. Spłynął i zniknął na dobre cały koszmar czarnej otchłani. Otworzyły się oczy, mózg zaczął normalnie pracować. Ja się naprawdę "rozbudziłam". Ja już czuwam, myślę i czuję.

Od kilku dni nieśmiało się obserwuję i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jestem nie ta sama. Zupełnie inaczej myślę i reaguję. Czuję się wyzwolona. Jak gdyby ktoś przenicował mnie na drugą stronę albo mnie odczarował, odmienił. I jest to tak wspaniałe, a jednocześnie nieoczekiwane, że aż szokujące.

Kiedyś spytałam moją lekarkę o fizjologiczny obraz przemian utożsamianych z depresją. Chciałam wiedzieć, co dzieje się w takim chorym mózgu. Zdziwiła mnie jej odpowiedź jasno precyzująca, że chodzi najczęściej o czysto mechaniczny zanik płynu okołomózgowego, który nawilżając odpowiedzialne za nasze emocje nerwowe komórki, warunkuje ich sprawność i dobry stan. Każde w związku z tym leczenie antydepresyjne, między innymi, właśnie ten biochemiczny niedobór niweluje. To by się nawet zgadzało. Najwidoczniej po tej całej baterii lekarstw, wreszcie i mnie się w końcu coś nawilżyło. I bardzo dobrze.

Myśli i odczucia, jeszcze kilka dni temu gwałtowne i czarne, uspokoiły się teraz, uładziły, ułożyły w logicznym układzie. Cudowne przeobrażenie, które zmienia bezmierny chaos w klarowną i sensowną treść. To trochę podobnie, jak w tej popularnej układance dla dzieci - puzzle.

Najpierw są dziesiątki pokawałkowanego sensu, strzępki nieokreślonych treści zawartych w drobinach kolorowego kartonu. Dalej widzimy uzasadnioną bezsilność sapiącego z utrudzenia Malucha, który bardzo się stara, usiłując dopasować jeden kawałek do drugiego. Nikt mu jednak nie dał nawet wzoru. Trudno mu jest więc przede wszystkim zacząć. Nie ma pojęcia, jak się do swojej układanki zabrać, gdyż nie wie, co ma właściwie przedstawiać ten jego obrazek. I nagle wyłania się przed nim chociażby najmniejszy, ale już logicznie spójny pierwszy fragment. Maluch jest inteligentny i to wystarczy. Odtąd pójdzie mu jak z płatka. Leżący przed nim stosik kartoników rozpracuje już świadomie i wybiórczo. Zrozumiał zasadę, rozszyfrował system, może być spokojny o końcowy wynik. Teraz to już tylko kwestia cierpliwości. I podobnie jest ze mną.

Ciężko to szło i powoli, lecz wyłonił się wreszcie w mej świadomości realny obraz sytuacji. Znów potrafię myśleć logicznie i jasno. Do swoich przeżyć nabrałam pewnego dystansu. Moje reakcje nie są już tak drastyczne, ostre. Uległy jakiemuś wyciszeniu, wyhamowaniu.

W pełni zdaję sobie sprawę z położenia w jakim się znajduję. Co tu dużo mówić, nie jest to położenie najlepsze. Chcę jednak wierzyć, że dwie pierwsze i najtrudniejsze fazy choroby - protest i desperację mam już za sobą. Teraz powinna się rozpocząć faza ostatnia, jaką stanowi odbicie się od dna, oderwanie. A ma ona przynieść konkluzje, rozwiązania pozwalające zamknąć przebyty etap oraz zapoczątkować konieczny do kontynuacji życia niejaki remont psychiki, odnowienie duchowe.

Już nawet zaczynam, choć jeszcze nieśmiało, konkretyzować pewne pomysły, zamiary. Pełna dobrej woli, próbuję formułować nareszcie bardziej już konstruktywne wnioski. Nie będę ich jednak na razie przytaczać. Niech się jeszcze przetrawią, skrystalizują, okrzepną. Jedno jest pewne i nagle oczywiste, że trzeba walczyć, że warto żyć. Żyć wreszcie inaczej, lepiej, po raz pierwszy od tak dawna z nadzieją. A to już jest bardzo dużo! To jest wszystko.

Póki co, trzeba się skoncentrować na rehabilitacji, która też może okazać się ani prosta, ani łatwa. Zaczynam powoli rozumieć, że mój pobyt tutaj powinnam wykorzystać jako możliwość wypoczynku, psychicznego odprężenia. To moje "przebudzenie" potraktować jako życiową odskocznię. Koniec więc z rozpaczliwą introspekcją, z rozdrapywaniem starych ran. Niezbędne jest, abym przed kolejnym starciem, przed czekającą mnie życiową rundą otrząsnęła się i nabrała nowych sił.

I proszę, jaka to się mądra zrobiłam poniewczasie. Swoją drogą, jakich to też cudów potrafi dokonać reklamująca się na cały świat francuska medycyna. ChÔpeau. Tylko uchylić w uznaniu kapelusza.

Oczywiście, nie można tu mówić o cudzie, ani nawet nagłej i totalnej metamorfozie. Nie potwierdzę przecież, że wskutek psychoterapii, której zostałam poddana, poczułam się nagle w stanie euforii, czy chociażby szczęśliwa. Żadne tam gwałtowne przeobrażenie czarnych, nawet samobójczych myśli w samoistną radość i poczucie pełnej i beztroskiej aprobaty życia, bo na przykład trawka ładnie rośnie, czy ptaszek sobie śpiewa. Nie. Czuję się tylko bardziej świadoma, a przede wszystkim spokojniejsza. Może teraz potrafię już obiektywniej, na zimno i z koniecznego dystansu rozważyć czynniki, które mnie do tak drastycznego stanu doprowadziły.

Poza słabą odpornością psychiczną, którą mogę już niestety uznać za pewnik, zdecydowanie destruktywną rolę odegrały również pewne niesprzyjające uwarunkowania i fakty, stanowiące wyśmienite podłoże dla tej szczególnej choroby. Nie są one wyssane z palca, ani też nie powstały jako wyimaginowany produkt zaburzonej świadomości. Istniały faktycznie i istnieją nadal, niezależnie od mojego "przebudzenia".

Takich życiowych trudności, złych przyzwyczajeń, problemów nie da się nawet przez najdłuższą i najbardziej efektywną kliniczną cure wymazać. Nie unicestwią się samoistnie, czekają na inicjatywę, przedsięwzięcia. Kiedyś wrócę, a one wciąż pozostaną realną cząstką mego życia i znów przyjdzie mi się z nimi zmagać. Mam jednak pewną szansę, gdyż teraz już to wszystko wiem.

Wiem, że to jeszcze nie koniec choroby. Może zaledwie początek końca. Tak zadomowiona przecież we mnie depresja wyłoni się zapewne nie raz, by pokazać, co nawet w odwrocie potrafi. Wyciągnie po bezbronną zdobycz swe nieustępliwe, zdradliwe pazury. To byłoby za piękne, gdyby miała ustąpić tak łatwo.

Nie będzie już jednak walkoweru. Znajdzie we mnie teraz, już nie słabą pokonaną ofiarę, lecz przeciwniczkę w swej bezwzględności godną siebie. Zajadłą przeciwniczkę, która raz zaatakowana gotowa jest walczyć o przewagę, a już na pewno się bronić."

Książka kończy się moim wyjściem z kliniki. A więc nieśmiały optymizm, garstka konstruktywnych postanowień, wiele wątpliwości i obaw przed normalnym, pozaklinicznym już życiem.

Książka się zamknęła, ale życie szło dalej. W realnym, twardym życiu trudno o bajkową czarownie odczarowaną królewnę. To by było za proste, to by było za ładne. Moja szermierka z depresją miała trwać jeszcze kilka lat. Wróciłam ponownie do tej samej kliniki, traciłam nadzieję i odnajdywałam ją od nowa. To była naprawdę walka na śmierć i życie i właśnie śmierć, choć nie moja, przeważyła szalę w tej walce. Opowiadam o tym w felietonie "Każdy niesie swój krzyż". Przeczytaj, jeśli chcesz.

----

 

"Był alkoholikiem i w tej namiętności wypowiadał się bez reszty."
- Emil Zegadłowicz

Młody chłopak na jednej z grup dyskusyjnych poruszył problem zagrożenia alkoholizmem szczególnie wśród młodzieży, często uderzającego ludzi nawet na wysokim intelektualnym poziomie. Z goryczą mówił o piciu jako już utrwalonym stylu życia zarówno wśród gnojków, jak i ludzi dorosłych. Trudno sobie wyobrazić na przykład spotkanie towarzyskie bez picia. Czy to będzie gra w karty, potańcówka, chrzciny czy stypa - wszędzie chlanie! Ten model nie tylko się utrwala, ale i rozprzestrzenia. Pijany swiat. Alkoholizm sięga po coraz to nowe ofiary. Tak strasznie dziś łatwo znaleźć "uzasadnienie", "usprawiedliwienie" dla picia, trudniej natomiast ograniczyć je lub z nim skończyć. Szczególnie tym słabszym, oczywiście, ale kąd wiedzieć, że jesteś tym słabszym, bardziej poddatnym, że łatwiej i szybciej od innych wpadniesz w alkoholową pułapkę?

Młodzieniec, bardzo słusznie zresztą, sam poczuł się już poważnie zagrożony, wymienił wszystkie okoliczności, w których sięga po butelkę, najwyraźniej zdawał sobie sprawę jak łatwo i szybko można się od tego świństwa uzależnić. Opowiedział nam o swoich udanych, częściej nieudanych własnych próbach kontroli nad piciem. Zakończył swoją wypowiedź sympatycznym pozdrowieniem skierowanym szczególnie pod adresem osób niepijących.

Odpowiedziałam na tę wypowiedź - wyznanie młodego człowieka, nie mogłam i nie chciałam udawać, że nic do mnie nie dotarło. Zbyt bolesny to dla mnie samej problem. Zacznęłam od tego, co ogólnie myślę o problemie alkoholizmu, potem dodałam dosyć drastyczny komentarz, niestety z własnego, osobistego doświadczenia. Henri Frederic Amiel powiedział: "Nie wyleczy się chorego, który nie wierzy w swoją chorobę." Cholernie mocno tyczy to właśnie alkoholików czy wszystkich innych chorych od czegokolwiek uzależnionych.

Wiedza jest zasobem wiadomości zdobytych dzięki uczeniu się. Ładunek, bagaż - statyczny, bierny. Tylko tyle, kropka. Świadomość jest stanem psychicznym. To zdolność zdawania sobie sprawy w kategoriach pojęciowych (uogólnienie) z tego, co jest przedmiotem postrzegania i doznań. Jest to jakby przetworzenie, obróbka napływających danych. Świadomość "organizuje" dane dostarczane jej przez zmysły, pamięć, dzięki czemu możemy się umiejscowić w czasie i przestrzeni oraz wobec otaczającej nas rzeczywistości. Jest rozeznaniem co do naszego istnienia, naszych czynów i zewnętrznego świata. Tyle teoria.

Weźmy więc alkoholika. Alkoholik "wie" najczęściej o szkodliwości picia. Może być nawet zupełnie nieźle obryty w teorii: znać kryteria alkoholizmu, mieć rozeznanie w symptomach tej choroby, jej stadiach, a nawet pułapkach. I co z tego? Wie, ale pije. Bo nie bierze sobie tej wiedzy do siebie i swego stanu. Są może tacy, którzy mają problem, ale nie on, a w każdym razie - jeszcze nie! Taki, co nie widzi problemu, nie będzie próbował go rozwiązać. Alkoholicy znani są właśnie z tego, że bronią się przed "świadomością" może nie tyle rękami i nogami co ucieczką, która w ich przypadku jest coraz uporczywszym zapijaniem pały. Żeby nie myśleć, żeby nie oceniać, żeby niby wiedzieć, ale bez bycia świadomym. A taki uciekinier od siebie samego jest bez szans.

"Świadomy" alkoholik przetrawił docierające do niego dane: i coraz bardziej drastyczne reakcje własnego organizmu, i obserwacje pijącego otoczenia, i to, co trąbią mądralińscy lekarze. Pokombinował, rzucił okiem na dotychczasowe życie, zastanowił się nad tym, co go czeka. Dokonał wartościowania, oceny - uznał swój problem. Wie, że jest alkoholikiem i ma do wyboru: albo kontynuować, kontynuować aż do fatalnego końca, albo coś z tym zrobić. Już dużo zrobił - obudził świadomość! Jest to pierwszy, faktycznie najważniejszy krok na drodze walki z nałogiem - dopiero teraz ma szansę.

Młody człowiek, który zainicjował ten trudny temat, oczywiście pewnie nawet nie wiedział, że ta jego tak szczera wypowiedź bardzo mnie poruszyła, a to jego pozdrowienie trafiło prosto do mnie. Dlaczego? Bo od ilu to już lat? - będzie dziewięć - jak siedzę przed komputerem, sącząc rdzo-żerną coca-colę, która zastąpiła szklaneczki już od bardzo wczesnego wieczora aż do kompletnego zamroczenia - szklaneczki niezmordowanie napełniane czerwonym winkiem, lubiłam też różowe, nie powiem, a jako że mieszkam we Francji napitku tego duży wybór i nie przesadzony dostatek.

Czytelnicy moich felietonów, znają moją historię i wiedzą jak przez dziesięć długich lat borykałam się z depresją. Z depresją i... z alkoholem. W tym cholerstwie nie wiesz, co pierwsze, gdzie początek, gdzie koniec. Pijesz, bo jesteś w depresji? A może jesteś w depresji, bo pijesz?

Ja tankowałam zdrowo. Najpierw w towarzystwie, tu wszyscy chleją - normalka. Później moje "towarzyskie picie" coraz gorzej przechodziło, bo zamiast stawać się po poprawnym literku zabawowa jak wszyscy, mnie brało na smutki i czarną desperację, sama zaczęłam rozumieć, że psuję innym radochę. Zaczęłam więc pić w samotności, a krótko potem nie tylko już w samotności, ale i w ukryciu. Baba po trzydziestce, niby kochająca matka dwójki najwspanialszych dzieci, a moczymorda straszliwa, przyczajona. Ładny obrazek, nieprawdaż?

Tak to wspominam w "Krzywym zwierciadle":

"A ja się leczyłam, realizowałam dziesiątki recept, przyjmowałam serie zastrzyków, robiłam najróżniejsze badania, analizy. Z jakim skutkiem? Od jednej depresji do drugiej i kolejny model leczenia i następne rendez-vous. A zawsze też było pod ręką lekarstwo na własny rachunek, na domowy użytek. Wyrób stanowczo już nie farmaceutyczny. Mowa oczywiście o winku, moim wiernym kompanie i wspólniku. Wino podrzędne, byle jakie, za to w ilościach przerażająco obfitych. Porcyjka wina, które uspokaja, rozluźnia, dodaje odwagi, otuchy, niekiedy ułatwi płacz. Pewnie to znasz. Wspomaga towarzysko, skraca beznadziejnie puste wieczory, pozwala zasnąć i głęboko spać. Jest oczywiście i druga strona medalu, a tej pewnie nie znasz, bo skąd? Alkohol, który prowokuje agresję, zaostrza pretensje i żale, powoduje rozdrażnienie, niepokój. Nie znasz tego, to słuchaj dalej jak problemy i kompleksy wyolbrzymia, pogłębia jeszcze rozpacz, poczucie samotności, zagubienia i co jest chyba najgorsze, staje się źródłem wstydu, poczucia winy, jak również zamroczonej lecz dokuczliwej świadomości daleko posuniętej autodestrukcji. Już od tego samego można się zapić na śmierć."

Tak trwało lata, szybko i ostro posuwałam się w procesie. Wszyscy leczący mnie specjaliści orzekali zgodnie - alkoholiczka! Proponowali, a raczej szantażowali wszyciem esperalu czy jakiegoś innego tam straszaka, stanowczo odmawiałam, nie przyjmując do wiadomości ich diagnozy. Wreszcie uwierzyłam. Gdy zaczęły się objawy tak typowe jak konieczność porannego klina, bez którego nie było nawet mowy, by normalnie myśleć i żyć, gdy budziłam się półprzytomna, roztrzęsiona i moim pierwszym rozrusznikiem stawała się wypijana gdzieś w zamkniętym sraczu butelka piwa, powiedziałam sobie koniec ze mną - depresja depresją, a ewidentny alkoholizm swoją drogą. Naga, brutalna prawda.

Wielka Opatrzność czuwała nade mną. Ta Opatrzność, która dała mi dwójkę tak bardzo kochanych i kochających mnie dzieci. Tym razem była to pięcioletnia Dorotka, która znalazła mnie pijaną, myślę, że w stanie komatycznym. Nie tylko, że przeciwstawiła się uzasadnionej agresji swojego własnego ojca, który wściekły na żonę - pijaczkę chciał roznieść ją na strzępy, na pewno przerażona tak brutalną, trudną do wyobrażenia sytyacją, zajęła się mną z całą opiekuńczością i miłością, na jaką było ją stać. A stać ją było na bardzo dużo, bo ta jej reakcja zaważyła o wszystkim - o całym naszym dalszym, czyli dotychczasowym życiu. Pamiętam, że mnie poiła, karmiła, jako że pijąc nigdy nic nie jadłam, czytała mi swoje najukochańsze historyjki, mówiła o swojej dla mnie miłości... Jeszcze dzisiaj czuję gulę wzruszenia, gdy o tym pomyślę.

I to był ostatni raz, gdy tknęłam alkohol. Właśnie wtedy, gdy tuliłam do siebie przerażone i kochane dziecko, powiedziałam sobie raz na zawsze - koniec, basta! Na drugi dzień wstałam, jakbym nigdy w życiu nie piła, nie miewała obrzydliwych objawów wrednego kaca. Żadnych lekarzy, odwyków, środków uspokajających, kroplówek i tego całego medycznego cyrku - nic! Żadnych też symptomów braku alkoholu we krwi, a zaprawiałam przecież codziennie i to sporo, i to od wielu lat. Żadnych skojarzeń, przymusu czy ciągot do choćby kropli - nic! Cud boski - enigma.

Zaczęłam nowe życie bez alkoholu, pozostając we własnej świadomości - byłą alkoholiczką. Pamiętam, że najbardziej się bałam, żeby przez nieuwagę w towarzyskim zamieszaniu nie chwycić za czyjąś szklankę wypełnioną alkoholem albo że jakiś pijany "dowcipniś" przemyci mi alkohol do mojej coli czy lodów, co zresztą faktycznie miało miejsce i gdyby nie mój trzeźwy obserwacyjny zmysł, mogłam wpaść w takie dowcipniaste, pijackie sidła. To prawda, że ci pijący nie lubią za bardzo tych, co się wyłamali. A ja, jako ta "alkoholiczka", bałam się nawet kropli, która może ruszyć ten diabelski młyn od nowa.

Życia w towarzystwie, w towarzystwie według mnie pijącym coraz więcej i zdecydowanie ponad miarę, musiałam się nauczyć jakby od początku. Ale to też przyszło mi dość gładko i teraz często się zdarza, że na różnych naszych spotkaniach znów jestem tak zwaną duszą towarzystwa, intonując i wkładając całą duszę w nasze młodzieńcze, co tu dużo mówić, pijackie śpiewki - ja, jedyna pośród całego grona mocno zawianych, która nie tknęła nawet kropli.

Wszędzie i zewsząd otoczona jestem alkoholem. Dużo przyjmujemy, nie mam najmniejszego problemu serwując wino do obiadu, napełniając puste kieliszki, nawet na jotę mnie to nie rusza. Rusza mnie natomiast sytuacja, gdy widzę, że ktoś pije nie dla przyjemności picia, dla weselszego spędzenia czasu w towarzystwie, lecz pije, bo go coś boli, bo chce zapomnieć, bo zapija problem. O tak, wtedy wracają moje koszmarne wspomnienia mojego koszmarnego picia i czuję się bardzo, ale to bardzo źle. I takiego picia innych - picia na umór - unikam.

I jeszcze jedno, co chcę tu powiedzieć. Młody człowiek usiłował postawić sobie autodiagnozę, stwierdzić obiektywnie, rzeczowo - czy i na ile jest już uzależniony? Właśnie co do takiej autodiagnozy podchodziłabym bardzo sceptycznie. Mnie stawiali diagnozę psychiatrzy, a więc, jakby nie było specjaliści. I co się okazało? Że ta ich mądralińska diagnoza, to jedno wielkie byle co.

Niedawno obejrzałam telewizyjny bulwersujący program właśnie o alkoholizmie wśród kobiet. Statystyki, problem picia w ukryciu, sposoby leczenia i koniecznej psychoterapii. Rozdziawiłam gębę, chłonąc każde słowo - przecież mówili o mnie. Na zakończenie programu prowadzący poprosił o podsumowanie jakiegoś profesora, w każdym razie na pewno jednego z większych mądralińskich. Zadał mu następujące pytanie - A co pan powie, panie profesorze, gdy zgłosi się do pana alkoholiczka i powie panu, że przestała pić sama z siebie, bez pomocy medycyny? - Nawet się długo nie zastanawiał, ten tytułowany, i trzepnął zdecydowanie - Powiem o niej, że albo nie była alkoholiczką, albo pije nadal w ukryciu.

Jezusie, ale mną rzuciło! A ja?! Przecież diagnoza była twarda jak drut, a i symptomy wierniutkie co do joty, a wyszłam z tego gówna sama i to w dodatku najzupełniej bezboleśnie, a nie piję też przecież w ukryciu... No chyba bym go strzeliła w mordę za takie byle co gadane publicznie i na pewniaka - głupi bufon, konował jeden! A to mnie wnerwił. Szkoda, że mnie nie zaprosili na to dyskusyjne forum.

Dobrze, że mnie nie zaprosili i że nie dałam w mordę temu "specjaliście". Rację miał. A uświadomił mnie o tym mój ostatni psychiatra, którego raz nienawidzę, a raz uwielbiam i do którego mam pełne zaufanie. Opowiadam mu ostatnio co i jak i aż się trzęsę z oburzenia, że takie banialuki gada się w programie telewizyjnym, kiedy ja jestem przecież żywym przykładem, że można samemu, że wystarczy betonowa decyzja, silna wola, konsekwencja i tego typu różne psychiczne duperele, a mój psychiatra na to, że się mylę, że niestety mylili się w diagnozie jego koledzy. Miałam bardzo poważne problemy z alkoholem, ale nigdy nie byłam alkoholiczką. Gdybym nią była, nie wyszłabym z tego sama. U alkoholika następuje bardzo głęboka zmiana całej struktury psycho-fizycznej i niestety bez środków wspomagających i bez długoterminowej psychoterapii wyciągnąć się z nałogu nie da.

Toteż wiedząc to wszystko, zwróciłam się do mego rozmówcy jakoś w te słowa: z tego, co widzę, też nie jesteś alkoholikiem. Jeszcze nie! Jeszcze potrafisz skończyć z tym sam. Abyś tylko chciał! Abyś mi uwierzył, że życie bez picia staje się nie tylko prawdziwsze, ale też stanowczo łatwiejsze.

I jeszcze a propos niektórych kretyńskich psychiatrów. Na tego, co mnie szantażował wszyciem esperalu - bo inaczej do swojej prywatnej kliniki (!), drogiej jak cholera, nawiasem mówiąc, następnym razem wcale mnie nie przyjmie - byłam cholernie zawzięta. Kiedy minęły już jakieś cztery lata, gdy przestałam trunkować, specjalnie pojechałam do głupka, by mu się pokazać - trzeźwa jak gwizdek bez jego zasranego esperalu. Nie wiem, co mnie motywowało, chyba szuszotana w tej klinice opinia, że Polacy to z definicji moczymordy, może chciałam mu udowodnić, że niekoniecznie?

Opowiedziałam mu co i jak i tylko jednym się trochę w moich oczach zrehabilitował, bo otworzył gębę w najwyższym niedowierzaniu, a potem przyznał mi konfidencjonalnie - jakby w nagrodę - że wobec alkoholizmu medycyna jest faktycznie bezsilna, lekarzom udaje się wyciągnąć z gorzałkowania tylko mizerne pięć procent. Prawdziwe uzdrowienia, to właśnie takie "samoistne" jak moje. Tu mi zaczął się zwierzać, jaką to on darzy sympatią Polaków, od wielu lat ma polską gosposię w swojej nadzianej willi, itp. Bliski był prawie zaproponowania mi pracy w klinice - coś jakby salowa, szybko go osadziłam, że mam znacznie wyższe ambicje, a co.

Potem się zastanowił i liczyć zaczyna - To już cztery lata jak pani nie trunkuje, jeszcze jeden roczek i można spróbować. Po jakichś pięciu latach mechanizm uzależnienia wygasa. Tu mnie wkurzył tak, że aż mnie z krzesła poderwało. - Panie doktorze drogi - walę prosto z mostu - takie rady to może pan dawać swoim pacjentom, ciężko bulącym za wszycie sobie tego pańskiego esperalu! - Zupełnie nie łapał, o co się tak rzucam, nie widział problemu, więc mu wyjaśniłam dosadnie i dosyć drastycznie.

- Słuchaj pan, gdybym się dzisiaj dowiedziała, że na sto procent umrę, powiedzmy, za trzy tygodnie, wtedy BYĆ MOŻE tak, wtedy być może, bym się pokusiła, by na rozluźniającym rauszu zejść z tego świata. Śmiertelna maligna, pijacka maligna to nawet trochę podobne. Nigdy nie będę miała na szczęście takiej pewności, bo nikt jej nie ma i wciąż podkreślam mocno problematyczne - być może! Bo może akurat przyjdzie mi ochota złożyć rączki do Bozi ze świadomością kryształową jak kryształ, też tak może się zdarzyć? Natomiast mogę panu powiedzieć z absolutnym przekonaniem jedno - życia z alkoholem, czy będzie ono trwało dwa, pięć czy może jeszcze pięćdziesiąt lat - nie biorę w ogóle pod uwagę. Albo życie, albo alkohol! Trzeba wybrać. I ja już tego nieodwracalnego wyboru dokonałam.

Nie wiem, czy coś z tego zrozumiał, bo miał minę zszokowanego szympansa. Za to nie wziął należności za konsultację, co u takiego dorobkiewicza na biednych pijaczkach i narkomanach musiało być poświęceniem nie lada, a, i jeszcze przy pożegnaniu poderwał dupsko z fotela, by szarmancko - po polsku, rzec można, z szacunkiem pocałować mnie w rękę. Z jego gabinetu wyszłam dumna jak paw, taka ze mnie cholera. ;-) Za siebie dumna, za moją moralną nad tym pretensjonalnym patafianemprzewagę, dumna za wszystkich alkoholików porywających się na rzecz tak trudną, jaką jest zerwanie z nałogiem.

Na zakończenie pozdrawiłam mojego rozmówcę w najserdeczniejszych słowach, jakie potrafiłam znaleźć, życząc mu jak najszybszego podjęcia wyzwalającej, betonowej decyzji. Tu go zapewniłam, podobnie jak wszystkich, którzy borykają się z alkoholowym problemem - jeśli macie jakiekolwiek pytania czy wątpliwości, walcie do mnie jak w dym! Bardzo poruszyła mnie szczerość tego chłopca, szczerość, która do najłatwiejszych nie należy. To właśnie ona zdopingowała mnie do powyższego świadectwa, a prawdę mówiąc, zrobiłam to publicznie i tak otwarcie po raz pierwszy. I wcale nie żałuję. Dumna jestem z siebie, że położyłam temu alkoholowemu piekłu kres, ale najważniejsze, że dumne są ze mnie i wreszcie szczęśliwe moje dzieci.

---

(spontaniczność)

Ktoś gdzieś tam zapytał o rade, odpowiedziałam zgodnie z własnym doświadczeniem i wiedza na jakiś tam psychologiczny temat. I tu się okazało, że wreszcie (!) wypowiedziałam się spontanicznie i od serca, w odróżnieniu od moich "wypieszczonych", stonowanych, mniej "prawdziwych" innych postingów. Taka była ocena jednej z młodziutkich dyskutantek, którą darzę szczerą przyjaźnią. Może dlatego ta jej przychylna ocena niby rzadko spotykanej u mnie spontaniczności, dala mi do myślenia. Po zastanowieniu się, odpowiedziałam jej jakoś tak:

Zabiłaś mi potężnego ćwieka, przyznaję. Spontaniczność u mnie jako rzadkość? A to ci dopiero! A wiesz dlaczego? Bo przez te wszystkie chore lata byłam "cała spontaniczna". Aż do bólu! Wszystko na żywioł, wszystko od serca, wszystko na ostrzu noża, wszystko na jedna kartę. Wszystkiego za dużo, wszystko za mocno, we wszystkim przesada. Taka właśnie była jedna z krzywych mord mojej depresji. Czy masz pojęcie, jak coś takiego męczy i wypala?

Żadnych półśrodków, prawie żadnej kontroli, wstręt do owijania w bawełnę, do półsłówek, do wyważania argumentów, do tonowania uczuć... Wymagania od siebie i innych, oczekiwania wobec życia z desperackim warunkiem - jak nie mogę mięć wszystkiego, nie chce nic! Czy możesz sobie wyobrazić, do czego do prowadzi? Do wypalenia się w beznadziejnej walce, do poczucia bezsilności, do totalnej rezygnacji.

A teraz te "wypieszczone" teksty. ;-) Tym gorzej dla tych tekstów, współczuję Czytelnikowi, tym lepiej jednak dla mnie. Są one efektem mojej usilnej wewnętrznej korekty, korekty niezbędnej po spustoszeniach i wypaczeniach poczynionych przez depresje. To tak, jakby znarowionej, szamoczącej się na wszystkie strony szkapie mądry (poniewczasie) woźnica założył niezbyt może ładne, ale jakże pomocne cugle. Woźnica mówi "wio!", woźnica mówi "prr!", koń jedzie równo i prosto, nie tracąc na darmo swej żywiołowej siły. Nie musze chyba dodawać, ze ta szarpiąca się szkapina jest podobna do moich znarowionych emocji.

Ta spontaniczność wciąż we mnie tkwi, pulsuje gdzieś w głębi jak świeże źródełko, do którego mogę zawsze sięgnąć, gdy potrzeba. Przestała jednak być silniejsza ode mnie. Teraz ja mam nad nią władze. Nad innymi emocjami tez. I bardzo mnie to cieszy i jestem nawet dumna z tak widocznych efektów mojej autokorekty, tylko trochę tego biednego Czytelnika mi żal. Znów przyjdzie mi pisać dla zatrzaśniętej szuflady. Nie można jednak mieć wszystkiego na raz, ech!

:-))))

---

(dlaczego akurat ja?)

"Co było powodem twojej depresji? Słyszałem między innymi o takiej przyczynie jak nieakceptowanie czegoś w swoich uczuciach. Im bardziej się to coś tłumi, tym większa pustka powstaje. Co myślisz o takich mechanizmach:

  • agresja do osób bliskich, poczucie wstydu, bezradność;
  • pragnienia niezgodne z przyswojonymi standardami;
  • utrata celu w życiu;

Magdo, co możesz powiedzieć o swojej depresji, mając powyższe punkty na uwadze?"

Agresje do osób bliskich, poczucie wstydu wynikające z poczucia winy i bezradność widzę bardziej jako skutek, konsekwencję, przejaw choroby, a nie jej przyczynowe podłoże.

"Cel", to za słabo powiedziane, jest to bardziej pojęcie dotyczące konkretnych zamierzeń, sposobu na życie, jego realizacji. Depresja w swojej destrukcji idzie niewspółmiernie dalej - ona odbiera sens życiu! Żyjesz, a raczej wegetujesz, przestając rozumieć, czemu twoje życie ma służyć. Mnie rozłożyła śmierć dziecka przy porodzie w trzy tygodnie po przyjeździe do Francji. Totalny szok, zwątpienie we wszystko, poważne zachwianie zbyt wątłej zapewne wiary.

Jednak logika Opatrzności jest mimo wszystko niezbadana. Po ośmiu latach zmarł nagle na brutalny zawał serca w wieku 34 lat mój młodszy i bardzo kochany przeze mnie brat. I było to jak uderzenie o najgłębsze i najczarniejsze dno. Znów cały mój świat stanął na głowie, przewartościowało się wszystko, raz jeszcze zostałam brutalnie skonfrontowana z problemem życia i śmierci. Zrozumiałam wtedy, że ja mimo wszystko mam wybór: wegetować czy żyć. Być może właśnie wtedy, w tej kolejnej bolesnej konfrontacji z bezlitosną, bezwzględną, nieodwracalną śmiercią obudziła się we mnie wola życia? Od śmierci brata zaczęłam wychodzić z depresji.

"Co wiesz o depresji, jej mechanizmach? Czy leczący cię psychiatrzy i psychoterapeuci odkryli przed tobą "podszewkę" tej choroby? A może to wcale nie była depresja tylko tzw. ból emigranta?"

I czego Ty mnie męczysz?! ;-( Ja dziś mogę tylko opowiedzieć jak ten stan chorobowy przeżywałam, czyli tylko o subiektywnie odbieranych symptomach. Natomiast samą diagnozę choroby stawiali zgodnie liczni francuscy psychiatrzy - depresja melancholiczna! Co to za licho i skąd się bierze, nie wiem i nie potrafiłam tego wydobyć od borykających się z moją psychiką lekarzy. Podejrzewam, że dzisiejsza medycyna nie jest jeszcze zbyt mocna w ustaleniu przyczynowości pewnych chorób, w tym depresji.

Nigdy nie było tej choroby u nikogo nawet z najdalszej mojej rodziny (kluczowe pytanie każdego medycznego wywiadu), dzieciństwo miałam biedne, ale jeśli już nie szczęśliwe, to na pewno normalne, młodość trochę mniej normalną, bo w realiach "socjalistycznej paranoi", ale przecież taką jak wszyscy. Dlaczego akurat mnie to świństwo gruchnęło, by mi odebrać ze zdrowego życia całe dziesięć lat?! Nie wiem. Byłam zbyt słaba, zbyt wrażliwa, zbyt wymagająca w stosunku do siebie i życia? Emigracja, strata dziecka - ten szok odebrałam jako osobistą klęskę, mój "perfekcjonizm" nie mógł jej strawić. Zawsze aktywna, walcząca z przeciwnościami wobec tak nieodwracalnego życiowego niepowodzenia rozsypałam się w drebiezgi.

Nie wiem, dlaczego zachorowałam ani nie wiem, za sprawą czego ostatecznie z tej choroby wyszłam. Widziałam też niepomierne zdziwienie na gębach lekarzy - tyle ich najróżniejszych starań bez skutku, a nagle zaczynam windować ku zdrowiu, nie oglądając się na nic. Jakby się coś odkleszczyło. Tylko co?...

"Stereotypowo patrząc na twoją chorobę, widziałbym to tak: gdy ktoś ma depresję w wieku około 40 lat, to jaskrawo wyłazi kontrast między ambitnymi marzeniami a wynikiem bilansu życia, jaki robi się w tym czasie. Gdy bilans połowy życia wypada negatywnie w porównaniu z wyśrubowanymi i perfekcjonistycznymi oczekiwaniami, depresja jest prawdopodobna. Zwłaszcza, gdy poczucie własnej wartości opiera się na swoich osiągnięciach."

Małe sprostowanie. Gdy zapadłam na depresję, miałam 31 lat, gdy z niej wyszłam skończoną czterdziestkę. Ale i ten wiek można uznać za próg dojrzałego życia. Miałam już pięcioletniego synka, marzyłam o drugim dziecku (od dzieciństwa powtarzałam, że chciałabym mieć siedmioro dzieci!). Bilans na pewno był ujemny, gdyż bez tego nie podjęłabym decyzji o emigracji. Ale to jeszcze była walka, walka desperacka jak nigdy dotąd. Kosztem ogromnego poświecenia (rozstanie z rodziną, do której byłam bardzo przywiązana; o nostalgii jeszcze wtedy nic nie wiedziałam), postanowiłam znaleźć lepszy, "normalniejszy" świat dla dwojga moich dzieci.

"Czy powiedziałabyś o sobie, gdy miałaś np. 35 lat - zasługuję na miłość, za to tylko, że jestem?"

Tu trafiłeś w dziesiątkę! Nigdy bym tak o sobie nie powiedziała. Wprost przeciwnie, zawsze uważałam, że muszę o wszystko zabiegać, starać się, gdy trzeba - walczyć. Nic bez wysiłku, nic za darmo. Sama sobie podnosiłam poprzeczkę, podwyższałam pułapy - dać więcej z siebie w domu, dać z siebie więcej w pracy, angażować się na maksa, nawet poświęcać - dążyć do perfekcji. Aż wszystko szlag trafił. Bo jeśli się nie dało najlepiej jak można, to nie chciałam wcale. Zwątpiłam w siebie, doszło poczucie winy, odrzuciłam wszystko.

"Człowiek, który czuje się akceptowany pomimo tego, że jego życie nie spełni przyjętych przez niego standardów, jest wówczas w stanie zaakceptować nowy, bardziej realistyczny obraz siebie i swojego dalszego życia."

Dokładnie tak. Właśnie na przyjęciu bardziej realistycznego obrazu siebie i dalszego życia oparło się moje zdrowienie. Wymagało to jednak, przyznasz chyba, wewnętrznych poszukiwań, poznania, zrozumienia siebie, a także wewnętrznych zmagań - czy mogę spuścić z tonu, czy mam prawo być najzwyczajniej szczęśliwa? Mówisz o akceptacji, i masz rację. Tyle tylko, że tu chodzi głównie o samoakceptację! Depresja jest rozgrywką chorego z sobą samym.

"Kolejna hipoteza wiąże się z nieakceptowaniem negatywnych uczuć. W twojej książce piszesz o depresji także tam, gdzie ja wołałbym słowo rozpacz. Gdy umiera dziecko, rozpacz jest najbardziej adekwatną do sytuacji reakcją matki. Gdy mieszka się w obcym kraju, nie można znaleźć pracy, gdy małżeństwo się rozpada - rozpacz, poczucie osamotnienia, lęk - te wszystkie uczucia są adekwatne do sytuacji. Ty piszesz jednak o nich wówczas, jakby były objawem depresji."

Od rozpaczy po stracie dziecka się zaczęło, a później wszystko już tylko nakładało się na siebie i potęgowało. Jakby od twardego kamienia wzięła początek potężna i potężniejąca wraz z opadaniem śnieżna lawina. Moja rozpacz była początkowym zarzewiem, depresja, która po niej nastąpiła, nie dała się tej rozpaczy w naturalny sposób wypłakać, wypalić. Ta rozpacz, ta rewolta wobec śmierci tkwiła w mojej chorobie do końca. Aż do następnej równie brutalnej i równie bolesnej konfrontacji ze śmiercią, śmiercią mego brata - Adama.

"Potrzebne jest wówczas wsparcie bliskich osób, którzy rozumieją twoje uczucia, dają ci prawo do ich przeżywania i towarzyszą ci przy tym ze współczuciem. Trzeba też umieć przyjąć to wsparcie. Nie wiem, czy ty w ogóle miałaś szansę na otrzymanie wsparcia, jeśli twoi bliscy radzili ci wtedy, byś "wzięła się w garść", zamiast, dajmy na to, cię przytulić, pogłaskać po głowie i pozwolić ci się wypłakać do końca?"

Miałam wsparcie bliskich, na ile to oczywiście możliwe. Wierz mi, to musi być niebywale trudne zrozumieć takiego "chorego z rozpaczy". A jeszcze pomóc?! Jak, jeśli ten "płacz", o utuleniu którego mówisz nie ma końca ni konkretnych racjonalnych przyczyn? Jakoś wytrzymali ze mną to wszystko, sama nie wiem do dzisiaj jakim cudem. Myślę nawet, że ten czarny okres w życiu naszej rodziny jeszcze ją bardziej scalił i związał. No tak, tylko jakim kosztem?...

"Czy depresja poważnie wpłynęła na zmianę twojego charakteru? Czy też w chwilach wolnych od depresji czujesz się tak, jak w okresie przed wystąpieniem pierwszych objawów tej choroby?"

Tak, depresja bardzo poważnie wpłynęła na zmianę mego charakteru. Nieraz myślę, że jestem już zupełnie nie ta sama. Jakbym narodziła się na nowo. Rezerwa, optymizm, elastyczność, wyrozumiałość, docenianie nawet najbardziej błahych dobrych chwil. Luz, popuszczenie cisnącego więzidła (reguły, przymusy, sztywne kryteria, itp.) - dawniej nie do pomyślenia! - a dzisiaj, wszędzie, gdzie się tylko da - jak najdalej idący luz. ;-)

"Widzę jeszcze jeden scenariusz: zaraz po przybyciu do nowego środowiska (emigracja) spotkał cię cios, który wyrwał ci grunt spod nóg. Zapragnęłaś być znowu dzieckiem i przeżyłaś klasyczny psychoanalityczny regres. Przez wiele lat usiłowałaś (bezskutecznie) znaleźć substytut domu rodzicielskiego w szpitalu psychiatrycznym, to wcale nie jest takie nietypowe. Słyszałem, że istnieje klasa pacjentów, którzy lubią tam przebywać i wcale to sobie chwalą, dopiero moment wyjścia jest dla nich przykry. A potem kolejna śmierć uświadomiła ci, że tego się nie da zrobić, regres nie ma sensu, a czas ucieka. I wtedy naprawdę wkroczyłaś w dorosłość. Pożegnałaś się z pragnieniem "powrotu do łona" i wybrałaś, samodzielne życie, tym razem napełnione siłą i radością. To się układa we wspaniałą całość, nie?"

Ja wiem, że ty byś wołał, żeby było "klasycznie. ;-) Muszę Cię jednak rozczarować. Regres emocjonalny to i ja może przeżyłam - przede wszystkim osłabienie, jeśli nie utrata instynktu samoobronnego, natomiast sam szpital psychiatryczny był dla mnie najprawdziwszym koszmarem, zatrzaśnietą klatką z innymi dużo poważniej chorymi pacjentami i zwariowanym personelem narzucającym mi jakiś niezrozumiały dla mnie, zupełnie poroniony reżim, któremu się zresztą całą sobą przeciwstawiałam. Pobyt w "wariatkowie" był dla mnie gwałtem nie tylko dla obolałej duszy, ale i dla umysłu, który był przecież zdrowy i sprawny. Stanowczo, dwukrotna hospitalizacja była dla mnie najtrudniejszym periodem w mojej chorobie. To już może bardziej ze strachu, by więcej tam nie powrócić desperacko dorosłam do "samodzielnego życia"? :-) Ale kombinuj dalej, Mój Drogi, jeśli się upierasz, że rozwikłasz raz-dwa-trzy tak powikłany problem, jakim jest czyjaś depresja.

:-)))

---

 

CZY BAGNO USZLACHETNIA

Bardzo ciekawie nam się rozmawiało z Pawłem na forum polskiej grupy dyskusyjnej "Psychologia" na temat depresji i wszelakich choróbsk psychicznych, które nazwaliśmy sobie życiowym błotkiem. Paweł po wysłuchaniu moich zmagań z depresją, chcąc mnie chyba obdarzyć komplementem, rzucił pod moim adresem:

"Widać, że wiele przeszłaś. Bagno uszlachetnia. Gdybym miał cię poznać inną, mniej dojrzałą niż jesteś teraz, źle by się stało, by ominęło cię to bagno."

A do diabła! - tu się mocno żachnęłam. - Źle - dla kogo? Już Ci mówiłam, jaki był koszt mojego wpadnięcia w to bagno. Nie tylko dla mnie, ale i dla mojej rodziny. Czy zdajesz sobie sprawę, czym może być czyjaś ostra, do granic możliwości - "demoniczna" depresja dla najbliższych? Łatwo być "hojnym" czyimś kosztem. Nie, źle się stało, że tak się stało! Będąc już jednak poza grzęzawiskiem, można i chyba trzeba spojrzeć na przeżyte doświadczenie tak zwanym optymistycznym okiem - lekcja życia, metamorfoza, powtórne narodziny... i te rzeczy. Co zresztą robię. Wolałabym jednak stanowczo, dla siebie i dla innych, tak surowej - to mało! - tak okrutnej życiowej lekcji uniknąć.

Zwolennik "twardej szkoły życia" nie dawał jednak za wygraną, perswadował:

"Im mocniej przeżywamy to, co się dzieje w nas i wokół nas, im silniejsze są bodźce odbierane bez znieczulenia, tym głębiej się to zapisuje na taśmie umysłu i podświadomości i dlatego na długo zostaje wygrawerowane w naszej psychice. Każdy w życiu rodzi się wiele razy i te narodziny, czasami błotniste i śmiertelnie niebezpieczne, my - bliźni możemy, powinniśmy spokojnie obserwować, ułatwiać, prowokować - jak dobry położnik."

No dobra - tu mnie trochę poniosło - sam chciałeś! Będzie o porodach. Gdy jako podstarzała "pierwiastka" rodziłam Michałka w warszawskim szpitalu, mądraliński położnik też się uparł, bym urodziła naturalnie, chociaż wszystko szło nie tak jak trzeba i cierpiałam jak oszalałe z bólu zwierze. Ale on się zakleszczył - obserwować i czekać. Dać naturze dojść do głosu! - kategorycznie zadecydował, a może też podobnie myślał - ból uszlachetnia? Bufon jeden! Gdy po prawie trzydziestu godzinach Michałek przyszedł wreszcie na świat, był czarny, przyduszony pępowiną okręconą wokół szyi. Z dziesięciu możliwych punktów jakiejś tam skali oceny stanu noworodka miał zaledwie dwa punkty. Na jaki głos natury ten patafian czekał?! Wiedział, że na pół roku przed zajściem w ciążę przeszłam bardzo poważną operację, że mając dwadzieścia siedem lat, rodzę pierwsze dziecko, że wszystko się pochrzaniło - natura też!

Drugiego synka straciłam w czasie porodu z winy niedopatrzenia tym razem francuskich lekarzy. Zrobili cesarskie cięcie, niestety - za późno! Po co o tym mówię? By dać do zrozumienia - Tobie i wszystkim zagrożonym - są takie sytuacje, gdzie interwencja specjalisty - polożnika czy w przypadku zaburzeń psychicznych - psychiatry jest niezbędna! I musi przyjść w porę! Trzeba tego oczekiwać, a nawet wymagać. Inaczej może być kiepsko.

Gdy mimo wszystko zdecydowałam się na trzecie dziecko, by urodzić moją śliczną Dorotkę, ginekolog-polożnik, do którego się zwróciłam jeszcze na długo przed zajściem w ciążę, bardzo serio, bardzo profesjonalnie potraktował moje dotychczasowe i potencjalne problemy. "Szczęśliwego rozwiązania" pilnował przed, w trakcie i w decydującym, krytycznym momencie. Badania przedciążowe, kilkanaście echosond w czasie ciąży, cesarskie cięcie zaplanowane zawczasu jako medycznie uzasadnione. Słusznie on sobie teraz żartuje, ten lekarz, że czuje się kawałkiem ojca Dorotki. :-)

Tak wolę. Profilaktyka, kontrola, interwencja świadoma, niezwłoczna, gdy trzeba. Podobnie z naszą psychiką. Specjaliści od duszy mają nas chronić i w razie problemów pomóc. Od tego są!

Na to obrońca życiowego bagna:

"Jednak każdy musi urodzić się sam, przebić otaczające go błony, skorupy i kokony. Inaczej ginie w otchłani samokłamstwa i pseudoobsesji. A im ich więcej, tym bagno głębsze."

Tak, konieczny jest ten własny wysiłek. Ale pod czujną kontrolą i z asekuracyjną pomocą. Ludzka psychika to worek zaskakujących ciekawostek. Dam przykład. Mam podobno wyjątkowo silną wolę. Atut to czy niebezpieczne świństwo? Jak się okazało, i jedno, i drugie. To właśnie ta zdesperowana, jeśli tak można określić, wykolejona siła woli pchała mnie wciąż dalej i dalej na manowce, kategorycznie i uparcie przez tyle lat odrzucając wszystko, co mogło mnie przywrócić zdrowemu życiu. Potem, na szczęście, ta sama wola, nagle i niespodziewanie uczyniła równie zdecydowany w tył zwrot. I tak, jak mnie wcześniej pogrążała w coraz głębszym bagnie, tak po tym zwrocie gnała mnie ku "normalnemu" życiu. Często mówię, że do tego nareszcie zdrowego życia powracałam jak wystrzelona z katapulty. Brutalna siła upadku, zawrotna szybkość powrotu - to trochę dużo jak na odporność ludzkiej psychiki.

Tu zadałam sobie pytanie, czy młody człowiek, który tak wierzy w "wychowawczą", uszlachetniającą rolę życiowego bagna, doświadczył na sobie jego ciężaru, jego duchoty? Czy uzasadniona jest jego pewność?:

"Dopóki w naszej (pod)świadomości nie uwierzymy, że to bagno jest w gruncie rzeczy wybawieniem, narodzinami czegoś nowego, nic się nie zdarzy... i pogrążamy się znów w brei."

Nie. Myślę, że w chorobie dla takiej racji nie ma uzasadnienia. Choroba to siła wyższa, zło konieczne, z którym każdy się rozprawia na miarę własnych możliwości i w myśl zapisanego mu gdzieś przez Opatrzność wyroku. Dopóki siedzisz w bagnie, w nic nie wierzysz. A już najmniej w jego "uszlachetniającą", "odradzającą" rolę. Tak możesz sobie oceniać dopiero z bezpiecznie twardego gruntu. O ile udało Ci się z bagna wygrzebać i wciąż się upierasz, a możesz, jeśli masz na tyle odrodzonej witalnej, konstruktywnej siły, by nawet najtrudniejsze przejścia kalkulować mimo wszystko pozytywnie.

Mówię więc: omijać bagno, wystrzegać się go. Paweł jest jednak i w tym względzie innego zdania:

"Czy nie uważasz, że każdemu potrzebne jest małe lub większe bagno, żeby obudził się do pełnego życia?"

To już lepiej takie mniejsze! Fakt, że dopiero po wyjściu z bagna doceniam o wiele bardziej świeżość i stabilność życia na twardym gruncie. Ale koszt był ogromny! Dla mnie, dla mojej rodziny. Dziesięć bolesnych, straconych lat! Ryzyko też było ogromne - są tacy, którym wyjście z bagna się nie udaje. Dlatego właśnie mówię o tym, co mnie się przytrafiło, by innych wyczulić, ostrzec. Nie wolno bagatelizować psychicznych problemów. Jeśli naprawdę coś nie gra, bez opieszałości, bez żenady i nie uzasadnionych zahamowań trzeba szukać fachowej pomocy. Z byle gówienkiem latamy do specjalistów - jak odcisk to do pedikiurzysty, jak łupież to do dermatologa, a przy psychicznej degrengoladzie czekamy, wahamy się, oszukujemy samych siebie, nie chcemy uznać problemu, nie wierzymy, że ktokolwiek mógłby nam pomóc. Bezmyślnie i bezwolnie pogrążamy się w bagnie. I to koniecznie trzeba zmienić.

Potrzebni są wysoko wyspecjalizowani specjaliści od duszy: psychiatrzy, psycholodzy, psychoterapeuci. Mają nam pomóc i w razie potrzeby chronić. Przed czym chronić? Przed kompletnym "odlotem", przed sobą samym (myśli samobójcze), przed paraliżującym lękiem, przed samobiczowaniem i dalej te wszystkie duperelki, które czynią z życia koszmar, a z człowieka życiowego bankruta, psychicznego wraka.

"To nic nie załatwi - upiera się mój sceptycznie nastawiony rozmówca. Trzeba by postawić psychologa już w przedszkolu, w niemal każdej rodzinie. Nie specjaliści są potrzebni, ale zdrowa, naturalna intuicja. W rodzinie, w środowisku..."

Życie się pogmatwało. Rodzina się sypie, środowisko śmierdzi na odległość, "naturalną intuicję" szlag trafił. Co wtedy? Wtedy potrzeba w zasięgu ręki kogoś, kto wobec tak często "chorobogennego" obecnego życia będzie napotykał życiowych rozbitków, tak, nawet wśród przedszkolaków, i potrafi im pomóc.

Mój rozmówca jest nieubłagany:

"Do wszystkiego dochodzimy sami, przez tragiczne czasem pomyłki. Im mniej umiemy, tym drożej płacimy za pomyłki na targowisku życia."

Dochodzić, dochodzimy. Problem w tym, że z wyjściem bywają kłopoty. Niektórzy po tragicznych pomyłkach zostają na placu boju. I wtedy jest jak w tym wcale nie śmiesznym powiedzeniu: operacja się udała, tylko pacjent nie przeżył. A co zrobić, gdy na targowisku życia błąka się psychotyk, neurotyk, alkoholik, narkoman?... Czekać aż wyciągną odkrywcze i cudotwórcze wnioski z przytrafiającej im się właśnie lekcji życia?... Samo życie jest już bardzo trudne, zastawia na człowieka głębokie, niebezpieczne zasadzki. Nasza rola - być ich świadomym i przygotować kompetentną "ekipę" do niezbędnej ratowniczej akcji.

Czego sobie i wszystkim Wam życzę.

PS. Serdecznie dziękuję Pawłowi Grzesiowskiemu za bardzo ciekawą, pobudzającą do refleksji rozmowę.

---

CZY BAGNO USZLACHETNIA

Bardzo ciekawie nam się rozmawiało z Pawłem na forum polskiej grupy dyskusyjnej "Psychologia" na temat depresji i wszelakich choróbsk psychicznych, które nazwaliśmy sobie życiowym błotkiem. Paweł po wysłuchaniu moich zmagań z depresją, chcąc mnie chyba obdarzyć komplementem, rzucił pod moim adresem:

"Widać, że wiele przeszłaś. Bagno uszlachetnia. Gdybym miał cię poznać inną, mniej dojrzałą niż jesteś teraz, źle by się stało, by ominęło cię to bagno."

A do diabła! - tu się mocno żachnęłam. - Źle - dla kogo? Już Ci mówiłam, jaki był koszt mojego wpadnięcia w to bagno. Nie tylko dla mnie, ale i dla mojej rodziny. Czy zdajesz sobie sprawę, czym może być czyjaś ostra, do granic możliwości - "demoniczna" depresja dla najbliższych? Łatwo być "hojnym" czyimś kosztem. Nie, źle się stało, że tak się stało! Będąc już jednak poza grzęzawiskiem, można i chyba trzeba spojrzeć na przeżyte doświadczenie tak zwanym optymistycznym okiem - lekcja życia, metamorfoza, powtórne narodziny... i te rzeczy. Co zresztą robię. Wolałabym jednak stanowczo, dla siebie i dla innych, tak surowej - to mało! - tak okrutnej życiowej lekcji uniknąć.

Zwolennik "twardej szkoły życia" nie dawał jednak za wygraną, perswadował:

"Im mocniej przeżywamy to, co się dzieje w nas i wokół nas, im silniejsze są bodźce odbierane bez znieczulenia, tym głębiej się to zapisuje na taśmie umysłu i podświadomości i dlatego na długo zostaje wygrawerowane w naszej psychice. Każdy w życiu rodzi się wiele razy i te narodziny, czasami błotniste i śmiertelnie niebezpieczne, my - bliźni możemy, powinniśmy spokojnie obserwować, ułatwiać, prowokować - jak dobry położnik."

No dobra - tu mnie trochę poniosło - sam chciałeś! Będzie o porodach. Gdy jako podstarzała "pierwiastka" rodziłam Michałka w warszawskim szpitalu, mądraliński położnik też się uparł, bym urodziła naturalnie, chociaż wszystko szło nie tak jak trzeba i cierpiałam jak oszalałe z bólu zwierze. Ale on się zakleszczył - obserwować i czekać. Dać naturze dojść do głosu! - kategorycznie zadecydował, a może też podobnie myślał - ból uszlachetnia? Bufon jeden! Gdy po prawie trzydziestu godzinach Michałek przyszedł wreszcie na świat, był czarny, przyduszony pępowiną okręconą wokół szyi. Z dziesięciu możliwych punktów jakiejś tam skali oceny stanu noworodka miał zaledwie dwa punkty. Na jaki głos natury ten patafian czekał?! Wiedział, że na pół roku przed zajściem w ciążę przeszłam bardzo poważną operację, że mając dwadzieścia siedem lat, rodzę pierwsze dziecko, że wszystko się pochrzaniło - natura też!

Drugiego synka straciłam w czasie porodu z winy niedopatrzenia tym razem francuskich lekarzy. Zrobili cesarskie cięcie, niestety - za późno! Po co o tym mówię? By dać do zrozumienia - Tobie i wszystkim zagrożonym - są takie sytuacje, gdzie interwencja specjalisty - polożnika czy w przypadku zaburzeń psychicznych - psychiatry jest niezbędna! I musi przyjść w porę! Trzeba tego oczekiwać, a nawet wymagać. Inaczej może być kiepsko.

Gdy mimo wszystko zdecydowałam się na trzecie dziecko, by urodzić moją śliczną Dorotkę, ginekolog-polożnik, do którego się zwróciłam jeszcze na długo przed zajściem w ciążę, bardzo serio, bardzo profesjonalnie potraktował moje dotychczasowe i potencjalne problemy. "Szczęśliwego rozwiązania" pilnował przed, w trakcie i w decydującym, krytycznym momencie. Badania przedciążowe, kilkanaście echosond w czasie ciąży, cesarskie cięcie zaplanowane zawczasu jako medycznie uzasadnione. Słusznie on sobie teraz żartuje, ten lekarz, że czuje się kawałkiem ojca Dorotki. :-)

Tak wolę. Profilaktyka, kontrola, interwencja świadoma, niezwłoczna, gdy trzeba. Podobnie z naszą psychiką. Specjaliści od duszy mają nas chronić i w razie problemów pomóc. Od tego są!

Na to obrońca życiowego bagna:

"Jednak każdy musi urodzić się sam, przebić otaczające go błony, skorupy i kokony. Inaczej ginie w otchłani samokłamstwa i pseudoobsesji. A im ich więcej, tym bagno głębsze."

Tak, konieczny jest ten własny wysiłek. Ale pod czujną kontrolą i z asekuracyjną pomocą. Ludzka psychika to worek zaskakujących ciekawostek. Dam przykład. Mam podobno wyjątkowo silną wolę. Atut to czy niebezpieczne świństwo? Jak się okazało, i jedno, i drugie. To właśnie ta zdesperowana, jeśli tak można określić, wykolejona siła woli pchała mnie wciąż dalej i dalej na manowce, kategorycznie i uparcie przez tyle lat odrzucając wszystko, co mogło mnie przywrócić zdrowemu życiu. Potem, na szczęście, ta sama wola, nagle i niespodziewanie uczyniła równie zdecydowany w tył zwrot. I tak, jak mnie wcześniej pogrążała w coraz głębszym bagnie, tak po tym zwrocie gnała mnie ku "normalnemu" życiu. Często mówię, że do tego nareszcie zdrowego życia powracałam jak wystrzelona z katapulty. Brutalna siła upadku, zawrotna szybkość powrotu - to trochę dużo jak na odporność ludzkiej psychiki.

Tu zadałam sobie pytanie, czy młody człowiek, który tak wierzy w "wychowawczą", uszlachetniającą rolę życiowego bagna, doświadczył na sobie jego ciężaru, jego duchoty? Czy uzasadniona jest jego pewność?:

"Dopóki w naszej (pod)świadomości nie uwierzymy, że to bagno jest w gruncie rzeczy wybawieniem, narodzinami czegoś nowego, nic się nie zdarzy... i pogrążamy się znów w brei."

Nie. Myślę, że w chorobie dla takiej racji nie ma uzasadnienia. Choroba to siła wyższa, zło konieczne, z którym każdy się rozprawia na miarę własnych możliwości i w myśl zapisanego mu gdzieś przez Opatrzność wyroku. Dopóki siedzisz w bagnie, w nic nie wierzysz. A już najmniej w jego "uszlachetniającą", "odradzającą" rolę. Tak możesz sobie oceniać dopiero z bezpiecznie twardego gruntu. O ile udało Ci się z bagna wygrzebać i wciąż się upierasz, a możesz, jeśli masz na tyle odrodzonej witalnej, konstruktywnej siły, by nawet najtrudniejsze przejścia kalkulować mimo wszystko pozytywnie.

Mówię więc: omijać bagno, wystrzegać się go. Paweł jest jednak i w tym względzie innego zdania:

"Czy nie uważasz, że każdemu potrzebne jest małe lub większe bagno, żeby obudził się do pełnego życia?"

To już lepiej takie mniejsze! Fakt, że dopiero po wyjściu z bagna doceniam o wiele bardziej świeżość i stabilność życia na twardym gruncie. Ale koszt był ogromny! Dla mnie, dla mojej rodziny. Dziesięć bolesnych, straconych lat! Ryzyko też było ogromne - są tacy, którym wyjście z bagna się nie udaje. Dlatego właśnie mówię o tym, co mnie się przytrafiło, by innych wyczulić, ostrzec. Nie wolno bagatelizować psychicznych problemów. Jeśli naprawdę coś nie gra, bez opieszałości, bez żenady i nie uzasadnionych zahamowań trzeba szukać fachowej pomocy. Z byle gówienkiem latamy do specjalistów - jak odcisk to do pedikiurzysty, jak łupież to do dermatologa, a przy psychicznej degrengoladzie czekamy, wahamy się, oszukujemy samych siebie, nie chcemy uznać problemu, nie wierzymy, że ktokolwiek mógłby nam pomóc. Bezmyślnie i bezwolnie pogrążamy się w bagnie. I to koniecznie trzeba zmienić.

Potrzebni są wysoko wyspecjalizowani specjaliści od duszy: psychiatrzy, psycholodzy, psychoterapeuci. Mają nam pomóc i w razie potrzeby chronić. Przed czym chronić? Przed kompletnym "odlotem", przed sobą samym (myśli samobójcze), przed paraliżującym lękiem, przed samobiczowaniem i dalej te wszystkie duperelki, które czynią z życia koszmar, a z człowieka życiowego bankruta, psychicznego wraka.

"To nic nie załatwi - upiera się mój sceptycznie nastawiony rozmówca. Trzeba by postawić psychologa już w przedszkolu, w niemal każdej rodzinie. Nie specjaliści są potrzebni, ale zdrowa, naturalna intuicja. W rodzinie, w środowisku..."

Życie się pogmatwało. Rodzina się sypie, środowisko śmierdzi na odległość, "naturalną intuicję" szlag trafił. Co wtedy? Wtedy potrzeba w zasięgu ręki kogoś, kto wobec tak często "chorobogennego" obecnego życia będzie napotykał życiowych rozbitków, tak, nawet wśród przedszkolaków, i potrafi im pomóc.

Mój rozmówca jest nieubłagany:

"Do wszystkiego dochodzimy sami, przez tragiczne czasem pomyłki. Im mniej umiemy, tym drożej płacimy za pomyłki na targowisku życia."

Dochodzić, dochodzimy. Problem w tym, że z wyjściem bywają kłopoty. Niektórzy po tragicznych pomyłkach zostają na placu boju. I wtedy jest jak w tym wcale nie śmiesznym powiedzeniu: operacja się udała, tylko pacjent nie przeżył. A co zrobić, gdy na targowisku życia błąka się psychotyk, neurotyk, alkoholik, narkoman?... Czekać aż wyciągną odkrywcze i cudotwórcze wnioski z przytrafiającej im się właśnie lekcji życia?... Samo życie jest już bardzo trudne, zastawia na człowieka głębokie, niebezpieczne zasadzki. Nasza rola - być ich świadomym i przygotować kompetentną "ekipę" do niezbędnej ratowniczej akcji.

Czego sobie i wszystkim Wam życzę.

PS. Serdecznie dziękuję Pawłowi Grzesiowskiemu za bardzo ciekawą, pobudzającą do refleksji rozmowę.

---

GŁOS Z GRZĘZAWISKA

"Każdy moment, który nie wznosi nas w gwiazdy,
w bagnisku nas grzebie.
"
- Stanisław Brzozowski

W gronie dyskutującym akurat o pracy psychoterapeutów: zakres, możliwości, kompetencje, mniej lub bardziej profesjonalne podejście tych szczególnych "ratowników", ktoś rzucił pomysł zabawienia się samemu w ratownika spieszącego na pomoc osobie znajdującej się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nakreślił przemawiający do wyobraźni scenariusz: bagno, noc, mgła, człowiek tonący w grzęzawisku...

Dobra. Wyobrażam sobie, że jestem świetnym psychoterapeutą. Tonący jest człowiekiem chorym psychicznie. On nie wie o moim istnieniu lub też może i wie, ale nie wierzy, że mogę mu pomóc. A szkoda. Wszyscy chodzący twardo po ziemi powinni wiedzieć, że dużo bagien wokół i każdy może w nie wpaść. Dobrze jest więc na wszelki wypadek być świadomym i wierzyć, że na małych, twardych kępach czuwają ratownicy, którzy pomogą wyjść z bagna. Gdy się tonie, a ma się jeszcze w sobie instynkt przetrwania, trzeba, za wszelka cenę - trzeba! - wysyłać rozpaczliwe sygnały.

Ja, ratownik, znam teren jak własną kieszeń, zbliżam się do bagna i wołam tonącego. To bardzo ważne, by ten człowiek zanurzony w brei nawet po szyję zrobił jakikolwiek gest w moją stronę. Jeśli zupełnie nieświadomego lub gorzej, wbrew niemu, wyciągnę go na siłę za uszy, nic to nie da, nie będąc w stanie docenić piękna i solidności twardego gruntu, najprawdopodobniej z całą swoją rezygnacją i rozpaczą, wynikającą z nieumiejętności życia na ziemi wróci na bagna. Bagno wciąga!

Ale on mnie zawołał. Cicho jęknął, resztką sił zamachał ręką w ciemności. To mi wystarcza. Rozumiem w mig grozę sytuacji, z ulgą konstatuję u tonącego tlącą się jeszcze iskierkę woli życia. Ta iskierka zadecyduje o skuteczności mojej akcji ratunkowej.

Spieszę do tonącego. Zanurzam się w bagnie. Z moją wiedzą i ratowniczym doświadczeniem najszybciej jak to tylko możliwe analizuję i oceniam sytuację. Jak się tu dostał ten nieszczęśnik: zabłądził, ktoś go wepchnął lub wpuścił w maliny, a może od urodzenia był zauroczony grzęzawiskiem i coś silniejszego niż rozsądek ciągnęło go nieuchronnie w kierunku "śpiewających mokradeł"?...

Stan tonącego jest alarmujący. Udzielam mu pierwszej niezwłocznej, niezbędnej pomocy. Podciągam go za ramiona do góry, aby tylko głowa przestała się co i rusz zapadać w grząska breję. Oczyszczam mu twarz z błota, usta, nos i uszy z obrzydliwego brudnego szlamu. Podstawiam mu termos z czystą wodą do picia. Ta woda pozwoli mu przetrwać czekający nas trudny powrót na twardy ląd.

Niczego mu nie tłumaczę, w stanie, w jakim jest i tak nic do niego nie dotrze. Na razie najważniejsze jest, bym go uspokoił, by mi zaufał, uwierzył, że jestem tu po to, by go uratować. By przestał się rozpaczliwie szarpać na wszystkie strony, bo mi się wymknie z rąk, jeszcze bardziej pogrąży się w bagnie.

Czuję, że wreszcie tonący mi zawierzył. Poddaje się mym podtrzymującym, ochronnym ramionom, robi nawet nieudolny wysiłek, by mi pomóc, by mniej mi ciążyć. Zaczynam do niego mówić, on mnie słucha. Możliwie delikatnie, ale bez zbytniego owijania w bawełnę przedstawiam mu powagę sytuacji. Pokazuję mu bagno wokół, nie ukrywam realnego zagrożenia, powoli wprowadzam go w mój plan ratowniczej akcji.

Kępa po kępie musimy razem posuwać się do przodu. Omawiam z nim krok po kroku. Musi wiedzieć, gdzie idzie, inaczej mi nie pomoże. Czeka nas długi, morderczy powrót, ale ja znam drogę, a dla mojego "rozbitka" najważniejsze, że nie jest już sam.

Wracamy, droga jest naprawdę trudna. Przechodząc obok niektórych miejsc, mój podopieczny pod wpływem bolesnych wspomnień ze swej niedawnej wędrówki ku grzęzawisku, ku bagnom zaczyna panikować, tracić kontrolę, przestaje iść razem ze mną, znów zdaje się biernie tylko na moje ramiona. Uspokajam go jak potrafię, wskazuję mijane zasadzki, tłumaczę mu, skąd się wzięły na jego drodze, obiecuję mu, że go na przyszłość pouczę jak takich niebezpiecznych miejsc unikać.

Wciąż przerażony tym, co go spotkało, ale już chyba z jakąś nadzieją niedoszły topielec mobilizuje nieprawdopodobną, jakby nadprzyrodzoną resztkę sił, by posuwać się przy moim boku do brzegu. Nareszcie docieramy. On pada na ziemię - wykończony, bezsilny, bezwolny. Przewidziałem to i trochę martwię się, co dalej, wiem przecież, że to nie koniec mojej ratowniczej akcji, że jeszcze tyle niezbędnego (czy nie największego?) wysiłku przed nami.

A właściwie ten wysiłek czeka wyłącznie mojego "topielca". Ja sam będę stał od teraz tylko z boku. Odrzucę ratowniczą linę, opuszczę podtrzymujące ramiona. Będę patrzył i słuchał, prowokował i podpowiadał. Nie ma już ratownika i topielca, obaj jesteśmy partnerami. Partnerami roztrząsającymi wspólnie wszystkie aspekty życia, niebezpiecznego życia prowadzącego ku bagnom. Wyciągnąłem topielca na twardy grunt, przyszedł czas, że musi on stanąć o własnych siłach. Inaczej się nie utrzyma. Pomogę mu jeszcze tylko odnaleźć piękno stałego lądu, wskażę mu własną siłę i wszelkie atuty, które mu pozwolą docenić i cieszyć się życiem z dala od bagien. Bo bagno czyha gdzieś tam w mroku. Lecz cudem uratowany topielec jest tego ryzyka świadomy, nie zbliży się do zdradzieckiego brzegu. Skoncentruje się na może i nie najłatwiejszym, ale przecież w sumie jakże pięknym i ciekawym życiu na solidnej ziemi. Wtedy się rozstaniemy.

Odejdę na mój punkt obserwacyjny w pobliżu mokradeł, wciąż czujny, gotowy pospieszyć na ratunek. A nuż ktoś następny woła z grzęzawiska? Ten, którego słyszę chyba wie o mojej obecności i pewnie na nią liczy, bo woła alarmująco, głośno. Czyżby to mój "topielec" rozgadał o mnie wszystkim wokół? Tak czy inaczej, idę...

---

Jak wyjść z topieli

Takich listów przychodzi do mnie wiele: byłem w depresji, właśnie z niej wychodzę, czy ktoś może mi w tym pomóc, czy brać dalej prochy, czy raczej je zarzucić, czy jest sens dalej chodzić do lekarza, który niezrozumiale przekonuje o konieczności własnego wysiłku, bzdurzy o jakiejś pracy nad sobą. To tak, jakby radził tonącemu, by utrzymał się na wodzie. Staram się nie zostawiać tego typu wątpliwości bez odpowiedzi. zwracam się do bojącego się "topieli" jakoś tak:

Utrzymasz się na wodzie. Jeśli tylko będziesz chciał! Jeśli tylko wróci Ci wola walki! Nagle sobie uświadomisz, że tak naprawdę umiesz pływać i cholernie ciekawi Cię i pociąga już nie obrzydły, a upragniony odległy brzeg. Brzeg, na którym są inni ludzie. Rożni ludzie - raz lepsi, raz gorsi, najczęściej nijacy lub zagubieni ludzie - jak Ty.

Pozwól osobie, która po bardzo długiej i męczącej walce (dziesięć lat ostrej, nawracającej depresji) dopłynęła przy pomocy holowników (lekarze) i wskutek własnych zmagań do brzegu zdrowego życia na kilka być może banalnych, ale istotnych wskazówek:

Jeśli zacząłeś leczenie antydepresyjne, nie przerywaj go gwałtownie i samowolnie. Może to bardzo zaszkodzić. Prochy mogą być do kitu i nie przynosić poprawy, trzeba szukać aż do skutku, natomiast ich gwałtowne odstawienie, może doprowadzić do jeszcze bardziej drastycznego bałaganu.

Zaakceptuj siebie! Ze wszystkimi Twoimi bolączkami, wątpliwościami, prawdziwymi czy też wyimaginowanymi wadami - zaakceptuj! Przestań rozdrapywać stare rany. Powiedz sobie - a, do ciężkiej cholery, było, co było, jestem, jaki jestem - starczy tego samobiczowania! Gorsi i głupsi żyją może i podle, może i bezmyślnie, ale na życiowym luzie, ja będę żył bardziej refleksyjnie, "gmatwająco" - inaczej nie potrafię i nie chcę - nie znaczy to jednak, że muszę kontynuować te do niczego nie prowadzącą walkę z samym sobą. Jestem taki, a nie inny - wszystko komplikuję, przeżywam aż po bebechy, gonię w piętkę w poszukiwaniu zagubionego Ideału, wykańczam się walką z wiatrakami - basta! - niech się to więcej nie obraca przeciwko mnie. To wcale nieprawda, że jestem od innych słabszy. Może wrażliwszy, pewnie bardziej dojrzały. Niech gruboskórniaki martwią się swoim wewnętrznym ubóstwem. Ja wykorzystam te swoje niby słabe punkty w głębszym przeżywaniu życia, w bliższym, bogatszym kontakcie z drugim...

Zaakceptuje drugiego! I tak dalej...

Podaję Ci na gorąco, wyrywkowo i trochę na ślepo możliwe punkty zaczepienia dla tej "wewnętrznej pracy", pracy, w której skuteczność wątpisz i przed którą chcesz się wybronić. Niesłusznie. Mam nadzieję, że lekarze ustawili Cię z psychicznej bocznicy na sprawne, niczym nie uszkodzone tory. Jednak rozpęd, kierunek jazdy, cała marszruta zależy już tylko od Ciebie. Ty, i nikt inny, jesteś maszynistą odpowiedzialnym za Twój pociąg. Napędem Twego pociągu jest Twoje nastawienie. Nastawienie do siebie samego, do pasażerów, do świata przemykającego za oknem. Akceptacja niech będzie pierwszym Twoim semaforem. Daj jej zielone światło.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

---

(nawet z dala od jesiennej szarugi)

"Widzę, że rozmowa o depresji w pełnym toku - no cóż, jesień. Zimno, plucha, brak słońca... nic dziwnego, że miewamy czarne nastroje. Aby do wiosny! Z wiosną budzi się życie, a więc i nadzieja..."

Jesień a depresja, mówisz?... Na pewno są ludzie szczególnie wrażliwi na warunki zewnętrzne: spadek atmosferycznego ciśnienia, pełnia księżyca, brak słońca lub susza, nie wiem, czy do nich należę. Myślę, że jeśli ktoś ma psychicznie pęknąć, może mu się to zdarzyć i w bajecznie pięknej scenerii. Nawet z dala od jesiennej szarugi.

Wszystko zależy od naszego nastawienia w odbieraniu zewnętrznego świata. Gdy w głowie ład i spokój, nawet jesienna szaruga miło się kojarzy z ucieczką w przytulne domowe zacisze, jeśli coś w psychice nawaliło, powodując spadek nastroju, ni najpiękniejsza muzyka, ni najpiękniejszy obraz nie ukoi "krwawiącej duszy". Jeszcze przeszkadza, drażni! Raniący kolec jest w nas.

Przytrafiło mi się to kilka lat temu. Na jeden letni miesiąc podjęłam się odważnie w pracy (pracy, którą uwielbiam) zastępstwa w pełnym wymiarze godzin, chociaż normalnie pracuję na niewiele więcej niż pół etatu. Zdawało mi się - tak krótko, wytrzymam. Ale nie szło. Już na samym początku jeden z naszych pensjonariuszy, którego bardzo lubiłam i którego osobiście odtransportowałam na specjalistyczny (dla ludzi upośledzonych i chorych psychicznie) wakacyjny obóz wyleciał z okna z wysokiego pierwszego piętra i się zabił. Nie muszę mówić, czym to było dla naszej ekipy i reszty pensjonariuszy i w jakiej atmosferze przyszło mi pracować.

Było ciężko, ale ciągnęłam, jak to nazywam, na żyłę - zobowiązałaś się, to musisz. Zmobilizowałam się na maksa i jakoś wytrwałam. Cały sierpień miałam wolne, wyjechałam z dzieciakami do pięknej nadoceanicznej krainy Vandee. Piękno dzikiej, nie ujarzmionej natury, nareszcie warunki do kompletnego relaksu i odpoczynku, dobre żarcie, ogrzewany basen - a ja właśnie wtedy pękam, załamuję się psychicznie. Jakby popuściły jakieś wewnętrzne cugle, pozwalając na niezbędne odreagowanie wszystkiego, co kumulowało się w tym trudnym przedwakacyjnym okresie.

Gdy po powrocie z wakacji trafiłam do lekarza, ten rzuciwszy okiem na wyniki szczegółowej analizy krwi, zamarł w osłupieniu - Pani kochana, a gdzież to pani tak wyniszczyła organizm?! Jakby przeżyła pani wojne?! Słońca pani od lat nie widziała?! I wszystko podkreślał na czerwono. Spadek żelaza, wapna, magnezu, zanik witaminy D - po miesięcznym pobycie na pięknej, dzikiej oceanicznej plaży?! A to w głowie było nie w porządku, za okres skumulowanego, intensywnego stresu zapłaciło ciało. Tak to działa. ;-(

z jesiennym, pogodnym pozdrowieniem,

---

(depresja - mój nieuchronny ból)

Od zeszłego trudnego wakacyjnego lata przyszła na mnie "jesienna szaruga". Zaczęło znów dziać się ze mną źle, coraz gorzej. Objawy były początkowo jedynie psychosomatyczne: zawroty, głowy, chwile słabości, utrata apetytu, zaburzenia snu. Lekarz ogólny leczył mnie na niskie ciśnienie, co zresztą potwierdził kardiolog, wysyłając mnie do domu na całą dobę z maleńkim ciśnieniomierzem, włączającym się automatycznie co pół godziny. Wyszło na to, że gdzieś nad ranem jestem w stanie prawie letargu, ciśnienie spada do pięćdziesięciu, rano po przebudzeniu jest również bardzo niskie i mimo kilku szatańskich kaw podnosi się niezwykle powoli.

Jako przyczynę zdemaskowano zażywane przeze mnie od lat kropelki, które przepisał mi psychiatra, gdy wchodziłam z kliniki. Które to ja brałam za środek nasenny, a które okazały się psychotropem. A bon? Przez tyle lat zażywałam to świństwo, właściwie nie wiedząc, co biorę. Uprzejmie prosiłam lekarzy o przepisywanie mi tego specyfiku, lekarze uprzejmie wystawiali receptę. Wszyscy byli nad wyraz uprzejmi i najzupełniej zgodni, że muszę dobrze spać (od kiedy pamiętam, miałam z tym kłopoty), a po kropelkach spałam bardzo dobrze tyle, że nikt dotąd nie wiedział, co dzieje się w nocy z moim organizmem. Dobrze mówię, może wykończyć człowieka ta francuska uprzejmość. :-)

Teraz chociaż wszystko stało się jasne, kropelki kazano mi wyrzucić do śmieci, do czego się gorliwie zastosowałam. Miało być OK. Ale nie było. Mimo innych środków nasennych, spałam - zupełnie jak Lenin - trzy, cztery godziny na dobę, reszta była nieustającą mordęgą przewracania się w łóżku w oczekiwaniu na nowy dzień. W ciągu dnia nasilały się moje, jak je nazywam, mroczki, znaczy się chwile obrzydliwej słabości.

Myślę sobie, trzeba przeczekać i już. Gdy jednak gdzieś w październiku zeszłego roku, padłam w salonie nieprzytomna jak kłoda, rozbijając sobie boleśnie o stolik mój nieszczęsny łeb i przerażona Dorotka wezwała do domu lekarkę, cała sprawa zdecydowanie przybrała rumieńców, to znaczy powoli zaczęło się wyjaśniać, co i jak.

Po dokładnym zbadaniu i przeanalizowaniu objawów, wezwana do interwencji lekarka, która była oczywiście lekarzem ogólnym, wypisując receptę komentowała różne duperele, które mi zaleca, natomiast jakoś dziwnie przemilczała dwa ostatnie specyfiki, nie wiedząc, że z przebytej przed laty tak długotrwałej depresji znam je, i to doskonale jak przysłowiowy zły szeląg. Jednym był środek przeciwlękowy, brany pod język i działający poza pominięciem układu pokarmowego poprzez krew wprost na mózg, dzięki czemu niweluje kryzys lękowy dosłownie natychmiast. Drugim lekarstwem był nie wypróbowany wprawdzie na mnie dotąd, lecz znany mi z nazwy zwyczajny antydepreser.

By więc "zażenowana" lekarka poczuła się bardziej na luzie, wprowadziłam ją szybciutko w historię "mojej choroby", cytując całą litanię psychotropów, którymi w tamtej "chorej epoce" bez skutku próbowano mnie leczyć.

Potem opowiedziałam jej ochotnie jak to niespodziewanie, za to ostatecznie i bezpowrotnie wyszłam z tej bryndzy, jak zdrowe wreszcie życie stało się dla mnie szczęśliwe i owocne, aktywne jak nigdy dotąd. Tu zaczęłam się chwalić jak wiele w tak krótkim czasie po wyjściu z depresji osiągnęłam: nauka francuskiego, zdobycie prawa jazdy i wreszcie rozpoczęcie pracy w moim umiłowanym zawodzie... Słuchała z całą uwagą, przytakiwała z aprobatą, przepisane leczenie radziła jednak zastosować, co zresztą bez najmniejszego przekonania zrobiłam. Nie miałam wielkiej ochoty, by znów paść gdzieś na pysk czy ryzykować "chwilę słabości", gdy siądę akurat za kierownicą.

Po jakimś czasie z wynikami analiz przyszłam do gabinetu tej lekarki. Wyszła gdzieś na chwilę, zostawiając mnie samą. Zerknęłam odruchowo na ekran komputera ustawionego na moje medyczne dossier. Wyświetlona diagnoza poraziła mnie jak piorun - spazmofilia! Nie ukrywam, przeżyłam zupełnie niespodziewany, bardzo mocny, bardzo brutalny szok.

Jaka spazmofilia?! Jaka depresja?! To niemożliwe, żeby to samo gówno po tylu latach powróciło do mnie raz jeszcze! Wrzeszczałam, buntując się i nie wierząc. Skąd znów depresja?! Życie jest piękne, nie mam najmniejszych powodów do jakiejkolwiek depresji, wprost przeciwnie, nigdy nie byłam tak zrównoważona, a jednocześnie, tak optymistyczna, entuzjastyczna, pogodna. A że źle śpię czy tracę apetyt - to bzdety, mam to zresztą po Ojcu, który na najmniejszy stres reagował podobnie. Nie mam powodu do depresji, nie mam żadnych, tak dobrze mi przecież znanych, symptomów depresji - nie ma żadnej depresji! Pomyłka w diagnozie!

Na wszelki wypadek postanowiłam jednak skonsultować mego psychiatrę z kliniki, w której swojego czasu leczona byłam dwukrotnie. Żeby się nie rozwodzić - psychiatra, który mnie widywał w swoim czasie w dramatycznie okropnym stanie, teraz wzruszył tylko na moje wątpliwości ramionami, zdiagnozował, że jest to banalna reakcja organizmu na odstawienie kropelek, z którą sama muszę sobie poradzić i na pewno sobie poradzę. Receptę z antydepreserami wrzucił bezceremonialnie do kosza. Zaproponował mi jedynie terapię grupową - pewnie dla lekomanów - gdybym, powiedzmy, po jakichś dwóch miesiącach wciąż borykała się z psychosomatycznymi problemami.

Skurczybyk! Zbagatelizował, zupełnie olał mój problem. A mnie coraz trudniej żyło się z tymi przeklętymi "mroczkami", byłam już o krok od zrezygnowania z pracy. Bałam się wychodzić z domu, usiąść za kierownicą. Powracał koszmar.

Na wszelki wypadek przeprowadziłam na sobie z tym przeciwlękowym specyfikiem przy prezentującej się okazji kilka eksperymentów. Nachylam się, podnoszę coś ciężkiego i wstając, widzę już tylko na czarnym, czarnym tle złociste gwiazdy w oczach. Typowy, przy zbyt nagłej zmianie pozycji, gwałtowny spadek ciśnienia. Zupełnie już na ślepo, przed kompletnym omdleniem wciskam na język pól tabletki przeciwlękowego medykamentu i... wszystko jak za działaniem czarodziejskiej różdżki wraca do normy. Jak gdyby nigdy nic. Żadne więc ciśnienie, a narastający, kumulujący się lęk. Do diabła, i skąd ten lęk?!

Mimo wszystkich moich wątpliwości i braku choćby najmniejszych psychicznych przejawów depresji, postanawiam kontynuować antydepresyjne leczenie zaproponowane mi przez moją lekarkę. Ryzyko jest jednak zbyt duże, moje obawy przed nawrotem depresji zbyt silne, bym na tym poprzestała. Postanawiam skonsultować specjalistę. Do tego głupka, który prawie wyrzucił mnie za drzwi na pewno już nigdy nie wrócę. Wybieram z książki telefonicznej pierwszego psychiatrę jak leci.

Jest to pani w średnim wieku. Grubiutka, sympatyczniutka, z głosikiem słodziutkim jak melasa lub melba z bitą śmietaną, słuchająca uważnie, lecz denerwująco milczkowato. Gadam i gadam, już sama nie wiem, co by tu jeszcze wyciągnąć. A ona słucha i milczy. O, do cholery, myślę sobie - to na nic! Przypieram panią doktor do muru, atakuję pytaniami - no to co mi wreszcie jest?! Spazmofilia, depresja, jeśli jest za podtrzymaniem, a nawet udziela pełnej aprobaty w tak trudnym, a tak trafnym wyborze, co podkreśla, antydepresyjnego leczenia zaproponowanego mi przez zwykłą, nie mającą nic wspólnego z psychiatrią lekarkę?! A ona na to, że nie jest pewna. O, kurczę blade - myślę sobie - ona nie wie, ja nie wiem. Nic z tego nie wyniknie, trzeba szukać dalej.

Sprawa się przeciąga. To już prawie półtora roku jak jestem leczona przeciwdepresyjnie bez postawionej wyraźnej diagnozy jakiejkolwiek depresji. Jeszcze bez żadnych objawów psychicznych typowych dla tej choroby. Ale one nadchodzą - nieodwołalnie i alarmująco. Jak zwykle, codzienne trudności są ich katalizatorem.

Pod koniec zeszłego roku zaczynają się w ośrodku, w którym pracuję bardzo poważne problemy. Towarzystwo charytatywne rozporządzające naszymi finansami jakoś źle nimi rozporządzało albo narobiło jakiś finansowych machlojek, w każdym razie w budżecie zrobiła się ogromniasta dziura - zupełnie jak w Polsce!

Deficyt się zrobił milionowy, sprawa poszła do sądu. Od dwóch miesięcy mamy tak zwanego administratora z trybunału, który węszy i szuka sposobów na zmniejszenie deficytu. Jeśli nie znajdzie, zamyka "butik". Ponad trzysta osób personelu znajdzie się na zielonej trawce, a pensjonariusze prosto ze świetnie, choć kosztownie prowadzonego reedukacyjnego ośrodka przejdą na łóżka zamkniętych szpitali psychiatrycznych. Gówno w kratkę! Nie muszę Wam mówić o atmosferze, w jakiej przychodzi nam pracować. Wszyscy wokół zaczynają pękać, nie wytrzymują napięcia zagrożenia i oczekiwania, sami z siebie proponują się na listę ewentualnych zwolnień. Najpierw myślałam, że może znaleźli coś innego, a gdzie tam, to tylko nerwy puszczają.

Ja też zaczynam pękać. Pierwszy kryzys nachodzi mnie w pracy, gdy jeden z pensjonariuszy zupełnie nie złośliwie, za to bardzo boleśnie tryknął mnie głową w plecy, w miejsce najbardziej wrażliwe po niedawnym upadku ze schodów. Zabolało mnie jak cholera, prawda. Normalnie zareagowałabym złością, buntem, opieprzyłabym "dowcipnisia" i na tym koniec. A ja, co robię?... Siadam na podłodze w kuchni i płaczę. Płaczę rzewnie i rozpaczliwie jak mała skrzywdzona dziewczynka. Moi koledzy z ekipy przylatują mnie pocieszać, masować bolące miejsce, traktując moje zachowanie jak najbardziej normalnie. Ale ja znam siebie zbyt dobrze i wiem, że moja reakcja nie jest "normalna", jeszcze kilka miesięcy temu, w żadnym wypadku nie zareagowałbym w ten sposób. Płacz, który nawet w dramatycznych momentach przychodzi mi z wielkim trudem albo wcale?! I to był dla mnie pierwszy alarm. Moja lekarka zdiagnozowała krótko - wycieńczenie! Fizyczne i psychiczne wyczerpanie. Dała mi jakichś głupot na wzmocnienie, dwa tygodnie zwolnienia z pracy, o depresji wciąż nie było mowy. Znaczy się, klarownej mowy.

Drugi alarm wybił w domowych pieleszach. Zaczęło się od błahego konfliktu z moją córką, Dorotką, która nie przyszła na czas do domu po szkole, a ja zrobiłam z tego histeryczne piekło. Cała sprawa nabrała wyolbrzymionych, drastycznych wymiarów. Z własną córką nie rozmawiałam ponad dwa tygodnie! W głowie znów zaczęło mi się wszystko pieprzyć do kupy: poczucie winy za jej zmarnowane dzieciństwo i w związku z tym moja zbyt duża teraz wobec niej pobłażliwość.

Rozżalenie szło łeb w łeb z pretensjami: nieliczenie się z moją osobą już nie tylko przez Dorotkę, ale przez wszystkich jak leci członków rodziny, szczególnie ojca, który daje zły przykład, bo za grosz nie ma uznania za wszystko, co robię dla rodziny i domu - generalizowałam z rozmachem i gładko. O rany, jak ja dobrze to znałam! Rodzinny dramat. Przy niebywale gorącej "konfrontacji" popłakaliśmy się wszyscy, ja oczywiście byłam obstawiona w roli głównej. Teraz wiedziałam już na pewno - mam powody do nawrotu depresji, wykazuje ewidentne jej symptomy. Nie mam się dalej co oszukiwać, muszę szukać na gwałt dobrego psychiatry.

Jak to jednak głupi ma szczęście. Trafił mi się facet tak genialny, że tylko po to, by go poznać chyba warto było znów wdepnąć w to gówniane bagno. A gdzie go tam porównywać z milczkowatą, sympatyczną grubaską?! Szperacz, prowokator, intrygant! Nareszcie godny mnie przeciwnik, takiego mi było trzeba.

Mojej dłuuugiej historii - już sama nie wiem, historii choroby czy historii życia - słuchał wprawdzie z rozdziawioną gębą za to, gdy skończyłam, wziął mnie w przysłowiowy krzyżowy ogień pytań. Pytań tak dociekliwych, tak intrygująco albo i prowokująco postawionych, że wychodząc od niego aż do następnej wizyty wszystko dosłownie kotłuje się w mojej nieszczęsnej mózgownicy. Skojarzenia, wspomnienia, analogie, porównania... To wszystko bombarduje mnie i daje mi tyle do myślenia, że na kolejną wizytę przychodzę jak ta pilna i zdolna uczennica z gotowymi odpowiedziami, przemyśleniami albo nawet w dziesiątkę strzelonymi wnioskami. Za co zresztą ten specjalista od "zagubionych duszyczek" mnie chwali, śmiejąc się, że jeszcze trochę, a będę wiedziała o depresji więcej od niego i wtedy on będzie musiał mi płacić. Nie ukrywam, że takie odwrócenie ról, bardzo by mi się podobało. :-)

Jakie więc konkluzje i wnioski? Ten genialny facet zażył mnie z marszu, uprzejmie mnie uświadamiając, że rodzaj depresji, na którą cierpię jest z reguły psychogenny - z taką, a nie inna psychiczną strukturą się urodziłam i taka zapewne umrę. Na początku aż mną rzuciło, jakby mi ktoś wpychał na siłę w gardło zaskorupiałą bryłę błota bez możliwości popicia. Był to dla mnie kolejny szok. Chyba zawsze podświadomie trochę bałam się nawrotu tej choroby, chociaż z drugiej strony byłam niemal pewna, że po tak fantastycznym odwrocie, jaki się we mnie dokonał jest to właściwie niemożliwe. A on mi na to, że nawet w tym okresie "ozdrowienia", gdy faktycznie szłam przez życie jak burza depresyjny mechanizm tkwił gdzieś zepchnięty w najgłębsze złogi psychiki, pasywny i nieszkodliwy, unieruchomiony w swej destrukcyjnej dynamice, a czym? - moja przeogromna wolą walki i życia.

W sumie, po zastanowieniu, doszłam do wniosku, że z dwojga złego wolę już taką przykrą prawdę od przykrych i zaskakujących mnie brutalnie niespodzianek. Widzę na co dzień wokół siebie ludzi obciążonych straszliwym kalectwem. Mnie akurat przypadła ta cholerna depresja. Muszę taki stan rzeczy zaakceptować, nauczyć się z nią żyć i tyle.

Tu psychiatra zwrócił mi uwagę, że fakt rozpoczęcia w porę antydepresyjnego leczenia, sprawił, że tylko dzięki temu nie załamałam się kompletnie w tak trudnej obecnie sytuacji. Sytuacji nawet dla zupełnie zdrowych psychicznie nie do wytrzymania. "Zdrowi" rezygnują, chcą zwolnienia, a ja zaciskając zęby, pracuję dalej i wiem, że zostanę "na stanowisku" aż do ostatecznego rozstrzygnięcia. Wychodzi jakby na to, że będąc chora, jestem silniejsza od tych zdrowych, ale w dechę! :-)

Dlaczego jednak akurat teraz ten skubany depresyjny mechanizm się przebudził, a nie mógł to pospać sobie jeszcze choć kilka latek, bym jakoś spokojnie docipała do emerytury? Tu mój psychiatra posunął mi całkiem podobno nową teorię, którą nazwał "rezonans dorastającego dziecka", wyraźnie podkreślając, że dotyczy to szczególnie dziecka tego samego seksu. Co on mi bajdurzy, uśmiechałam się głupkowato. Straszono mnie ryzykiem nawrotu depresji w okresie menopauzy, ale żeby dorastanie mojej córki mogło mieć jakiś związek z pogorszeniem się mego psychicznego stanu?! To może jakiś scenariusz do amerykańskiego, szmatławego filmu, a nie żadna naukowa teoria.

Moja Dorotka ma prawie piętnaście lat, psychiatra kazał mi opowiadać, jaka ja sama byłam w jej wieku. Wróciły rodzinne wspomnienia, przypomniałam sobie bolesne odczucie bycia nie wystarczająco kochaną, nie wystarczająco dostrzeganą przez rodziców w porównaniu do dwóch moich braci. Ja pośrodku - w domu zawsze uważająca i grzeczna, w szkole najlepsza, na podwórku miła i zgodna - żadnych, ale to żadnych problemów! Dlaczego byłam aż taka do przesady grzeczniutka? Widać, za wszelką cenę chciałam zwrócić na siebie uwagę rodziców, dając z siebie maksa na każdym polu, wdeptując w gówniany perfekcjonizm. Nic nie skutkowało. I wtedy przyszła rewolta: papierosy, wagary, chłopaki w krzakach i te rzeczy. Konkretny efekt był taki, że figurując na tak zwanej honorowej tablicy liceum jako uczennica o najwyższej średniej ocen, ze sprawowania przez dwa kolejne lata miałam tylko dostateczny. A byłam wtedy mniej więcej w wieku Dorotki. Zgodni byliśmy z lekarzem, że właśnie w tym okresie prawdopodobnie przeżyłam moją pierwszą depresję.

Tu się mój psychiatra zamyślił, naprężyłam się cała w sobie, bo już go poznałam i wiedziałam, że za chwilę powie mi rzecz bardzo ważną. I powiedział: nasza wola życia, wola walki z chorobą jest silniejsza od samej choroby. W pierwszym odczuciu zabrzmiało to dla mnie jak frazes bez pokrycia. A on się odwołał do mojej relacji jak to skończyłam nagle, nieodwołalnie i ostatecznie z piciem alkoholu. Faktycznie, opowiadałam mu o tym. Skubany, słuchając niczego, ale to niczego nie notuje, a wszystko, dosłownie wszystko pamięta. Jak on to robi? Że też nie pomyli psychicznych pierepałek licznych przecież i najróżniejszych pacjentów?

Ale co ma odstawienie pełnego kieliszka do zerwania z depresją? Też porównanie! Nawet nie ukrywałam, że jestem mocno sceptyczna. Z piciem alkoholu faktycznie skończyłam z dnia na dzień - w którymś momencie powiedziałam - basta! - i jestem zatwardziałą abstynentką prawie już dziesięć lat. Bez żadnych lekarzy, terapii odwykowej, esperalu czy innego straszaka - powiedziałam sobie koniec i kropka. Ale to łatwizna! Przeszło najzupełniej bezboleśnie.

A on mi tu nawija, że identycznie można przesilić depresję? Depresji dać w mordę i już?! Odstawić kieliszek to w końcu nie to samo, co opuścić nagle, bez nikaki całą gmatwaninę myśli, nastawień i odczuć. Wyprowadzić się z własnej głowy, czy jak? A on na to - jak najbardziej możliwe! I wciąż śmiejąc mi się prosto w nos, twierdzi, że widzi we mnie wolę i przebojowość tak wyjątkowo silne, że jest przekonany - wcześniej czy później wypowiem tej chorobie ostateczną wojnę i tę wojnę na pewno wygram. O rany, niby nie do pomyślenia, a od razu poczułam się cholernie bojowa. Dam chyba tej depresji w mordę i już...

---

WAKACYJNE SMUTKI

"Cierpienie uczy mądrości, a mądrość - spokoju ducha."
- Feliks Rajczak

Jak się pracuje zawodowo, należą się wakacje. Jakie tam - należą? Zobowiązują! U mnie trzeba wykorzystać co najmniej cztery tygodnie w lecie, resztę jak się chce. O rany, z góry wiedziałam, że będą to trudne wakacje. Kończy się lipiec, idę na przedwyjazdowe duchowe podbudowanie się do mojego psychiatry. - Niech pani wykorzysta ten czas najlepiej jak można. Jest pani wyczerpana do ostatnich granic. Potrzeba pani snu, dobrego odżywiania, oderwania się od obecnych piekących problemów związanych z pracą. Spokoju, dużo spokoju, trochę relaksu na łonie natury, może choć kilka niewinnych szaleństw?... - Zrozumiałam - spokój! - tak radzi mi, najwyraźniej niespokojny o mnie spokojniutko analizujący wszystkie możliwe, niepokojące życiowe pułapki, mój psychiatra. Spokojniutko, to jest u niego w przytulnym gabinecie, Na zewnątrz huraganowa burza. A i tak muszę zabrać ze sobą, bo komu zostawię, bagaż swych prywatnych powikłań.

Żeby było "najbezpieczniej", jadę do Polski prawie incognito. Nikogo nawet nie uprzedzam, że przyjeżdżam, nie stać nie na odgrywanie szmatławej komedii, jak to niby wszystko gra i życie jest wspaniałe. Bo nie jest. Przyjeżdżam jedynie do brata, u którego jest właśnie nasza Mama. Ze względu na Nią przyjeżdżam, dla wszystkich pozostałych, jakby mnie nie było. Przyjeżdżam zresztą z konkretną "misją" do spełnienia. Jeszcze przed rokiem na taką "misję" nie byłoby mnie stać. Zaczynają owocować trudne i niekiedy jakże bolesne dotychczasowe moje psychoterapeutyczne zmagania. Bojowa się zrobiłam, bezkompromisowa, gdy trzeba - bezczelna. A to ci dopiero - owoce.

Mama skończyła osiemdziesiąt lat. Dotąd, niebywale dzielna w zmaganiach z pogarszającym się zdrowiem, ostatnio zaczyna podupadać. Ona podupada, a my - jej najbliżsi - zaczynamy zdawać sobie sprawę, że już właściwie nie nadaje się do samodzielnego życia, które Ją dotąd tak cieszyło, napawało dumą. Potrzebuje opieki. Może jeszcze nie całkowitej, dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery, ale mimo wszystko potrzeba Jej bliskości rodziny: pomocy w robieniu zakupów, przygotowywaniu posiłków, dozoru w poprawnym braniu licznych i niezbędnych lekarstw. To trudny moment, bardzo przykra świadomość. Przede wszystkim oczywiście dla Niej samej, ale także i dla nas.

Dotąd mieszkała samotnie, prowadząc samodzielne, wdowie gospodarstwo w Warszawie jedynie pod dorywczym okiem zaprzyjaźnionych, życzliwych sąsiadek. Czy ma teraz mieszkać kątem u brata w oddalonym mieście, gdzie czuje się nie u siebie i najwyraźniej dręczy Ją sama bezpodstawna myśl bycia na starość dla swych dzieci ciężarem? Szybko dochodzimy do wspólnego wniosku, że najlepszym dla Mamy rozwiązaniem, byłoby zakupienie dla Niej choćby ciupciej kawalerki w pobliżu mieszkania brata, tak by mogła czuć się u siebie, a była jednocześnie na odległość czujnego wzroku najbliższych. Od kilku lat na okres zimy przyjeżdża do mnie do Francji. Jak długo będzie mogła taką podróż kontynuować? Czy kardiolog puści Ją w tym roku?

Trzeba podjąć decyzję, szukać najlepszego rozwiązania. Mnie chodzi jedynie o Jej bezpieczeństwo - tak to przede wszystkim, ale także zdaję sobie sprawę jak ważny jest, może szczególnie w wieku starszym, psychiczny komfort niezależności. Dopóki się da, dopóki można. Pragnę więc tylko, by Mama te lata, które Jej pozostają, przeżyła jak najszczęśliwiej, najpełniej. By nie czuła się dla nikogo ciężarem. Zasłużyła na to. Swoim zaharowanym, oddanym nam - swoim dzieciom - życiem w pełni zasłużyła. Nie mamy prawa Jej tego odebrać. Chce mieszkać i dopóki jeszcze może mieszkać sama i u siebie, trzeba pomyśleć, by kupić jej gdzieś w pobliżu, choćby najskromniejsze mieszkanie, które w sposób oczywisty przejdzie na wnuczkę, córkę brata, która jest już dorosłą, studiującą osóbką i mieszka jak dotąd z rodzicami. Jej starszy brat otrzymał w prezencie mieszkanie, gdy rodzice zdecydowali się na kupno nowego lokum. Oboje z bratem dobrze wiemy, że dla Babci jest to najbardziej przekonywujący motyw. Nie chce niczego kupować dla siebie, bo nie warto, bo komu to zostawi? Jeśli kochanej wnuczce, może da się przekonać?

W sposób logiczny i nieunikniony staje, nigdy, ale to nigdy dotąd nie poruszana przeze mnie, delikatna kwestia sytuacji finansowej mojej Mamy. W ogóle pieniądze nigdy nie były moim bożkiem, a już na pewno nie byłam entuzjastką ich oszczędzania. Mój młodszy brat - Adaś, jeszcze w niedzielę łamał sobie głowę nad jakąś tam najkorzystniejszą lokatą swoich oszczędności, a w środę umarł niespodziewanie na gwałtowny zawał serca. Wszystko zostawił, niczego nie ulokował, nigdy nie miał okazji cieszyć się ciężko zapracowanymi oszczędnościami. Więc po co? Pieniędzmi trzeba się cieszyć, gdy są. To nie bożek, a raczej podobnie jak papier toaletowy - choć brzydki i brudny, a niezbędny. Ale tak tylko ja je widzę, o moich rodzicach wiedziałam, że oboje całe zapracowane życie oszczędzali na tak zwaną czarną godzinę.

Stawiam więc teraz pytanie, bezkompromisowe, jednoznaczne pytanie - gdzie są i ile konkretnie wynoszą oszczędności całego życia rodziców? Ojciec zmarł przed kilku laty, chodzi więc jedynie o Mamę. Rodzina jest w szoku. Ja, która nigdy dotąd nie wtrącałam się do niczego, nie interesowałam się pieniędzmi, funkcjonując jedynie na zasadzie "hojnej ciotki", która co najwyżej rozdaje, obdarza, obsypuje prezentami albo się zrzeka jakichkolwiek pretensji do jakichkolwiek spadków i robi to z przekonaniem, szczerze, teraz po raz pierwszy zachowuję się jak nieufny, dociekliwy buchalter. Nie do pomyślenia! Domagam się przedstawienia papierków, kwitków, jakichś czeków, tego całego gówna mającego coś wspólnego z pieniędzmi. Pieniędzy będącymi na koncie naszej Mamy. Dotąd naiwność, prostoduszność, niewiedza z wyboru, teraz wstąpił we mnie jakiś harpagon, centuś obrzydliwy. No, sama siebie nigdy bym się o coś takiego nie podejrzewała!

A to jeszcze nie koniec. Po raz pierwszy też głośno i otwarcie poruszam sprawę śmierci. Czyjejś śmierci. Dotąd nie do pomyślenia! Nigdy nie chciałam nawet pamiętać (i nie pamiętałam!), ile nasi rodzice mogą mieć lat. Aby tylko nie wiedzieć, że posuwają się w swojej starości, że zbliża się nieuchronny kres życia. Sama myśl o tym bolała jak zatruty kolec. Nie potrafiłam nawet o tym myśleć. W bezgranicznym strachu przed Ich ewentualną śmiercią, zamykałam oczy, zatrzaskiwałam uszy, pozostawałam głucha i ślepa.

A teraz pytam, nazywam rzecz po imieniu, szacuję lata które, mam najgorętszą nadzieję, nasza Mama może jeszcze przeżyć. Ponieważ chodzi o Nią i Jej, oby jak najspokojniejszą i jak najmniej uciążliwą starość, walczę o każdy uciułany grosz. Tu dowiaduję się niechcący o Jej najróżniejszych darowiznach na rzecz rodziny, o których nic nie wiedziałam, a Mama też jakby zapomniała. Faktem jest, że były jakieś tam pieniądze i ich nie ma. Nie bardzo mi się to podoba, te pieniądze teraz właśnie są Jej cholernie potrzebne. Nie ukrywam swego niezadowolenia, stawiam co do dalszych finansowych posunięć bezkompromisowe warunki, deklarując tym samym jakby ograniczone zaufanie. Jest to okropne. Jest to niebywale bolesne. Żenująco przyziemne i demaskująco małostkowe jak na kogoś, kto się czuł dotąd obojętnym dla pieniędzy, a jeszcze w dodatku bezinteresownym altruistą. Myślę o sobie, oczywiście. - co za paradoks!

Jest to okropne, niebywale bolesne, wiem jednak, że jest to jednocześnie niezbędne. Nadeszła pora, bym zatroszczyła się o interes mojej Matki. Rodzina w szoku, łącznie z mym małżonkiem, który przyjechał z Warszawy do brata na dwa dni przed naszym wyjazdem do Francji. Atmosfera napięta do ostatnich granic. Z nieludzkim wprost wysiłkiem staram się utrzymać napięte nerwy na wodzy. Nie chcę, wiem, że nie mam prawa się załamać. Mam pozostać twarda, konsekwentna do końca. Tylko ja wiem, ile mnie to kosztuje. Nie jem niemal nic, niezliczoną ilość wypalanych papierosów popijam litrami rdzo-żerczej coca coli. Żyję jak w transie. Na szczęście dobiega końca pierwszy etap moich wakacji.

Po powrocie do Francji, pierwsze co, lecę do mojego psychiatry. - No i jak?... - pyta niespokojnie. - Dupa blada - też niespokojnie odpowiadam. - Panie kochany, niech pan mnie zamknie w jakimś wariatkowie! Pojutrze mam wyjechać z mężem i z córką na śródziemnomorskie wczasy. To mnie dopiero wykończy! Niech pan sam zobaczy, na jakie wczasy ja się nadaję?! Odkąd do pana przychodzę, nie było jeszcze ze mną tak źle. Przy maksymalnej dawce antydepreserów?! Niech pan se w buty wsadzi te specjały! To jakbym wyglądała bez nich?! - Jeszcze gorzej, znacznie gorzej - zapewnia mnie lekarz. - No tak, tylko tego chociażby o trochę większego "jeszcze gorzej", ja bym po prostu nie wytrzymała. - Zgadza się - psychiatra twierdząco kiwa głową.

Namawia mnie do wyjazdu - mimo wszystko. Zawsze też mogę wcześniej wrócić. Jeśli zdecyduję się teraz na odizolowanie w szpitalu, będzie to z mojej strony zaakceptowanie porażki na całej linii. To jakbym dała zamknąć się w ciasnej, dusznej beczce, która staczać się będzie swoim bezwładem coraz szybciej i głębiej do omszałej, zapomnianej przez wszystkich studni. Aż do zatonięcia?... Zdam się na innych, stracę nad beczką jakikolwiek wpływ...

- To ostateczność. Dopóki jeszcze mogę, mam się przeciwstawiać, walczyć - muszę! Każdy nowy bodziec może mi pomóc w oporze przed całkowitym zatraceniem się w rozpaczy. Nie powinnam też teraz zostać sama. Rodzina jest mi potrzebna. A normalne, że czuję się obecnie tak fatalnie. Odważyłam się przecież na bardzo bolesną, ale być może niezbędną dla mnie tę rodzinną konfrontację. Najważniejsze, że mam to już za sobą. Zamknąć ten rozdział! Zapomnieć! Tourner la page.

Wyjechałam. Piękny, śródziemnomorski pejzaż, elegancki ośrodek, wygodny bungalow, huczące morze przypominające o nieprzemijającej potędze nieodgadnionej Natury, o kruchości i małości doczesnych problemów małego, zagubionego człowieczka. Siła, boskość, przemijanie - wszystko to chłonę całą obolałą duszą. Długie samotne spacery po plaży. Jakbym w tej samotności nie była już sama - drobna cząstka wszechobecnej, wszechwładnej Natury. Natury, która w swej wspaniałomyślności, jakby chciała natchnąć mnie życiem. Nabrać w płuca świeżego powietrza, zachłysnąć się nim, odprężyć...

I zaczęłam jeść. Pierwszy raz od wielu miesięcy odzyskałam apetyt, co zresztą przy wspaniałej, przepysznej, urozmaiconej restauracyjnej kuchni nie było takie trudne. Przeogromny wybór potraw, ich niesamowita smakowitość i serwowanie sobie do woli, tak zwany bufet a la volonte. Tylko Francuzi potrafią tak zadbać o swoje wybredne, rozpieszczone brzuszyska. Chociaż francuskie damulki - pełna kontrola, umiar i przewidująca dbałość o nieskazitelną linię. Na przystawkę trzy mizerne rzodkiewki z łodyżką surowego selera oszczędniutko pokropione bezkalorycznym sosem. Danie zasadnicze - dwa plasterki cieniutkiej wołowej polędwicy, sterta gotowanych jarzyn, a na deser brzoskwinka lub kawałek arbuza. Nie to, co ja. Ja szalałam! Krewetki, homary, langusty, nawet pieczeń z rekina, arbuzy, melony, meduzy... wszystko i dużo. A gdy już przynosiłam do stołu przeładowany talerz z deserem, panowie gwizdali w zachwycie, za to ich towarzyszki niemal zabijały mnie wzrokiem. Śmiałam im się w nos.

I czytałam, czytałam. Z pełnej walizy zakupionych w Polsce książek już w pierwszym tygodniu pochłonęłam połowę. Jak za młodzieńczych czasów, gdy zdarzało mi się zaliczyć co najmniej dwie książki dziennie, tak i teraz zatraciłam się w lekturze. A czytałam od deski do deski i z pełnym zrozumieniem, z refleksją, gdzie można było albo trzeba. Specjalnie to podkreślam, bo taka uważna lektura wróciła do mnie podobnie jak apetyt. W Polsce nie byłam w stanie przeczytać ze zrozumieniem nawet jednej strony. Ślęczałam nad krzyżówkami, w których dotąd czułam się dość mocna, kreśląc w bezmyślnym mózgowym chaosie esy-floresy na obrzeżach. Żadnego hasła, nic.

Już nie na żarty się bałam, że i rozum z tego wszystkiego mi szwankuje. - Panie - pytam psychiatrę - mam jakieś dziury w pamięci, może to Alzheimer albo inna cholera?! Gadam coś na przykład, a już za chwilę mogłabym przysiąc, że niczego takiego w życiu nie powiedziałam. Gonitwa myśli, natłok emocji, a może faktycznie ten cholerny Alzheimer?! - Psychiatra, który lubi spokojnych pacjentów, uspokaja mnie, że to przejściowe zaburzenia koncentracji uwagi, typowy objaw tej zdradliwej depresji. Dziwne trochę, bo nigdy dotąd czegoś takiego nie miałam. Widać i depresja lubi przystroić się w nowe piórka - menda jedna! No, ale szczęśliwie, że przejściowe. Mnie w każdym razie, na razie jakoś przeszło, a co będzie dalej, zobaczymy.

Summa summarum, rekuperowałam swą nadwątloną, o ile nie zdruzgotaną, psyche z dnia na dzień. Moja rodzina jak dotąd była mało szkudna, każdy z nas wypoczywał na swój własny sposób. Spałam, jadłam, czytałam, coraz śmielej zaczęłam się obserwować, by skonstatować, że pozostawiona sobie samej i mojej rekonwalescencji, czuję się najzupełniej normalnie. Jak przedtem. Zanim nie wdepnęłam nieopatrznie kolejny raz w to całe psychiczne gówno, by z obrzydzeniem i obawą użerać się z nim od nowa. A tu gówno nagle zniknęło, jakby spłukane strumieniem czystej i wartkiej wody. Co za ulga! Znów poczułam się wolna, umiarkowanie optymistyczna nawet.

Filozofowałam sobie jakoś tak. Te orientalne mędrce są wcale niegłupie. Może mądrzejsze od tych wyuczonych na mądralińskich podręcznikach mądralińskich filozofów, lekarzy z naszego popieprzonego, na wskroś konsumpcyjnego, histerycznego i chyba trochę też hipochondrycznego okcydentalnego świata. W tym naszym świecie, pewnie też wcale niegłupi lekarze, czują się jakby zobowiązani naciskiem zniecierpliwionych jakimkolwiek cierpieniem pacjentów, by usuwać symptomy, konsekwencje, skutki - wszystko, co na wierzchu.

Mniej lub bardziej skutecznie pomagają pacjentowi zwalczać stresy, frustracje, niwelują cierpienie. Pacjent płaci, pacjent wymaga. W dzisiejszym świecie każdy rości sobie prawo do bezzwłocznego usunięcia czegokolwiek, co mu dolega. Dziś każdy z byle gówienkiem leci zaraz na kozetkę do psychoanalityka lub farmaceuty - coś mnie uwiera, przeszkadza, róbcie coś, dajcie coś! Mam prawo do życia bez żadnego, ale to żadnego uwierania - podatki płacę!

Więc lekarze, może i bez większego przekonania, wszelkie "uwierania" niwelują. Po jakimś czasie przychodzi niedogodność nowa i zabawa zaczyna się od początku. Nie wiem, jak w innych krajach, ale przynajmniej w Europie, Francja bezsprzecznie stoi w czołówce pożerania najróżniejszych środków nasennych i psychotropów. A wcale nie zna jeszcze, bo nie chce poznać, tak popularnego w Ameryce prozaca. Wszystko, co amerykańskie - gorsze, każdy głupi o tym tutaj wie.

A stareńki chiński powie z całą odwieczną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie mądrością, którą po namyśle nazwałabym właściwie mądrą rezygnacją - Życie już tak jest pomyślane, że wiele w nim bólu, chorób i trosk, przeciwieństw losu... Na nic się nie zda ich niwelowanie, uciekanie od nich w danym doraźnym momencie. Tak czy inaczej, po jednych przyjdą następne, odradzające się jak pleśniawki z urodzajnej grzybni. Tylko odporność człowieka będzie na nie coraz mniejsza, pozostanie pasywny, coraz słabszy, poddając się z marszu. Symptomów nie należy negować, wypierać, zwalczać. Trzeba je zaakceptować. Jako zło nieuchronne i koniecznie, jako filozofię śmierci i życia. Trzeba nauczyć się z nimi żyć...

Pomyślałam sobie - będę mądra jak ta chińska. Dosyć walczenia z nieuchronnymi konsekwencjami. Trzeba sięgnąć głębiej do przyczyn, do filozoficznego absolutu jakże krótkiej, jakże szybko przemijającej egzystencji pojedynczego człowieczka na tej często niewdzięcznej ziemi. Mój najgłębszy, najostrzejszy psychiczny zakalec - śmierć. Szczególnie śmierć osób mi najbliższych. Po dziś dzień reagowałam na nią nieodmiennie bezsilną, lecz jakże gwałtowną rewoltą. Może przyszedł czas, że powinnam ją zaakceptować, bo i tak nie jestem w stanie czegokolwiek zmienić w tej nieuchronnej kolei rzeczy? Kiedy ostatnio zadzwoniła moja przyjaciółka z Warszawy, by mnie powiadomić o nagłym zgonie naszego wspólnego przyjaciela, naszego rówieśnika - niespodziewany wylew do mózgu, jeden, potem drugi i już po chłopie - zakończyłyśmy filozoficznie, z obawą, ale i z niejaką pewnością - śmierć zaczyna brać już ludzi również z naszej półki.

Niewykluczone, że moja Mama odejdzie przede mną. Jedyne, co mogę zrobić, to zadbać, by resztę życia spędziła jak najlepiej, jak najgodniej, w poczuciu, że jest nam - dzieciom, wnuczkom, prawnuczce - bardzo potrzebna i bardzo przez nas kochana. To tak jak w tym wierszu:

"Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą zostaną po nich buty i telefon głuchy..." - ks. Jan Twardowski, "Spieszmy się"

Albo ta praca. Rozpieprzy się ten mój ośrodek z hukiem czy przetrwa groźną zawieruchę? Cóż mi da zamartwianie się na zapas? Jeśli faktycznie stracę tę pracę, niby z jakiej racji miałabym odebrać ten fakt jako prywatne niepowodzenie czy klęskę osobistą? Osobistą klęską byłoby to dla Bogu ducha winnych pensjonariuszy. A dla mnie? - no cóż, jeszcze jeden, kolejny problem, któremu trzeba stawić czoła. Może niezbyt skromnie, aczkolwiek chyba zasadnie, mogę się uznać za dobrą profesjonalistkę. Jeśli mnie zwolnią, to ze szkodą dla sprawy i naszych podopiecznych. Sprawdziłam się tu, sprawdzę się i gdzie indziej. Taka ewentualna zmiana w moim życiu wcale nie musi być końcem mojej zawodowej kariery. Czuję się gotowa w razie czego przyjąć ją jako wyzwanie. I proszę, jaka to nagle zrobiłam się bojowa - o!

Kurczę blade, to chyba ja naprawdę wyzdrowiałam?! Myślę już zupełnie do rzeczy. Ogromna ulga, prawie euforia. Dzwonię na prawo i lewo, by powiadomić o tak nagłym polepszeniu. Przede wszystkim rodzinę którą, co tu dużo mówić, zostawiłam przerażoną moim stanem, a także zgodnie z obietnicą kontaktuję się z moim psychiatrą. Uspokajam go, że wszystko jest OK. Że wreszcie zadziałały te jego nieskuteczne dotąd prochy albo i też to całe jego gadanie - wyjaśnienia, sugestie, którymi delikatnie, ale z przekonaniem nabijał mój skołatany, ogłupiały łeb. Lekarz się cieszy, wszyscy się cieszą, tylko mój małżonek coś jakby sceptyczny. Niech go diabli, ma prawo nie wierzyć w moje "cudowne uzdrowienie". Najważniejsze, że ja czuję się bez porównania lepiej. Nie zwracam na niego uwagi.

Ale żyjemy wciąż pod jednym dachem. To taki, byle jaki, już wieloletni kompromis naszego niezbyt udanego związku. Teraz wychodzi do pobliskiego sklepu, pyta o potrzebne artykuły, proponuję więc małą listę. Z sześciu pozycji, w której dwie były przeznaczone głównie dla niego - piwo i pomidory - przynosi tylko jedno i drugie plus mięsną puszkę dla naszej suki, akurat taką, jaką jeszcze mam, a suka - francuski piesek - tej już akurat żreć nie chce, bo jej się znudziło i tyle. Nie ma mojej coca coli ani czegoś tam, o co prosiła Dorotka. Zapomniał!

Zapomniał?! Nie, nie zapomniał! Odbieram takie - świadome, a może i nawet podświadome, co niczego nie zmienia - posunięcie jako celową i celną prowokację. Tylko po co, w jakim celu, do jasnej cholery?! Wiem, że ta wątpliwość nie da mi spokoju, że będę drążyć, dociekać aż znajdę zasadną odpowiedź. Jak ktoś usiłuje mnie sprowokować, nigdy nie potrzeba wiele, by mu się to udało. Szczególnie więc teraz. Mój dobry nastrój pęka z hukiem jak złudny, kolorowy balonik. Całą "metamorfozę" szlag trafia w jednej chwili. Na prowokację odpowiadam gwałtowną małżeńską burdą. Przestajemy ze sobą rozmawiać, w ślepym zacietrzewieniu postanawiam, że nawet na wieczorne posiłki będziemy chodzić oddzielnie.

Tu Dorotka zadziwia mnie i prawdę mówiąc, wzrusza. Proponuje w takim razie jeść kolacje ze mną zamiast, jak dotychczas, z całą rozbawioną bandą swoich rówieśników. Tu mnie aż zatkało. Może i liczyła, że przenigdy nie przyjmę takiego "poświęcenia się" z jej strony, w każdym razie wyraziła ewentualną gotowość. Ojcu tego nie zaproponowała, jakby w tym konflikcie trzymała moją stronę. Zaczynał się drugi tydzień moich śródziemnomorskich wakacji, wróciłam do punktu wyjścia, znów się poczułam fatalnie. Jak po uderzeniu nagłego pioruna powrócił w jeszcze większym nasileniu i destrukcji cały niedawny koszmar. Tu chyba opowiem anegdotyczna opowiastkę o moim, albo już nawet nie wiem - czy faktycznie moim własnym zębie? To taka psychosomatyczna anegdotka.

Jak już mówiłam - gonitwa myśli, natłok najbardziej przykrych emocji. Żyję jak w transie. Jeszcze w Polsce przy porannej toalecie odkrywam dziurę w jednym z leczonych przed samym wyjazdem zębów. Dziura jest pokaźna, ale po wewnętrznej stronie, może dentystka zostawiła ją specjalnie, by zgryz się lepiej wietrzył, bo ja wiem? Co mnie zresztą, w sytuacji w jakiej się obecnie znajduję, obchodzi jakiś ząb?

Czuję się do kitu. Coś jakby ćmił mnie ząb. Wszystko mnie boli! Dusza mnie boli. Dławiąca gula w przełyku narasta. Jaki więc ząb? To nie mój ząb. Pewnie kogoś, kto przechodzi obok, a kogo właśnie ząb nasuwa, a ja tylko w stanie, w jakim jestem mam pewnie jakieś szczególne zdolności wczuwania się w sytuacje innych i przezywania stanów fizycznych bądź wewnętrznych odpowiadających ich położeniu. Jak to się mądrze nazywa w psychologii? Intropatia! - jak nic. Przechodzę spiesznie obok "cierpiącego", ząb ćmi nadal. Widać nie odeszłam wystarczająco daleko.

Jedna noc nie przespana, druga noc nie przespana, no nic, myślę sobie - nerwy, normalka. Ale trzeciego dnia, gdy snuję się już jak własny cień i myślę odespać białe noce chociaż krotką popołudniową drzemką, właśnie w momencie, gdy zasypiam, budzę się ze świdrującym aż do mózgu bólem. O, kurczę blade, teraz już nie mam wątpliwości - to faktycznie mój własny ząb?!

Zanim udaje mi się zdobyć rendez-vous u miejscowego stomatologa, jest godzina dziewiętnasta. Będę ostatnią klientką, przyjętą zresztą po godzinach pracy miłej pani doktor i tylko ze względu na pilność interwencji w przypadku silnego bólu. No, ale ten silny ból znów jakoś jakby przeszedł. Jestem już całkiem głupia - może to wcale nie mój ząb? Nawet ćmić przestał, pewnie to znów jakiś popieprzony psychosomatyzm. I jak ja teraz będę wyglądać wobec miłej pani stomatolog, gotowej w swym wyrozumieniu przyjąć mnie po godzinach pracy? Na wszelki wypadek szoruję dziurę w zębie prawie na wylot - a nuż zaboli. A tu nic, nawet ćmienia. Oj, będzie hipochondryczna wpadka, nie bardzo już jednak mogę się wycofać.

Miła pani doktor po wysłuchaniu mojego pokrętnego - boli, nie boli? - po zaglądnięciu do mojego zęba jest wstrząśnięta. - Pani kochana, od jak dawna pani to wytrzymuje?! Dziura w zębie jak stodoła, nerw jak koń wyłażący na pół metra na wierzch, z czymś takim nie można żyć normalnie. Może pani przeżyła jakiś silnyemocjonalny wstrząs - indaguje mnie wyraźnie zaintrygowana. - Może jest pani w jakimś szoku? To niemożliwe, mówię pani, a wiem, co mówię - to niemożliwe, aby pani to dotąd wytrzymywała. W każdym razie, nie przetrzymałaby pani tej nocy - zapalenie okostnej murowane - szukanie na gwałt ostrego dyżuru w szpitalu. Szczerze mówiąc, jeszcze czegoś takiego nie widziałam...

Przystępuje do interwencji. Szykując się do ekstrakcji nerwu, musi dać mi znieczulenie miejscowe, w związku z czym ja też muszę uprzedzić, jakie lekarstwa aktualnie zażywam, by to, co mi wstrzyknie z nimi nie kolidowało, bo może. Już po pierwszych dwóch medykamentach, jakie wymieniam, dentystka bystrze diagnozuje moją chorobową przypadłość i coś jakby ponownie jest wstrząśnięta.

- Depresja? Tylko depresja?! Myślałam, że może jakaś psychoza. O tak, psychoza to zupełnie co innego. Widziała pani tych oszalałych szaleńców co to rękę włożą w ogień, a najmniejszego bólu nie czują albo taki roztrzaska szybę własną głową, nie zdając sobie nawet sprawy z głębokich ran i zadrapań? - Przytakuję, zgodnie z prawdą, że widziałam. - A tu depresja? - dentystka najwyraźniej nie dowierza.

- Pewna jest pani co do diagnozy, co do wiarygodności psychiatry? Tak tylko pytam, bo to niesamowite, a jak pani wie i lekarze bywają omylni. Tak czy inaczej, powiem pani szczerze, chociaż przyjęłam dzisiaj dziesiątki pacjentów, a pani jest, że tak powiem, poza konkursem, to właśnie dzięki pani czuję, że byłam dziś komuś naprawdę potrzebna, że przyniosłam pacjentowi autentyczna ulgę.

O, tu ja mam. Od razu rozpoznaję w jej słowach tak dobrze mnie samej znany symptom. Też najwyraźniejszuka zadośćuczynienia w tym, co robi. O swoim szukaniu powiem dalej. A teraz z całym zrozumieniem wyrażam jej moją niewypowiedzianą wdzięczność. Nie jestem jednak, prawdę powiedziawszy, tak zupełnie szczera. Przez grzeczność należy się podziękować, to oczywiste. Ale co za ulga, za co ta wdzięczność? Czy mnie w ogóle bolał jakiś ząb?...

Tymczasem mój wakacyjny koszmar trwa. Gdzie mogę, schodzę z drogi rozradowanym, wesołkowatym i tylko drażniącym mnie jeszcze bardziej, wczasowiczom. Łba mało mi nie rozsadzi od kotłowaniny myśli, od pełnej skrytych pułapek analizy własnego stanu i faktów, pytań bez odpowiedzi, żeby powiedzieć w skrócie - bolesnych dociekań samobiczującej introspekcji.

Do diabła, dlaczego tak jest?! Dlaczego z byle powodu każdy, kto chce czy nie chce, świadomie czy nieświadomie może mnie tak łatwo zranić i to od razu do żywego? Dlaczego wobec ataków ludzi obcych, często rzeczywiście brutalnych i ohydnych (na przykład na Internecie), wystawiam pospiesznie i często skutecznie ochronną tarczę, a dlaczego pozostaję bezsilna i jakby zupełnie bezbronna, gdy razy padają ze strony osób mi najbliższych? Jeszcze zawsze jakoś tam ich zachowanie usprawiedliwiam, uzasadniam, tłumaczę, ciągnąc argumenty za uszy, co nie zmienia faktu, że są to razy najbardziej celne, dające z punktu głębokie rany, takie trudne do zabliźnienia. Kto to mądrze powiedział - "Najbardziej boli samotność w otoczeniu rodziny."? Może nikt tego nie powiedział, tylko ja sama w głębokim obecnym rozgoryczeniu wymyśliłam kolejny banalik na swój własny użytek?

Bo faktycznie, niekiedy chodzi o banaliki, o błahostki niby bez znaczenia, takie zwykle prozaiczne, codzienne duperele. Jak te zakupy. Jak tyle innych rzeczy. Przedwczoraj Ojciec pojechał na wycieczkę, miał wrócić późnym wieczorem.Proszę Dorotkę - przesuń o kwadrans kolację z kolegami, zmienimy się w pilnowaniu Boulie, która nie może zostać sama. Pójdę zjeść pierwsza i się pospieszę, by zmienić cię jak najprędzej. - Na to moja córka z bezwzględną stanowczością - W żaden sposób! Oni tam na mnie czekają, oni na mnie liczą. - "Oni" to paczka wczasowych przyjaciół. Mnie - matki wśród tych "onych" nie ma. Ja jestem mniej ważna, mniej się liczę z tym moim głupawym kwadransem. Błahostka.

Troszkę więcej zapewne się liczę w innych sytuacjach, by na przykład zaspokajać podstawowe potrzeby, jak również dość częste młodo-dziewczęce kaprysy - tu kosmetyk, tam nowy ciuszek, prezent dla najukochańszej z przyjaciółek... - wszystko bez większych oporów ze strony wyrozumiałej (!) matki wrzucane do przeładowanego wózka. Tak wtedy się liczę - jest śliczny uśmiech, słowa podziękowania ze strony "wdzięcznej córki" - to ja wyciągam przy kasie moją płatniczą kartę. Błahostka.

A moje na wpół nie przespane noce w oczekiwaniu aż córka po przedłużającym się zabawowym wieczorze wróci wreszcie cała i zdrowa do domu? Miasteczko wczasowe żyje nocą, daje przyzwolenie, wyrozumiała jestem. A mój niepokój, moja troska o nią, to przecież tylko mój problem, zresztą zupełnie gratis, bo naturalnie nikt mnie o to nie prosi, nie musi więc się poczuwać do jakiejkolwiek wdzięczności. Logiczne.

To przychodzi samo z siebie. Tata kładzie się najspokojniej spać po trzech piwkach i dwóch głębszych ziewnięciach, ja - matka - "chorobliwie przewrażliwiona" czuwam w niespokojnym oczekiwaniu aż dziecko wróci. Oj, ty matczyna naiwności! Dawać, wciąż dawać, płacić, pielęgnować, być w ciągłym pogotowiu na każde zawołanie i w każdej potrzebie... Co w zamian? - koledzy czekają! Staram się rozumieć, usprawiedliwiać - co tam, młodzieńczy egocentryzm. Więc przymykam oczy, z własnymi potrzebami usuwam się coraz bardziej w cień. Chociaż boli, niekiedy piekielnie boli.

Mój pierworodny, najukochańszy synek. Oj, też ostatnio dosyć mnie zawiódł, rozczarował. Zawsze taki uważający, aż za bardzo uczuciowy, wrażliwy, właśnie teraz, gdy potrzebowałam tak bardzo czyjegoś oparcia, zrozumienia, nagle jakby wydoroślał - na szczęście! - ale i się zmienił. Stwardział, zhardział, zezłośliwiał. Czyżby dorastając, upodobniał się do swego ojca? A może znów tylko najnormalniejszy młodzieńczy egocentryzm. Staram się wyrozumieć i usprawiedliwić. Chociaż boli, niekiedy piekielnie boli.

Wszystko rozumiem. Podjął się pracy na całe wakacje, wstaje bardzo wcześnie rano, jest przemęczony, nie dosypia. A jeszcze na dokładkę, jadąc do Polski autokarem, nie mając więc wyboru, obarczyliśmy go opieką nad domową zwierzyną. Z Punki - przeuroczą świnką indyjską - nie ma dużego zachodu. Aby jej wrzucić zieleniny i żarcia do klatki, trochę podrapać za uszami i to przemiłe zwierzątko zaraz jest w siódmym niebie.

Gorzej z Boulie, naszą ukochaną suką. Ta, rozpieszczona do ostatnich granic, przyzwyczajona, że zabieramy ją wszędzie ze sobą, a jeszcze z silnym instynktem owczarka pirenejskiego (chociaż pomieszana z pudlem) naganiającego do upadłego wszystkie owieczki do stada, nieszczęśliwa i niespokojna, gdy któregokolwiek członka rodziny nie ma w domu, teraz została praktycznie sama, bo Michał pracując, jest przecież cały dzień poza domem.

Którejś soboty, mój odpowiedzialny w sposób mało odpowiedzialny za biedną, zdaną tylko na niego psinę, Michałek wrócił z restauracji o trzeciej nad ranem. W domu burdel, nieprawdopodobny bałagan: poprzewracane doniczki, rozwleczona na wszystkie strony zawartość kubła ze śmieciami, moja książka ostawiona na nocnej szafce pożarta na strzępy... Taki był bunt przerażonej, zrozpaczonej Boulie. Najwyraźniej popadła w panikę. Późna noc, a ona wciąż sama. Jak zwykle wyczekująca niespokojnie w oknie, a tu już nic nawet nie jeździ. Na pewno o niej zapomnieli, w ogóle ją porzucili... Poczuła się we własnym domu jak w ciemnej, zamkniętej, nagle przez wszystkich wyludnionej klatce. Wcale się nie dziwię, że tak zareagowała. Na jej miejscu zrobiłabym to samo.

Mój synek telefonuje do mnie do Polski z samego rana, w głosie wymowna pretensja, ton oskarżycielski. - Mam kłopoty z suką, po co ja tak rozpieściłaś, narobiła głupot, sąsiedzi się skarżą, że płacze i skomli przez cały dzień, sam nie wiem, co robić...

Ja też nie bardzo wiem, poza może jednym, że mój milusiński synek przybrał nagle ważniacki i czepliwy ton Starego. O kurczę, jakbym słyszała jego ojca. Najwyraźniej dorosłość, poczucie odpowiedzialności zmieniają nie do poznania nasze dzieci. Chiński, by potwierdził z mądrym wyrozumieniem, mną trochę tąpnęło. Nawet nie starałam się być szczególnie miła, za to się odgryzłam ostrą oceną tak pojętego poczucia odpowiedzialności. Mógł zabrać Boulie ze sobą do restauracji, we Francji nie ma z tym problemu. Dzwoni do mnie, gdy jestem 1700 kilometrów od domu. Co mogę zrobić - wracać? Obiecałam, że się zastanowię.

To zastanawianie się zajęło mi bez mała całą noc. Co tu dużo mówić, strasznie się przejęłam. W nosie mam sąsiadów, sami zostawiają często własnego psiaka na balkonie, choćby i lało, też przykro mi słuchać. Niech tylko podskoczą, a zapowiem im bez ogródek, że przy najbliższej okazji składam na nich skargę do Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, a z nimi we Francji nie ma żartów, każdy o tym wie. Olewam sąsiadów. Boulie było mi niezmiernie szkoda. Wiedziałam, że ogromnie cierpi w sposób niezawiniony i niemożliwy dla niej do zniesienia. Szukałam sposobu, jakby przede wszystkim jej pomóc.

I znalazłam. Francja to na szczęście taki uroczy kraj, kompletnie zwariowany na punkcie wszelakiego sortu i rodzaju zwierząt. W tym uroczym kraju nawet psy, kociaki i koguty mają pełne prawo do chwilowych przyłamań, z pełnym respektem uznaje się także psie czy kocie depresje. Muszą więc być, do cholery, jakieś środki, by im ulżyć, w tak wyjątkowej sytuacji jakoś uspokoić. Miałam gotowy plan działania - Michał powinien jak najpilniej skonsultować się z weterynarzem, by ten konkretnie poradził jak przeciwdziałać tym przykrym symptomom tęskniącej suki.

Byłam już przy drugiej kawie, gdy o piątej rano wstawał do pracy mój brat. Tylko czekałam, by go czynnie zaangażować we wprowadzenie mojego planu w czyn. Postanowiliśmy wykorzystać użyteczność najnowocześniejszej techniki, takiej jak Internet i komórkowe telefony. Najważniejsze, by dziecko wiedziało do kogo się udać, co zrobić.

Jeszcze przed dziesiątą dzwoni Michałek i z taaaką buzią na mnie. - Co ja wyprawiam, histeryzuje jak zwykle?! Od samego rana nic tylko Boulie na tapecie. Wujek obudził go, dzwoniąc jeszcze przed siódmą, gdy spokojnie dosypiał w pociągu jeszcze daleko przed Paryżem. Potem alarmujące e-mail na adres domowy i do pracy... - Pewnie tak było - wujek solidna firma, przejął się rolą i zrobił, co w jego mocy, by wskazówki matki dotarły do bratanka.

- Egzaltujesz się, podniecasz - karci mnie dalej moje dziecko. - Niepotrzebnie, jak zwykle. Jakie środki uspokajające dla psa?! To tobie potrzebne coś na uspokojenie, a nie Boulie. - O rany, jak bym słyszała mojego szanownego małżonka! - To on wziął za Boulie odpowiedzialność - tu mój synek przybrał ton zdecydowany i stanowczy - i on zadecyduje, co robić. Na razie wezwał niegrzeczną sukę na poważną, męską rozmowę. Wszystko jej wytłumaczył, a ona wszystko zrozumiała, obiecała nawet, że więcej żadnych głupot robić nie będzie.

Potem mocno zdenerwowany synek, pewnie takim jawnym brakiem zaufania co do jego odpowiedzialności z mojej strony, wygarnął mi resztę pretensji, a głównie mu chodziło, że niby robiłam przed wyjazdem zakupy, a tu się okazuje, że... że w domu nie ma zielonej fasolki do jedzenia. - O rany, kombinowałam w panice - jakiej znowu fasolki?!

Faktycznie przed wyjazdem zrobiłam solidne zakupy, które by wystarczyły na wyżywienie pułku wygłodniałego wojska. Lodówka wypełniona po brzegi, zamrażalnik pękający w plastikowych szufladach, plik banknotów wciśnięty w tajemnicy rzed ojcem, by zapracowane dziecko mogło zaprosić kolegów po ciężkiej pracy i trudzie dopatrywania domowej zwierzyny, by iało trochę dodatkowego grosza, by się odprężyć, zabawić. A o tej jakiejś cholernej zielonej fasolce zapomniałam?!

Nie, to nie ja zapomniałam. To mój syn zdaje się zapominać, zachowując się - wypisz, wymaluj - jak jego własny ojciec.Najbliższewzorce najmocniejsze.Młodzieńczy egocentryzm. Niby rozumiem, ale boli. Kolejna coca cola i kolejna tabletka. Co do tego Michałek ma absolutną rację, potrzebne mi są uspokajające środki. Powiedziałabym nawet, coraz bardziej potrzebne.

Dalej były telefony polubowne. Gadki przepraszające, gadki uspokajające. Chyba jednak mój synek zrozumiał, że zapędził się trochę za daleko. W sumie zrobił dokładnie tak, jak sugerowałam, więc po co ten agresywny ton i sprzeciw? Zaprowadził psinę do weterynarza, który z całkowitym zrozumieniem sytuacji wyciągnął kartonik proszków, precyzując dozę. Medykament kosztował zaledwie dychę, gdy Michał wyciągnął stówę, bo drobniejszych nie miał, zwierzaczkowy lekarz tylko machnął ręką - nie trzeba. I tak to skończył się dla mojej suki "depresyjny epizod", i to jeszcze za darmo. Za to ja zapłaciłam dość słono. Ta cała "psia depresja" wpasowała się jak znalazł w mój własny depresyjny łańcuch. Łańcuch, który z każdym dniem ciążył mi coraz bardziej. A była to dopiero połowa moich wakacji.

Przez krótkie dwa dni, na które przed następnym wyjazdem powróciłam do domu, niestety nie było okazji do spokojnego (spokojnego - w zamiarze, a diabli wiedzą, jakiego w przebiegu) omówienia z synem sprawy odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji, bezsensownego telefonowania do mnie, gdy chciało się poradzić sobie z problemem po dorosłemu i samodzielnie, a także przedyskutowania wyraźnie manifestującego się przejawu ślepego, automatycznego naśladowania czyichś wzorów zachowań, chociażby miałby to być jego własny ojciec. Co innego moje układy z moim mężem, a co innego układy nasze, układy - matka i syn.

To będzie trudna rozmowa, ale niezbędna. Do diabła, dlaczego właśnie mnie przytrafia się tak często ten wciąż nieodmienny układ - jak coś niezbędne, to zaraz musi być jednocześnie takie trudne? Wolałabym mieć już tę rozmowę za sobą, a tak czeka mnie ona wraz z upragnionym końcem tych cholernych wakacji. Nie chciałam jednak przeprowadzić jej, ot tak, na łapu-capu, w biegu i z przerwami - a to jeden kolega, a to drugi, pralka pełna, lodówka znów pusta... Żebym chociaż nie zapomniała o tej cholernej zielonej fasolce! Następny zastrzyk gotówki, już nie po cichu, a za wywalczoną zgodą ojca na taką małą premię dla zapracowanego synka. Jak mogłabym cieszyć się drogimi, niemal luksusowymi wczasami, gdybym pomyślała, że mojemu dziecku czegoś brak?

Zresztą w międzyczasie doszedł nowy element do rozmowy. Mogłabym go chyba zatytułować: przysługa za przysługę? Chodziło o nagranie dla mnie jakiegoś telewizyjnego programu. Jak mówię - gówniana błahostka, a jednak. Byliśmy w codziennym telefonicznym kontakcie, jeszcze po południu przypomniałam o wieczornej emisji. Zresztą mój bystry synek, gdyby chciał, mógłby zaprogramować nagranie z wyprzedzeniem, bo można, czego ja - prosta kobieta - nie potrafię. Ogólnie nie widział problemu, OK. Następnego dnia dzwoni - przykro mi. - Że nie nagrał, bo był zapracowany, bo się spieszył, bo ktoś tam przyszedł, bo wyjeżdżał, bo zapomniał... OK.

Życie młodego jest pełne naglących, pilnych i samych ważnych spraw. Co wobec tego jakiś tam matczyny program? Niby rozumiem - młodzieńczy egocentryzm, a boli. Bo niby dlaczego, do cholery, ja jestem zawsze i dla wszystkich na każdą prośbę, na każde zawołanie?! Trzeba synkowi załatwić coś w banku czy nadać przesyłkę na poczcie, oczywiście, że pójdę i załatwię, chociaż się spieszę do popołudniowej pracy. Sam tego przecież nie zrobi, jeśli go nie ma, bo jest w Anglii. To takie naturalne, zrozumiałe - oczywiste! - muszę to zrobić ja. Co z tego, że kosztem własnego czasu, często zszarpanych nerwów z niepożądanego pośpiechu, kosztem własnych potrzeb i interesów? To mój czas, moje nerwy, moja chęć pomocy. Prawie zawsze i prawie wszędzie. Komukolwiek, a już na pewno osobom mi najbliższym.

Podobnie z pracą w domu. Dopóki nie pracowałam zawodowo, było oczywiste, że wszystkie tak zwane obowiązki domowe pozostają na mojej głowie. Inaczej czułabym się pasożytem. Obowiązkiem dzieciaków jest chodzenie do szkoły, ich tata zarabia pieniądze na życie, mnie pozostaje cała reszta. Piątek i świątek - bez różnicy. Mnie, jako osobie niepracującej nie należały się żadne dni wolne ni wakacje, nawet w chorobie trzeba było zrobić co trzeba - osobom niepracującym zwolnienia ekarskiego nikt nie daje. Po co, jeśli nie ma szefa? Sam sobie jest szefem. Albo się poczuwa do roboty, albo się od niej zwalnia. Ja się poczuwałam.

Gdy znalazłam obecną pracę, która bardzo szybko stała się moim największym zadośćuczynieniem, moją pasją, kiedy zaproponowano mi od razu pełen etat, odpowiedziałam - nie! Praca w niepełnym wymiarze godzin musi mi wystarczyć. Moja rodzina, mój dom nie powinny ucierpieć na tym, że podjęłam się pracy. Jakbym miała wyrzuty sumienia, jakbym czuła się trochę winna - bo co to za praca? Praca, którą uwielbiam, która jest źródłem zadowolenia z siebie i przeogromnej satysfakcji. Nikomu się do tego oczywiście nie przyznaję, ale tę pracę wykonywałabym z równym entuzjazmem i za darmo. Co innego dom, to jest faktyczny obowiązek - matki, żony, gospodyni - muszę dalej trzymać go w karbach. Wszystko więc zostało bez zmian.

Pranie, gotowanie, prasowanie, zakupy - ten nie kończący się nigdy magiel kontynuowałam jak przedtem. W dni wolne od pracy, w dni pracy przed pracą, w czasie urlopu czy w czasie zwolnienia lekarskiego, gdy lekarz uznawał, że się do pracy nie nadaję - wciąż pchałam do przodu i kręciłam aż do mdłości i zawrotów głowy ten mój domowy kierat. Kieracik musiał się kręcić jak zawsze - wszystko zaplanowane, wszystko przewidziane na każdą okoliczność, wszystko zrobione pod kątem każdego członka rodziny z osobna, jak i domowej zwierzyny - też co innego pies, a co innego to małe, kudłate zwierzątko. No właśnie, dokładnie tak - wszystko z wysoce wyczulonym rozróżnieniem oczekiwań i potrzeb każdego z osobna za to bez względu na samą siebie, na mój stan zdrowia czy osobiste potrzeby.

I nagle się okazało, gdy nadmiar obowiązków zaczął mnie przerastać i czułam, że jeszcze trochę, a pęknę w szwach, gdy zaczęłam się dość ostro buntować, poza oczywiście domową zwierzyną, która nie ma niestety prawa głosu, od wszystkich domowników padło zgodnie i solidarnie jedno zasadnicze pytanie - a właściwie PO CO? Po co właściwie ja to wszystko robię?! Nikt tego ode mnie nie wymaga, nikt takiego poświecenia z mojej strony nie oczekuje, wszyscy obejdą się doskonale, gdy włożę ręce pod tyłek i przestanę przejmować się czymkolwiek. O rany, i ja się o tym dowiaduję dopiero teraz?!

Wychodzi więc ewidentnie, jasno, bez ogródek, że to poczucie obowiązku jest jedynie w mojej chorej głowie, że wszelkie powinności i odpowiedzialności jedynie sama sobie narzucam, bo może po prostu inaczej nie potrafię ? To "poświęcanie się", oddanie dla innych, przedkładanie czyichś tam potrzeb nad swoje własne nie jest niczym innym jak jakąś tam moją ideą fixe, zresztą jedną z wielu. Nikt tego ode mnie nie oczekuje, nie prosi, często się nawet buntuje, nic więc dziwnego, że nie docenia, że nie poczuwa się do jakiejkolwiek dzięczności, której mimo wszystko przecież oczekuję i której brak mnie boli. Robię, daję, zapominam o sobie, bo najprawdopodobniej tak lubię lub wręcz muszę. Bez tego byłabym najpewniej nieszczęśliwa. Tak oto widzi ten problem moja rodzina. Masochistkę ze mnie zrobili na cacy. Pieprznięta taka, co to cierpi, kiedy nie cierpi? A to się o sobie dowiedziałam.

Do licha, to wszystko wygląda tak, jakbym nadawała na jakichś zupełnie innych niż wszyscy falach. Falach, których tak czy inaczej nikt, ale to nikt nie słucha. Trzeba by się albo wyłączyć, albo chociaż przestroić. Tyle niepotrzebnych fal wysłałam w głuchą pustkę, może czas z tym skończyć? Czy ja naprawdę muszę brać wszystko na siebie i to ponad miarę, zaciskając zęby, zachetać się na śmierć? Szczególnie, gdy to nikomu i do niczego nie jest, jak się okazuje, potrzebne. A, do diabła z tym! Jedno, co z tego zrozumiałam, że znów coś muszę. Muszę pomyśleć o zmianie siebie samej.

Tu się zadumałam nad sobą poniewczasie. Co tam, lepiej późno niż wcale. Czy ja naprawdę umrę już taka, z tym przesadzonym, narzucanym samej sobie cholernym poczuciem obowiązku? Czy ciągle z powodu tej "słabości" mam dostawać od życia cięgi po dupie? Czy jeszcze mi za mało?! Czy nie potrafię raz, piąty, dziesiąty pomyśleć najpierw o sobie, o tym, co dla mnie dobre i ważne? Jak robią wszyscy wokół. Dlaczego mam być zawsze gorliwsza, bardziej przewidująca, współczująca bardziej? Tego "bardziej" mam już po same dziurki w nosie. Od dzisiaj mówię - basta! Czy będę wciąż liczyć na jakieś uznanie, wdzięczność, choćby cień zadośćuczynienia w świecie, w którym za złotą monetę oddaje się nędznego miedziaka? Czy wciąż będzie mnie bolała czyjaś obojętność, czyjś egoizm w zestawieniu z moją serdecznie dobrą wolą realizowaną generalnie i w szczegółach? Tyle już w życiu wydałam złotych monet w nadziei na odzew miłości czy najzwyklejszą wdzięczność. Czy nie byłam zbyt szczodra, roztrwaniając wszystko, najlepsze, co miałam?

Moje dzieciństwo. Rodzice - ludzie prości, chyba nie rozumieli tej mojej "chorobliwej" tęsknoty za miłością, wyjątkowej wrażliwości, sentymentalizmu, idealizmu i czego tam jeszcze... Nie potrafili zrozumieć i odpowiedzieć na tak "wygórowane" uczuciowe potrzeby. Rozumiem to i z całego serca Ich usprawiedliwiam, ale chyba bolało. Chyba musiało boleć...

Pierwsza miłość - pierwsza uczuciowa porażka. Moja przyjaciółka od serca, z którą nie rozstawałyśmy się od brzdąca, odbija mi mojego pierwszego chłopaka i to w sposób najbardziej perfidny i zawistny. Mała pociecha, że ten chłopak zrobił jej dzieciaka, po czym chyłkiem wyemigrował do byłego RFN, bo to były jeszcze te czasy, zostawiając ją na wstyd i ańbę małomiasteczkowej społeczności jako pannę z dzieckiem, bo to były jeszcze te czasy. A ja? Wtedy mój idealizm, sentymentalizm, romantyzm i co tam jeszcze dostały obuchem przez łeb. A więc bolało. Chyba musiało boleć...

Moje lata dojrzałe napiętnowane okrutną gębą depresji, choroby, która wypaczyła moje małżeństwo w groteskowy, bezduszny kompromis. Rozumiem i usprawiedliwiam taki stan rzeczy, dziwię się nawet, że chociaż i to się z tej życiowej zawieruchy ostało. Nienawidzę jednak tego kompromisu. Żadnych kompromisów nie lubię! Nie znalazłam, czego szukałam. A więc boli. Chyba musi boleć...

Teraz nadchodzi czas na młodzieńczy egocentryzm moich coraz szybciej dorastających dzieci. Dzieci, które kocham ponad wszystko, ale zaczynam rozumieć, że one w naturalny sposób po prostu wyrastają z tej matczynej opiekuńczości, miłości. Jak z przyciasnej, uwierającej, może już niepotrzebnej rękawiczki. Nauczyłam je latać, najlepiej jak umiałam, teraz rwą się do samodzielnego lotu. Takie jest prawo życia, takie jest prawo dojrzewania człowieka - naturalne, niezbędne, zrozumiałe. A boli. Czy musi boleć?...

Mądry chiński, sięgając myślą po wszechczasy i kiwając ze zrozumieniem i rezygnacją swoją stareńką, madreńką głową nad niedoskonałością człowieczej natury, powiedziałby mi pewnie: - Tak już w życiu jest, nie inaczej. Nie trzeba się z tym szarpać, tylko przyjąć i nauczyć się z tym żyć. To wcale nie musi boleć! - A Epiktet potwierdzi: "Nie usiłuj naginać biegu wydarzeń do swoich pragnień, lecz swoje pragnienia naginaj do biegu wydarzeń - a będziesz szczęśliwy."

A mój psychiatra, choć okcydentalny, też wcale nie głupszy. Aż się prosi, by i jemu oddać sprawiedliwość. Dlaczego od razu po pierwszych naszych spotkaniach, stanowczo ocenił? - Pani najważniejszym problemem jest nauczenie się w pewnych sytuacjach odpowiadanie jednym, króciutkim słowem: nie! Zdecydowanie i ostatecznie - nie! Gdy nie gra coś z pani własnym, choćby najbardziej egoistycznym interesem, gdy ulega pani jedynie z poczucia powinności, obowiązku, lecz niekoniecznie zgodnie z pani najgłębszym przekonaniem, tam, gdzie czuje się pani manipulowana, wykorzystywana, tam, gdzie i tak nikt nie doceni pani wysiłków, obracając je jeszcze może nawet przeciw pani - wszędzie tam powinna pani umieć powiedzieć - nie! Nikt nie uwzględni pani oczekiwań i potrzeb, póki nie uzna i wyraźnie nie sformułuje ich pani sama.

Tylko czy potrafię? Niby takie niewinne, zgrabniutkie, okrąglutkie słówko: "nie", a jakie trudne, zdradliwe. Słyszę je często, słyszę je zewsząd, jednak czy się zdobędę, by sama odpowiedzieć tym samym? Czy potrafię dokonać niezbędnych i trafnych wyborów? Który to z apostołów powiedział - "Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu."? (Dzieje Apostolskie XX, 35)

Albo Antoine de Saint-Exupery, który pouczał: "Jeśli chcesz zrozumieć słowo szczęście, musisz je pojmować jako zadośćuczynienie, a nie jako cel." O, cholera, czy oni - ci najmądrzejsi - mówili do mnie i o mnie? Czy to możliwe, że omyślali się, już gdzieś tam hen, przed wiekami nurtujących mnie dzisiaj wątpliwości, problemów?

Oj, jak ktoś głupi, taki wątpiący jak ja, przydaje mu się w najbardziej krytycznej chwili taka skarbnica życiowych dewiz tych najmądrzejszych z najmądrzejszych. Ich maksymy - głębokie przemyślenia - są jak prawdziwe perły w filozoficznym chaosie poznania. Jak dobrze je wyłowić i chociaż spróbować nimi przyozdobić własne pogmatwane, prozaiczne, jakże czasami trudne życie. A może będzie lepiej? A może będzie łatwiej?...

Choćby ta dewiza, czy nie jest sformułowana jakby specjalnie dla mnie? - "Największym szczęściem jest mieć wielką pasję. Jedyną, oczywistą, niezachwianą. Człowieka rozszarpują rozbieżności jego dążeń, chaos pragnień." - Adam Bahdaj.

Albo ta: "Mało co przyczynia się do szczęścia człowieka tak jak praca, którą on lubi, ceni, która go pociąga, którą wykonuje sprawnie, i mało co tak go unieszczęśliwia jak praca, do której jest zmuszony wbrew swoim upodobaniom i uzdolnieniom." - Voltaire

A ja mam pracę, pracę, którą uwielbiam, której oddaję się bez reszty i w której znajduję najsilniejsze, najpełniejsze zadośćuczynienie. Ludzie najbardziej pokrzywdzeni przez życie, okaleczeni umysłowo, fizycznie i psychicznie - najbardziej jak można! - nie odpowiedzą na moje oddanie dla nich, na moją miłość, troskę, opiekuńczość - po co to robisz? Nie trzeba!

Odpowiedzą niewyobrażalną wręcz wdzięcznością, najpełniejszym zaufaniem, wysiłkiem, który robią tylko dla ciebie, choćby miał to być wysiłek ponad ich możliwości i siły. Zawsze mam wrażenie, że od moich pacjentów otrzymuję nieporównywalnie więcej niż sama ofiaruję. Czuję się obdarowywana. I to jak jeszcze! Ile mam więc szczęścia , mając możliwość wyżywania się, zgodnie z mą "chorobliwą" potrzebą dawania czegoś z siebie, niesienia pomocy, wprowadzania w czyn tego, co dla mnie naprawdę ważne i potrzebne. Koniec więc tych cholernych wakacyjnych smutków. Głowa do góry! Przecież, szczęśliwie, od następnych wakacji dzieli mnie jeszcze cały pracowity, choćby bardzo pracowity, rok.

:-))))

---

WAKACYJNE SMUTKI

"Cierpienie uczy mądrości, a mądrość - spokoju ducha."
- Feliks Rajczak

Jak się pracuje zawodowo, należą się wakacje. Jakie tam - należą? Zobowiązują! U mnie trzeba wykorzystać co najmniej cztery tygodnie w lecie, resztę jak się chce. O rany, z góry wiedziałam, że będą to trudne wakacje. Kończy się lipiec, idę na przedwyjazdowe duchowe podbudowanie się do mojego psychiatry. - Niech pani wykorzysta ten czas najlepiej jak można. Jest pani wyczerpana do ostatnich granic. Potrzeba pani snu, dobrego odżywiania, oderwania się od obecnych piekących problemów związanych z pracą. Spokoju, dużo spokoju, trochę relaksu na łonie natury, może choć kilka niewinnych szaleństw?... - Zrozumiałam - spokój! - tak radzi mi, najwyraźniej niespokojny o mnie spokojniutko analizujący wszystkie możliwe, niepokojące życiowe pułapki, mój psychiatra. Spokojniutko, to jest u niego w przytulnym gabinecie, Na zewnątrz huraganowa burza. A i tak muszę zabrać ze sobą, bo komu zostawię, bagaż swych prywatnych powikłań.

Żeby było "najbezpieczniej", jadę do Polski prawie incognito. Nikogo nawet nie uprzedzam, że przyjeżdżam, nie stać nie na odgrywanie szmatławej komedii, jak to niby wszystko gra i życie jest wspaniałe. Bo nie jest. Przyjeżdżam jedynie do brata, u którego jest właśnie nasza Mama. Ze względu na Nią przyjeżdżam, dla wszystkich pozostałych, jakby mnie nie było. Przyjeżdżam zresztą z konkretną "misją" do spełnienia. Jeszcze przed rokiem na taką "misję" nie byłoby mnie stać. Zaczynają owocować trudne i niekiedy jakże bolesne dotychczasowe moje psychoterapeutyczne zmagania. Bojowa się zrobiłam, bezkompromisowa, gdy trzeba - bezczelna. A to ci dopiero - owoce.

Mama skończyła osiemdziesiąt lat. Dotąd, niebywale dzielna w zmaganiach z pogarszającym się zdrowiem, ostatnio zaczyna podupadać. Ona podupada, a my - jej najbliżsi - zaczynamy zdawać sobie sprawę, że już właściwie nie nadaje się do samodzielnego życia, które Ją dotąd tak cieszyło, napawało dumą. Potrzebuje opieki. Może jeszcze nie całkowitej, dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery, ale mimo wszystko potrzeba Jej bliskości rodziny: pomocy w robieniu zakupów, przygotowywaniu posiłków, dozoru w poprawnym braniu licznych i niezbędnych lekarstw. To trudny moment, bardzo przykra świadomość. Przede wszystkim oczywiście dla Niej samej, ale także i dla nas.

Dotąd mieszkała samotnie, prowadząc samodzielne, wdowie gospodarstwo w Warszawie jedynie pod dorywczym okiem zaprzyjaźnionych, życzliwych sąsiadek. Czy ma teraz mieszkać kątem u brata w oddalonym mieście, gdzie czuje się nie u siebie i najwyraźniej dręczy Ją sama bezpodstawna myśl bycia na starość dla swych dzieci ciężarem? Szybko dochodzimy do wspólnego wniosku, że najlepszym dla Mamy rozwiązaniem, byłoby zakupienie dla Niej choćby ciupciej kawalerki w pobliżu mieszkania brata, tak by mogła czuć się u siebie, a była jednocześnie na odległość czujnego wzroku najbliższych. Od kilku lat na okres zimy przyjeżdża do mnie do Francji. Jak długo będzie mogła taką podróż kontynuować? Czy kardiolog puści Ją w tym roku?

Trzeba podjąć decyzję, szukać najlepszego rozwiązania. Mnie chodzi jedynie o Jej bezpieczeństwo - tak to przede wszystkim, ale także zdaję sobie sprawę jak ważny jest, może szczególnie w wieku starszym, psychiczny komfort niezależności. Dopóki się da, dopóki można. Pragnę więc tylko, by Mama te lata, które Jej pozostają, przeżyła jak najszczęśliwiej, najpełniej. By nie czuła się dla nikogo ciężarem. Zasłużyła na to. Swoim zaharowanym, oddanym nam - swoim dzieciom - życiem w pełni zasłużyła. Nie mamy prawa Jej tego odebrać. Chce mieszkać i dopóki jeszcze może mieszkać sama i u siebie, trzeba pomyśleć, by kupić jej gdzieś w pobliżu, choćby najskromniejsze mieszkanie, które w sposób oczywisty przejdzie na wnuczkę, córkę brata, która jest już dorosłą, studiującą osóbką i mieszka jak dotąd z rodzicami. Jej starszy brat otrzymał w prezencie mieszkanie, gdy rodzice zdecydowali się na kupno nowego lokum. Oboje z bratem dobrze wiemy, że dla Babci jest to najbardziej przekonywujący motyw. Nie chce niczego kupować dla siebie, bo nie warto, bo komu to zostawi? Jeśli kochanej wnuczce, może da się przekonać?

W sposób logiczny i nieunikniony staje, nigdy, ale to nigdy dotąd nie poruszana przeze mnie, delikatna kwestia sytuacji finansowej mojej Mamy. W ogóle pieniądze nigdy nie były moim bożkiem, a już na pewno nie byłam entuzjastką ich oszczędzania. Mój młodszy brat - Adaś, jeszcze w niedzielę łamał sobie głowę nad jakąś tam najkorzystniejszą lokatą swoich oszczędności, a w środę umarł niespodziewanie na gwałtowny zawał serca. Wszystko zostawił, niczego nie ulokował, nigdy nie miał okazji cieszyć się ciężko zapracowanymi oszczędnościami. Więc po co? Pieniędzmi trzeba się cieszyć, gdy są. To nie bożek, a raczej podobnie jak papier toaletowy - choć brzydki i brudny, a niezbędny. Ale tak tylko ja je widzę, o moich rodzicach wiedziałam, że oboje całe zapracowane życie oszczędzali na tak zwaną czarną godzinę.

Stawiam więc teraz pytanie, bezkompromisowe, jednoznaczne pytanie - gdzie są i ile konkretnie wynoszą oszczędności całego życia rodziców? Ojciec zmarł przed kilku laty, chodzi więc jedynie o Mamę. Rodzina jest w szoku. Ja, która nigdy dotąd nie wtrącałam się do niczego, nie interesowałam się pieniędzmi, funkcjonując jedynie na zasadzie "hojnej ciotki", która co najwyżej rozdaje, obdarza, obsypuje prezentami albo się zrzeka jakichkolwiek pretensji do jakichkolwiek spadków i robi to z przekonaniem, szczerze, teraz po raz pierwszy zachowuję się jak nieufny, dociekliwy buchalter. Nie do pomyślenia! Domagam się przedstawienia papierków, kwitków, jakichś czeków, tego całego gówna mającego coś wspólnego z pieniędzmi. Pieniędzy będącymi na koncie naszej Mamy. Dotąd naiwność, prostoduszność, niewiedza z wyboru, teraz wstąpił we mnie jakiś harpagon, centuś obrzydliwy. No, sama siebie nigdy bym się o coś takiego nie podejrzewała!

A to jeszcze nie koniec. Po raz pierwszy też głośno i otwarcie poruszam sprawę śmierci. Czyjejś śmierci. Dotąd nie do pomyślenia! Nigdy nie chciałam nawet pamiętać (i nie pamiętałam!), ile nasi rodzice mogą mieć lat. Aby tylko nie wiedzieć, że posuwają się w swojej starości, że zbliża się nieuchronny kres życia. Sama myśl o tym bolała jak zatruty kolec. Nie potrafiłam nawet o tym myśleć. W bezgranicznym strachu przed Ich ewentualną śmiercią, zamykałam oczy, zatrzaskiwałam uszy, pozostawałam głucha i ślepa.

A teraz pytam, nazywam rzecz po imieniu, szacuję lata które, mam najgorętszą nadzieję, nasza Mama może jeszcze przeżyć. Ponieważ chodzi o Nią i Jej, oby jak najspokojniejszą i jak najmniej uciążliwą starość, walczę o każdy uciułany grosz. Tu dowiaduję się niechcący o Jej najróżniejszych darowiznach na rzecz rodziny, o których nic nie wiedziałam, a Mama też jakby zapomniała. Faktem jest, że były jakieś tam pieniądze i ich nie ma. Nie bardzo mi się to podoba, te pieniądze teraz właśnie są Jej cholernie potrzebne. Nie ukrywam swego niezadowolenia, stawiam co do dalszych finansowych posunięć bezkompromisowe warunki, deklarując tym samym jakby ograniczone zaufanie. Jest to okropne. Jest to niebywale bolesne. Żenująco przyziemne i demaskująco małostkowe jak na kogoś, kto się czuł dotąd obojętnym dla pieniędzy, a jeszcze w dodatku bezinteresownym altruistą. Myślę o sobie, oczywiście. - co za paradoks!

Jest to okropne, niebywale bolesne, wiem jednak, że jest to jednocześnie niezbędne. Nadeszła pora, bym zatroszczyła się o interes mojej Matki. Rodzina w szoku, łącznie z mym małżonkiem, który przyjechał z Warszawy do brata na dwa dni przed naszym wyjazdem do Francji. Atmosfera napięta do ostatnich granic. Z nieludzkim wprost wysiłkiem staram się utrzymać napięte nerwy na wodzy. Nie chcę, wiem, że nie mam prawa się załamać. Mam pozostać twarda, konsekwentna do końca. Tylko ja wiem, ile mnie to kosztuje. Nie jem niemal nic, niezliczoną ilość wypalanych papierosów popijam litrami rdzo-żerczej coca coli. Żyję jak w transie. Na szczęście dobiega końca pierwszy etap moich wakacji.

Po powrocie do Francji, pierwsze co, lecę do mojego psychiatry. - No i jak?... - pyta niespokojnie. - Dupa blada - też niespokojnie odpowiadam. - Panie kochany, niech pan mnie zamknie w jakimś wariatkowie! Pojutrze mam wyjechać z mężem i z córką na śródziemnomorskie wczasy. To mnie dopiero wykończy! Niech pan sam zobaczy, na jakie wczasy ja się nadaję?! Odkąd do pana przychodzę, nie było jeszcze ze mną tak źle. Przy maksymalnej dawce antydepreserów?! Niech pan se w buty wsadzi te specjały! To jakbym wyglądała bez nich?! - Jeszcze gorzej, znacznie gorzej - zapewnia mnie lekarz. - No tak, tylko tego chociażby o trochę większego "jeszcze gorzej", ja bym po prostu nie wytrzymała. - Zgadza się - psychiatra twierdząco kiwa głową.

Namawia mnie do wyjazdu - mimo wszystko. Zawsze też mogę wcześniej wrócić. Jeśli zdecyduję się teraz na odizolowanie w szpitalu, będzie to z mojej strony zaakceptowanie porażki na całej linii. To jakbym dała zamknąć się w ciasnej, dusznej beczce, która staczać się będzie swoim bezwładem coraz szybciej i głębiej do omszałej, zapomnianej przez wszystkich studni. Aż do zatonięcia?... Zdam się na innych, stracę nad beczką jakikolwiek wpływ...

- To ostateczność. Dopóki jeszcze mogę, mam się przeciwstawiać, walczyć - muszę! Każdy nowy bodziec może mi pomóc w oporze przed całkowitym zatraceniem się w rozpaczy. Nie powinnam też teraz zostać sama. Rodzina jest mi potrzebna. A normalne, że czuję się obecnie tak fatalnie. Odważyłam się przecież na bardzo bolesną, ale być może niezbędną dla mnie tę rodzinną konfrontację. Najważniejsze, że mam to już za sobą. Zamknąć ten rozdział! Zapomnieć! Tourner la page.

Wyjechałam. Piękny, śródziemnomorski pejzaż, elegancki ośrodek, wygodny bungalow, huczące morze przypominające o nieprzemijającej potędze nieodgadnionej Natury, o kruchości i małości doczesnych problemów małego, zagubionego człowieczka. Siła, boskość, przemijanie - wszystko to chłonę całą obolałą duszą. Długie samotne spacery po plaży. Jakbym w tej samotności nie była już sama - drobna cząstka wszechobecnej, wszechwładnej Natury. Natury, która w swej wspaniałomyślności, jakby chciała natchnąć mnie życiem. Nabrać w płuca świeżego powietrza, zachłysnąć się nim, odprężyć...

I zaczęłam jeść. Pierwszy raz od wielu miesięcy odzyskałam apetyt, co zresztą przy wspaniałej, przepysznej, urozmaiconej restauracyjnej kuchni nie było takie trudne. Przeogromny wybór potraw, ich niesamowita smakowitość i serwowanie sobie do woli, tak zwany bufet a la volonte. Tylko Francuzi potrafią tak zadbać o swoje wybredne, rozpieszczone brzuszyska. Chociaż francuskie damulki - pełna kontrola, umiar i przewidująca dbałość o nieskazitelną linię. Na przystawkę trzy mizerne rzodkiewki z łodyżką surowego selera oszczędniutko pokropione bezkalorycznym sosem. Danie zasadnicze - dwa plasterki cieniutkiej wołowej polędwicy, sterta gotowanych jarzyn, a na deser brzoskwinka lub kawałek arbuza. Nie to, co ja. Ja szalałam! Krewetki, homary, langusty, nawet pieczeń z rekina, arbuzy, melony, meduzy... wszystko i dużo. A gdy już przynosiłam do stołu przeładowany talerz z deserem, panowie gwizdali w zachwycie, za to ich towarzyszki niemal zabijały mnie wzrokiem. Śmiałam im się w nos.

I czytałam, czytałam. Z pełnej walizy zakupionych w Polsce książek już w pierwszym tygodniu pochłonęłam połowę. Jak za młodzieńczych czasów, gdy zdarzało mi się zaliczyć co najmniej dwie książki dziennie, tak i teraz zatraciłam się w lekturze. A czytałam od deski do deski i z pełnym zrozumieniem, z refleksją, gdzie można było albo trzeba. Specjalnie to podkreślam, bo taka uważna lektura wróciła do mnie podobnie jak apetyt. W Polsce nie byłam w stanie przeczytać ze zrozumieniem nawet jednej strony. Ślęczałam nad krzyżówkami, w których dotąd czułam się dość mocna, kreśląc w bezmyślnym mózgowym chaosie esy-floresy na obrzeżach. Żadnego hasła, nic.

Już nie na żarty się bałam, że i rozum z tego wszystkiego mi szwankuje. - Panie - pytam psychiatrę - mam jakieś dziury w pamięci, może to Alzheimer albo inna cholera?! Gadam coś na przykład, a już za chwilę mogłabym przysiąc, że niczego takiego w życiu nie powiedziałam. Gonitwa myśli, natłok emocji, a może faktycznie ten cholerny Alzheimer?! - Psychiatra, który lubi spokojnych pacjentów, uspokaja mnie, że to przejściowe zaburzenia koncentracji uwagi, typowy objaw tej zdradliwej depresji. Dziwne trochę, bo nigdy dotąd czegoś takiego nie miałam. Widać i depresja lubi przystroić się w nowe piórka - menda jedna! No, ale szczęśliwie, że przejściowe. Mnie w każdym razie, na razie jakoś przeszło, a co będzie dalej, zobaczymy.

Summa summarum, rekuperowałam swą nadwątloną, o ile nie zdruzgotaną, psyche z dnia na dzień. Moja rodzina jak dotąd była mało szkudna, każdy z nas wypoczywał na swój własny sposób. Spałam, jadłam, czytałam, coraz śmielej zaczęłam się obserwować, by skonstatować, że pozostawiona sobie samej i mojej rekonwalescencji, czuję się najzupełniej normalnie. Jak przedtem. Zanim nie wdepnęłam nieopatrznie kolejny raz w to całe psychiczne gówno, by z obrzydzeniem i obawą użerać się z nim od nowa. A tu gówno nagle zniknęło, jakby spłukane strumieniem czystej i wartkiej wody. Co za ulga! Znów poczułam się wolna, umiarkowanie optymistyczna nawet.

Filozofowałam sobie jakoś tak. Te orientalne mędrce są wcale niegłupie. Może mądrzejsze od tych wyuczonych na mądralińskich podręcznikach mądralińskich filozofów, lekarzy z naszego popieprzonego, na wskroś konsumpcyjnego, histerycznego i chyba trochę też hipochondrycznego okcydentalnego świata. W tym naszym świecie, pewnie też wcale niegłupi lekarze, czują się jakby zobowiązani naciskiem zniecierpliwionych jakimkolwiek cierpieniem pacjentów, by usuwać symptomy, konsekwencje, skutki - wszystko, co na wierzchu.

Mniej lub bardziej skutecznie pomagają pacjentowi zwalczać stresy, frustracje, niwelują cierpienie. Pacjent płaci, pacjent wymaga. W dzisiejszym świecie każdy rości sobie prawo do bezzwłocznego usunięcia czegokolwiek, co mu dolega. Dziś każdy z byle gówienkiem leci zaraz na kozetkę do psychoanalityka lub farmaceuty - coś mnie uwiera, przeszkadza, róbcie coś, dajcie coś! Mam prawo do życia bez żadnego, ale to żadnego uwierania - podatki płacę!

Więc lekarze, może i bez większego przekonania, wszelkie "uwierania" niwelują. Po jakimś czasie przychodzi niedogodność nowa i zabawa zaczyna się od początku. Nie wiem, jak w innych krajach, ale przynajmniej w Europie, Francja bezsprzecznie stoi w czołówce pożerania najróżniejszych środków nasennych i psychotropów. A wcale nie zna jeszcze, bo nie chce poznać, tak popularnego w Ameryce prozaca. Wszystko, co amerykańskie - gorsze, każdy głupi o tym tutaj wie.

A stareńki chiński powie z całą odwieczną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie mądrością, którą po namyśle nazwałabym właściwie mądrą rezygnacją - Życie już tak jest pomyślane, że wiele w nim bólu, chorób i trosk, przeciwieństw losu... Na nic się nie zda ich niwelowanie, uciekanie od nich w danym doraźnym momencie. Tak czy inaczej, po jednych przyjdą następne, odradzające się jak pleśniawki z urodzajnej grzybni. Tylko odporność człowieka będzie na nie coraz mniejsza, pozostanie pasywny, coraz słabszy, poddając się z marszu. Symptomów nie należy negować, wypierać, zwalczać. Trzeba je zaakceptować. Jako zło nieuchronne i koniecznie, jako filozofię śmierci i życia. Trzeba nauczyć się z nimi żyć...

Pomyślałam sobie - będę mądra jak ta chińska. Dosyć walczenia z nieuchronnymi konsekwencjami. Trzeba sięgnąć głębiej do przyczyn, do filozoficznego absolutu jakże krótkiej, jakże szybko przemijającej egzystencji pojedynczego człowieczka na tej często niewdzięcznej ziemi. Mój najgłębszy, najostrzejszy psychiczny zakalec - śmierć. Szczególnie śmierć osób mi najbliższych. Po dziś dzień reagowałam na nią nieodmiennie bezsilną, lecz jakże gwałtowną rewoltą. Może przyszedł czas, że powinnam ją zaakceptować, bo i tak nie jestem w stanie czegokolwiek zmienić w tej nieuchronnej kolei rzeczy? Kiedy ostatnio zadzwoniła moja przyjaciółka z Warszawy, by mnie powiadomić o nagłym zgonie naszego wspólnego przyjaciela, naszego rówieśnika - niespodziewany wylew do mózgu, jeden, potem drugi i już po chłopie - zakończyłyśmy filozoficznie, z obawą, ale i z niejaką pewnością - śmierć zaczyna brać już ludzi również z naszej półki.

Niewykluczone, że moja Mama odejdzie przede mną. Jedyne, co mogę zrobić, to zadbać, by resztę życia spędziła jak najlepiej, jak najgodniej, w poczuciu, że jest nam - dzieciom, wnuczkom, prawnuczce - bardzo potrzebna i bardzo przez nas kochana. To tak jak w tym wierszu:

"Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą zostaną po nich buty i telefon głuchy..." - ks. Jan Twardowski, "Spieszmy się"

Albo ta praca. Rozpieprzy się ten mój ośrodek z hukiem czy przetrwa groźną zawieruchę? Cóż mi da zamartwianie się na zapas? Jeśli faktycznie stracę tę pracę, niby z jakiej racji miałabym odebrać ten fakt jako prywatne niepowodzenie czy klęskę osobistą? Osobistą klęską byłoby to dla Bogu ducha winnych pensjonariuszy. A dla mnie? - no cóż, jeszcze jeden, kolejny problem, któremu trzeba stawić czoła. Może niezbyt skromnie, aczkolwiek chyba zasadnie, mogę się uznać za dobrą profesjonalistkę. Jeśli mnie zwolnią, to ze szkodą dla sprawy i naszych podopiecznych. Sprawdziłam się tu, sprawdzę się i gdzie indziej. Taka ewentualna zmiana w moim życiu wcale nie musi być końcem mojej zawodowej kariery. Czuję się gotowa w razie czego przyjąć ją jako wyzwanie. I proszę, jaka to nagle zrobiłam się bojowa - o!

Kurczę blade, to chyba ja naprawdę wyzdrowiałam?! Myślę już zupełnie do rzeczy. Ogromna ulga, prawie euforia. Dzwonię na prawo i lewo, by powiadomić o tak nagłym polepszeniu. Przede wszystkim rodzinę którą, co tu dużo mówić, zostawiłam przerażoną moim stanem, a także zgodnie z obietnicą kontaktuję się z moim psychiatrą. Uspokajam go, że wszystko jest OK. Że wreszcie zadziałały te jego nieskuteczne dotąd prochy albo i też to całe jego gadanie - wyjaśnienia, sugestie, którymi delikatnie, ale z przekonaniem nabijał mój skołatany, ogłupiały łeb. Lekarz się cieszy, wszyscy się cieszą, tylko mój małżonek coś jakby sceptyczny. Niech go diabli, ma prawo nie wierzyć w moje "cudowne uzdrowienie". Najważniejsze, że ja czuję się bez porównania lepiej. Nie zwracam na niego uwagi.

Ale żyjemy wciąż pod jednym dachem. To taki, byle jaki, już wieloletni kompromis naszego niezbyt udanego związku. Teraz wychodzi do pobliskiego sklepu, pyta o potrzebne artykuły, proponuję więc małą listę. Z sześciu pozycji, w której dwie były przeznaczone głównie dla niego - piwo i pomidory - przynosi tylko jedno i drugie plus mięsną puszkę dla naszej suki, akurat taką, jaką jeszcze mam, a suka - francuski piesek - tej już akurat żreć nie chce, bo jej się znudziło i tyle. Nie ma mojej coca coli ani czegoś tam, o co prosiła Dorotka. Zapomniał!

Zapomniał?! Nie, nie zapomniał! Odbieram takie - świadome, a może i nawet podświadome, co niczego nie zmienia - posunięcie jako celową i celną prowokację. Tylko po co, w jakim celu, do jasnej cholery?! Wiem, że ta wątpliwość nie da mi spokoju, że będę drążyć, dociekać aż znajdę zasadną odpowiedź. Jak ktoś usiłuje mnie sprowokować, nigdy nie potrzeba wiele, by mu się to udało. Szczególnie więc teraz. Mój dobry nastrój pęka z hukiem jak złudny, kolorowy balonik. Całą "metamorfozę" szlag trafia w jednej chwili. Na prowokację odpowiadam gwałtowną małżeńską burdą. Przestajemy ze sobą rozmawiać, w ślepym zacietrzewieniu postanawiam, że nawet na wieczorne posiłki będziemy chodzić oddzielnie.

Tu Dorotka zadziwia mnie i prawdę mówiąc, wzrusza. Proponuje w takim razie jeść kolacje ze mną zamiast, jak dotychczas, z całą rozbawioną bandą swoich rówieśników. Tu mnie aż zatkało. Może i liczyła, że przenigdy nie przyjmę takiego "poświęcenia się" z jej strony, w każdym razie wyraziła ewentualną gotowość. Ojcu tego nie zaproponowała, jakby w tym konflikcie trzymała moją stronę. Zaczynał się drugi tydzień moich śródziemnomorskich wakacji, wróciłam do punktu wyjścia, znów się poczułam fatalnie. Jak po uderzeniu nagłego pioruna powrócił w jeszcze większym nasileniu i destrukcji cały niedawny koszmar. Tu chyba opowiem anegdotyczna opowiastkę o moim, albo już nawet nie wiem - czy faktycznie moim własnym zębie? To taka psychosomatyczna anegdotka.

Jak już mówiłam - gonitwa myśli, natłok najbardziej przykrych emocji. Żyję jak w transie. Jeszcze w Polsce przy porannej toalecie odkrywam dziurę w jednym z leczonych przed samym wyjazdem zębów. Dziura jest pokaźna, ale po wewnętrznej stronie, może dentystka zostawiła ją specjalnie, by zgryz się lepiej wietrzył, bo ja wiem? Co mnie zresztą, w sytuacji w jakiej się obecnie znajduję, obchodzi jakiś ząb?

Czuję się do kitu. Coś jakby ćmił mnie ząb. Wszystko mnie boli! Dusza mnie boli. Dławiąca gula w przełyku narasta. Jaki więc ząb? To nie mój ząb. Pewnie kogoś, kto przechodzi obok, a kogo właśnie ząb nasuwa, a ja tylko w stanie, w jakim jestem mam pewnie jakieś szczególne zdolności wczuwania się w sytuacje innych i przezywania stanów fizycznych bądź wewnętrznych odpowiadających ich położeniu. Jak to się mądrze nazywa w psychologii? Intropatia! - jak nic. Przechodzę spiesznie obok "cierpiącego", ząb ćmi nadal. Widać nie odeszłam wystarczająco daleko.

Jedna noc nie przespana, druga noc nie przespana, no nic, myślę sobie - nerwy, normalka. Ale trzeciego dnia, gdy snuję się już jak własny cień i myślę odespać białe noce chociaż krotką popołudniową drzemką, właśnie w momencie, gdy zasypiam, budzę się ze świdrującym aż do mózgu bólem. O, kurczę blade, teraz już nie mam wątpliwości - to faktycznie mój własny ząb?!

Zanim udaje mi się zdobyć rendez-vous u miejscowego stomatologa, jest godzina dziewiętnasta. Będę ostatnią klientką, przyjętą zresztą po godzinach pracy miłej pani doktor i tylko ze względu na pilność interwencji w przypadku silnego bólu. No, ale ten silny ból znów jakoś jakby przeszedł. Jestem już całkiem głupia - może to wcale nie mój ząb? Nawet ćmić przestał, pewnie to znów jakiś popieprzony psychosomatyzm. I jak ja teraz będę wyglądać wobec miłej pani stomatolog, gotowej w swym wyrozumieniu przyjąć mnie po godzinach pracy? Na wszelki wypadek szoruję dziurę w zębie prawie na wylot - a nuż zaboli. A tu nic, nawet ćmienia. Oj, będzie hipochondryczna wpadka, nie bardzo już jednak mogę się wycofać.

Miła pani doktor po wysłuchaniu mojego pokrętnego - boli, nie boli? - po zaglądnięciu do mojego zęba jest wstrząśnięta. - Pani kochana, od jak dawna pani to wytrzymuje?! Dziura w zębie jak stodoła, nerw jak koń wyłażący na pół metra na wierzch, z czymś takim nie można żyć normalnie. Może pani przeżyła jakiś silnyemocjonalny wstrząs - indaguje mnie wyraźnie zaintrygowana. - Może jest pani w jakimś szoku? To niemożliwe, mówię pani, a wiem, co mówię - to niemożliwe, aby pani to dotąd wytrzymywała. W każdym razie, nie przetrzymałaby pani tej nocy - zapalenie okostnej murowane - szukanie na gwałt ostrego dyżuru w szpitalu. Szczerze mówiąc, jeszcze czegoś takiego nie widziałam...

Przystępuje do interwencji. Szykując się do ekstrakcji nerwu, musi dać mi znieczulenie miejscowe, w związku z czym ja też muszę uprzedzić, jakie lekarstwa aktualnie zażywam, by to, co mi wstrzyknie z nimi nie kolidowało, bo może. Już po pierwszych dwóch medykamentach, jakie wymieniam, dentystka bystrze diagnozuje moją chorobową przypadłość i coś jakby ponownie jest wstrząśnięta.

- Depresja? Tylko depresja?! Myślałam, że może jakaś psychoza. O tak, psychoza to zupełnie co innego. Widziała pani tych oszalałych szaleńców co to rękę włożą w ogień, a najmniejszego bólu nie czują albo taki roztrzaska szybę własną głową, nie zdając sobie nawet sprawy z głębokich ran i zadrapań? - Przytakuję, zgodnie z prawdą, że widziałam. - A tu depresja? - dentystka najwyraźniej nie dowierza.

- Pewna jest pani co do diagnozy, co do wiarygodności psychiatry? Tak tylko pytam, bo to niesamowite, a jak pani wie i lekarze bywają omylni. Tak czy inaczej, powiem pani szczerze, chociaż przyjęłam dzisiaj dziesiątki pacjentów, a pani jest, że tak powiem, poza konkursem, to właśnie dzięki pani czuję, że byłam dziś komuś naprawdę potrzebna, że przyniosłam pacjentowi autentyczna ulgę.

O, tu ja mam. Od razu rozpoznaję w jej słowach tak dobrze mnie samej znany symptom. Też najwyraźniejszuka zadośćuczynienia w tym, co robi. O swoim szukaniu powiem dalej. A teraz z całym zrozumieniem wyrażam jej moją niewypowiedzianą wdzięczność. Nie jestem jednak, prawdę powiedziawszy, tak zupełnie szczera. Przez grzeczność należy się podziękować, to oczywiste. Ale co za ulga, za co ta wdzięczność? Czy mnie w ogóle bolał jakiś ząb?...

Tymczasem mój wakacyjny koszmar trwa. Gdzie mogę, schodzę z drogi rozradowanym, wesołkowatym i tylko drażniącym mnie jeszcze bardziej, wczasowiczom. Łba mało mi nie rozsadzi od kotłowaniny myśli, od pełnej skrytych pułapek analizy własnego stanu i faktów, pytań bez odpowiedzi, żeby powiedzieć w skrócie - bolesnych dociekań samobiczującej introspekcji.

Do diabła, dlaczego tak jest?! Dlaczego z byle powodu każdy, kto chce czy nie chce, świadomie czy nieświadomie może mnie tak łatwo zranić i to od razu do żywego? Dlaczego wobec ataków ludzi obcych, często rzeczywiście brutalnych i ohydnych (na przykład na Internecie), wystawiam pospiesznie i często skutecznie ochronną tarczę, a dlaczego pozostaję bezsilna i jakby zupełnie bezbronna, gdy razy padają ze strony osób mi najbliższych? Jeszcze zawsze jakoś tam ich zachowanie usprawiedliwiam, uzasadniam, tłumaczę, ciągnąc argumenty za uszy, co nie zmienia faktu, że są to razy najbardziej celne, dające z punktu głębokie rany, takie trudne do zabliźnienia. Kto to mądrze powiedział - "Najbardziej boli samotność w otoczeniu rodziny."? Może nikt tego nie powiedział, tylko ja sama w głębokim obecnym rozgoryczeniu wymyśliłam kolejny banalik na swój własny użytek?

Bo faktycznie, niekiedy chodzi o banaliki, o błahostki niby bez znaczenia, takie zwykle prozaiczne, codzienne duperele. Jak te zakupy. Jak tyle innych rzeczy. Przedwczoraj Ojciec pojechał na wycieczkę, miał wrócić późnym wieczorem.Proszę Dorotkę - przesuń o kwadrans kolację z kolegami, zmienimy się w pilnowaniu Boulie, która nie może zostać sama. Pójdę zjeść pierwsza i się pospieszę, by zmienić cię jak najprędzej. - Na to moja córka z bezwzględną stanowczością - W żaden sposób! Oni tam na mnie czekają, oni na mnie liczą. - "Oni" to paczka wczasowych przyjaciół. Mnie - matki wśród tych "onych" nie ma. Ja jestem mniej ważna, mniej się liczę z tym moim głupawym kwadransem. Błahostka.

Troszkę więcej zapewne się liczę w innych sytuacjach, by na przykład zaspokajać podstawowe potrzeby, jak również dość częste młodo-dziewczęce kaprysy - tu kosmetyk, tam nowy ciuszek, prezent dla najukochańszej z przyjaciółek... - wszystko bez większych oporów ze strony wyrozumiałej (!) matki wrzucane do przeładowanego wózka. Tak wtedy się liczę - jest śliczny uśmiech, słowa podziękowania ze strony "wdzięcznej córki" - to ja wyciągam przy kasie moją płatniczą kartę. Błahostka.

A moje na wpół nie przespane noce w oczekiwaniu aż córka po przedłużającym się zabawowym wieczorze wróci wreszcie cała i zdrowa do domu? Miasteczko wczasowe żyje nocą, daje przyzwolenie, wyrozumiała jestem. A mój niepokój, moja troska o nią, to przecież tylko mój problem, zresztą zupełnie gratis, bo naturalnie nikt mnie o to nie prosi, nie musi więc się poczuwać do jakiejkolwiek wdzięczności. Logiczne.

To przychodzi samo z siebie. Tata kładzie się najspokojniej spać po trzech piwkach i dwóch głębszych ziewnięciach, ja - matka - "chorobliwie przewrażliwiona" czuwam w niespokojnym oczekiwaniu aż dziecko wróci. Oj, ty matczyna naiwności! Dawać, wciąż dawać, płacić, pielęgnować, być w ciągłym pogotowiu na każde zawołanie i w każdej potrzebie... Co w zamian? - koledzy czekają! Staram się rozumieć, usprawiedliwiać - co tam, młodzieńczy egocentryzm. Więc przymykam oczy, z własnymi potrzebami usuwam się coraz bardziej w cień. Chociaż boli, niekiedy piekielnie boli.

Mój pierworodny, najukochańszy synek. Oj, też ostatnio dosyć mnie zawiódł, rozczarował. Zawsze taki uważający, aż za bardzo uczuciowy, wrażliwy, właśnie teraz, gdy potrzebowałam tak bardzo czyjegoś oparcia, zrozumienia, nagle jakby wydoroślał - na szczęście! - ale i się zmienił. Stwardział, zhardział, zezłośliwiał. Czyżby dorastając, upodobniał się do swego ojca? A może znów tylko najnormalniejszy młodzieńczy egocentryzm. Staram się wyrozumieć i usprawiedliwić. Chociaż boli, niekiedy piekielnie boli.

Wszystko rozumiem. Podjął się pracy na całe wakacje, wstaje bardzo wcześnie rano, jest przemęczony, nie dosypia. A jeszcze na dokładkę, jadąc do Polski autokarem, nie mając więc wyboru, obarczyliśmy go opieką nad domową zwierzyną. Z Punki - przeuroczą świnką indyjską - nie ma dużego zachodu. Aby jej wrzucić zieleniny i żarcia do klatki, trochę podrapać za uszami i to przemiłe zwierzątko zaraz jest w siódmym niebie.

Gorzej z Boulie, naszą ukochaną suką. Ta, rozpieszczona do ostatnich granic, przyzwyczajona, że zabieramy ją wszędzie ze sobą, a jeszcze z silnym instynktem owczarka pirenejskiego (chociaż pomieszana z pudlem) naganiającego do upadłego wszystkie owieczki do stada, nieszczęśliwa i niespokojna, gdy któregokolwiek członka rodziny nie ma w domu, teraz została praktycznie sama, bo Michał pracując, jest przecież cały dzień poza domem.

Którejś soboty, mój odpowiedzialny w sposób mało odpowiedzialny za biedną, zdaną tylko na niego psinę, Michałek wrócił z restauracji o trzeciej nad ranem. W domu burdel, nieprawdopodobny bałagan: poprzewracane doniczki, rozwleczona na wszystkie strony zawartość kubła ze śmieciami, moja książka ostawiona na nocnej szafce pożarta na strzępy... Taki był bunt przerażonej, zrozpaczonej Boulie. Najwyraźniej popadła w panikę. Późna noc, a ona wciąż sama. Jak zwykle wyczekująca niespokojnie w oknie, a tu już nic nawet nie jeździ. Na pewno o niej zapomnieli, w ogóle ją porzucili... Poczuła się we własnym domu jak w ciemnej, zamkniętej, nagle przez wszystkich wyludnionej klatce. Wcale się nie dziwię, że tak zareagowała. Na jej miejscu zrobiłabym to samo.

Mój synek telefonuje do mnie do Polski z samego rana, w głosie wymowna pretensja, ton oskarżycielski. - Mam kłopoty z suką, po co ja tak rozpieściłaś, narobiła głupot, sąsiedzi się skarżą, że płacze i skomli przez cały dzień, sam nie wiem, co robić...

Ja też nie bardzo wiem, poza może jednym, że mój milusiński synek przybrał nagle ważniacki i czepliwy ton Starego. O kurczę, jakbym słyszała jego ojca. Najwyraźniej dorosłość, poczucie odpowiedzialności zmieniają nie do poznania nasze dzieci. Chiński, by potwierdził z mądrym wyrozumieniem, mną trochę tąpnęło. Nawet nie starałam się być szczególnie miła, za to się odgryzłam ostrą oceną tak pojętego poczucia odpowiedzialności. Mógł zabrać Boulie ze sobą do restauracji, we Francji nie ma z tym problemu. Dzwoni do mnie, gdy jestem 1700 kilometrów od domu. Co mogę zrobić - wracać? Obiecałam, że się zastanowię.

To zastanawianie się zajęło mi bez mała całą noc. Co tu dużo mówić, strasznie się przejęłam. W nosie mam sąsiadów, sami zostawiają często własnego psiaka na balkonie, choćby i lało, też przykro mi słuchać. Niech tylko podskoczą, a zapowiem im bez ogródek, że przy najbliższej okazji składam na nich skargę do Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, a z nimi we Francji nie ma żartów, każdy o tym wie. Olewam sąsiadów. Boulie było mi niezmiernie szkoda. Wiedziałam, że ogromnie cierpi w sposób niezawiniony i niemożliwy dla niej do zniesienia. Szukałam sposobu, jakby przede wszystkim jej pomóc.

I znalazłam. Francja to na szczęście taki uroczy kraj, kompletnie zwariowany na punkcie wszelakiego sortu i rodzaju zwierząt. W tym uroczym kraju nawet psy, kociaki i koguty mają pełne prawo do chwilowych przyłamań, z pełnym respektem uznaje się także psie czy kocie depresje. Muszą więc być, do cholery, jakieś środki, by im ulżyć, w tak wyjątkowej sytuacji jakoś uspokoić. Miałam gotowy plan działania - Michał powinien jak najpilniej skonsultować się z weterynarzem, by ten konkretnie poradził jak przeciwdziałać tym przykrym symptomom tęskniącej suki.

Byłam już przy drugiej kawie, gdy o piątej rano wstawał do pracy mój brat. Tylko czekałam, by go czynnie zaangażować we wprowadzenie mojego planu w czyn. Postanowiliśmy wykorzystać użyteczność najnowocześniejszej techniki, takiej jak Internet i komórkowe telefony. Najważniejsze, by dziecko wiedziało do kogo się udać, co zrobić.

Jeszcze przed dziesiątą dzwoni Michałek i z taaaką buzią na mnie. - Co ja wyprawiam, histeryzuje jak zwykle?! Od samego rana nic tylko Boulie na tapecie. Wujek obudził go, dzwoniąc jeszcze przed siódmą, gdy spokojnie dosypiał w pociągu jeszcze daleko przed Paryżem. Potem alarmujące e-mail na adres domowy i do pracy... - Pewnie tak było - wujek solidna firma, przejął się rolą i zrobił, co w jego mocy, by wskazówki matki dotarły do bratanka.

- Egzaltujesz się, podniecasz - karci mnie dalej moje dziecko. - Niepotrzebnie, jak zwykle. Jakie środki uspokajające dla psa?! To tobie potrzebne coś na uspokojenie, a nie Boulie. - O rany, jak bym słyszała mojego szanownego małżonka! - To on wziął za Boulie odpowiedzialność - tu mój synek przybrał ton zdecydowany i stanowczy - i on zadecyduje, co robić. Na razie wezwał niegrzeczną sukę na poważną, męską rozmowę. Wszystko jej wytłumaczył, a ona wszystko zrozumiała, obiecała nawet, że więcej żadnych głupot robić nie będzie.

Potem mocno zdenerwowany synek, pewnie takim jawnym brakiem zaufania co do jego odpowiedzialności z mojej strony, wygarnął mi resztę pretensji, a głównie mu chodziło, że niby robiłam przed wyjazdem zakupy, a tu się okazuje, że... że w domu nie ma zielonej fasolki do jedzenia. - O rany, kombinowałam w panice - jakiej znowu fasolki?!

Faktycznie przed wyjazdem zrobiłam solidne zakupy, które by wystarczyły na wyżywienie pułku wygłodniałego wojska. Lodówka wypełniona po brzegi, zamrażalnik pękający w plastikowych szufladach, plik banknotów wciśnięty w tajemnicy rzed ojcem, by zapracowane dziecko mogło zaprosić kolegów po ciężkiej pracy i trudzie dopatrywania domowej zwierzyny, by iało trochę dodatkowego grosza, by się odprężyć, zabawić. A o tej jakiejś cholernej zielonej fasolce zapomniałam?!

Nie, to nie ja zapomniałam. To mój syn zdaje się zapominać, zachowując się - wypisz, wymaluj - jak jego własny ojciec.Najbliższewzorce najmocniejsze.Młodzieńczy egocentryzm. Niby rozumiem, ale boli. Kolejna coca cola i kolejna tabletka. Co do tego Michałek ma absolutną rację, potrzebne mi są uspokajające środki. Powiedziałabym nawet, coraz bardziej potrzebne.

Dalej były telefony polubowne. Gadki przepraszające, gadki uspokajające. Chyba jednak mój synek zrozumiał, że zapędził się trochę za daleko. W sumie zrobił dokładnie tak, jak sugerowałam, więc po co ten agresywny ton i sprzeciw? Zaprowadził psinę do weterynarza, który z całkowitym zrozumieniem sytuacji wyciągnął kartonik proszków, precyzując dozę. Medykament kosztował zaledwie dychę, gdy Michał wyciągnął stówę, bo drobniejszych nie miał, zwierzaczkowy lekarz tylko machnął ręką - nie trzeba. I tak to skończył się dla mojej suki "depresyjny epizod", i to jeszcze za darmo. Za to ja zapłaciłam dość słono. Ta cała "psia depresja" wpasowała się jak znalazł w mój własny depresyjny łańcuch. Łańcuch, który z każdym dniem ciążył mi coraz bardziej. A była to dopiero połowa moich wakacji.

Przez krótkie dwa dni, na które przed następnym wyjazdem powróciłam do domu, niestety nie było okazji do spokojnego (spokojnego - w zamiarze, a diabli wiedzą, jakiego w przebiegu) omówienia z synem sprawy odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji, bezsensownego telefonowania do mnie, gdy chciało się poradzić sobie z problemem po dorosłemu i samodzielnie, a także przedyskutowania wyraźnie manifestującego się przejawu ślepego, automatycznego naśladowania czyichś wzorów zachowań, chociażby miałby to być jego własny ojciec. Co innego moje układy z moim mężem, a co innego układy nasze, układy - matka i syn.

To będzie trudna rozmowa, ale niezbędna. Do diabła, dlaczego właśnie mnie przytrafia się tak często ten wciąż nieodmienny układ - jak coś niezbędne, to zaraz musi być jednocześnie takie trudne? Wolałabym mieć już tę rozmowę za sobą, a tak czeka mnie ona wraz z upragnionym końcem tych cholernych wakacji. Nie chciałam jednak przeprowadzić jej, ot tak, na łapu-capu, w biegu i z przerwami - a to jeden kolega, a to drugi, pralka pełna, lodówka znów pusta... Żebym chociaż nie zapomniała o tej cholernej zielonej fasolce! Następny zastrzyk gotówki, już nie po cichu, a za wywalczoną zgodą ojca na taką małą premię dla zapracowanego synka. Jak mogłabym cieszyć się drogimi, niemal luksusowymi wczasami, gdybym pomyślała, że mojemu dziecku czegoś brak?

Zresztą w międzyczasie doszedł nowy element do rozmowy. Mogłabym go chyba zatytułować: przysługa za przysługę? Chodziło o nagranie dla mnie jakiegoś telewizyjnego programu. Jak mówię - gówniana błahostka, a jednak. Byliśmy w codziennym telefonicznym kontakcie, jeszcze po południu przypomniałam o wieczornej emisji. Zresztą mój bystry synek, gdyby chciał, mógłby zaprogramować nagranie z wyprzedzeniem, bo można, czego ja - prosta kobieta - nie potrafię. Ogólnie nie widział problemu, OK. Następnego dnia dzwoni - przykro mi. - Że nie nagrał, bo był zapracowany, bo się spieszył, bo ktoś tam przyszedł, bo wyjeżdżał, bo zapomniał... OK.

Życie młodego jest pełne naglących, pilnych i samych ważnych spraw. Co wobec tego jakiś tam matczyny program? Niby rozumiem - młodzieńczy egocentryzm, a boli. Bo niby dlaczego, do cholery, ja jestem zawsze i dla wszystkich na każdą prośbę, na każde zawołanie?! Trzeba synkowi załatwić coś w banku czy nadać przesyłkę na poczcie, oczywiście, że pójdę i załatwię, chociaż się spieszę do popołudniowej pracy. Sam tego przecież nie zrobi, jeśli go nie ma, bo jest w Anglii. To takie naturalne, zrozumiałe - oczywiste! - muszę to zrobić ja. Co z tego, że kosztem własnego czasu, często zszarpanych nerwów z niepożądanego pośpiechu, kosztem własnych potrzeb i interesów? To mój czas, moje nerwy, moja chęć pomocy. Prawie zawsze i prawie wszędzie. Komukolwiek, a już na pewno osobom mi najbliższym.

Podobnie z pracą w domu. Dopóki nie pracowałam zawodowo, było oczywiste, że wszystkie tak zwane obowiązki domowe pozostają na mojej głowie. Inaczej czułabym się pasożytem. Obowiązkiem dzieciaków jest chodzenie do szkoły, ich tata zarabia pieniądze na życie, mnie pozostaje cała reszta. Piątek i świątek - bez różnicy. Mnie, jako osobie niepracującej nie należały się żadne dni wolne ni wakacje, nawet w chorobie trzeba było zrobić co trzeba - osobom niepracującym zwolnienia ekarskiego nikt nie daje. Po co, jeśli nie ma szefa? Sam sobie jest szefem. Albo się poczuwa do roboty, albo się od niej zwalnia. Ja się poczuwałam.

Gdy znalazłam obecną pracę, która bardzo szybko stała się moim największym zadośćuczynieniem, moją pasją, kiedy zaproponowano mi od razu pełen etat, odpowiedziałam - nie! Praca w niepełnym wymiarze godzin musi mi wystarczyć. Moja rodzina, mój dom nie powinny ucierpieć na tym, że podjęłam się pracy. Jakbym miała wyrzuty sumienia, jakbym czuła się trochę winna - bo co to za praca? Praca, którą uwielbiam, która jest źródłem zadowolenia z siebie i przeogromnej satysfakcji. Nikomu się do tego oczywiście nie przyznaję, ale tę pracę wykonywałabym z równym entuzjazmem i za darmo. Co innego dom, to jest faktyczny obowiązek - matki, żony, gospodyni - muszę dalej trzymać go w karbach. Wszystko więc zostało bez zmian.

Pranie, gotowanie, prasowanie, zakupy - ten nie kończący się nigdy magiel kontynuowałam jak przedtem. W dni wolne od pracy, w dni pracy przed pracą, w czasie urlopu czy w czasie zwolnienia lekarskiego, gdy lekarz uznawał, że się do pracy nie nadaję - wciąż pchałam do przodu i kręciłam aż do mdłości i zawrotów głowy ten mój domowy kierat. Kieracik musiał się kręcić jak zawsze - wszystko zaplanowane, wszystko przewidziane na każdą okoliczność, wszystko zrobione pod kątem każdego członka rodziny z osobna, jak i domowej zwierzyny - też co innego pies, a co innego to małe, kudłate zwierzątko. No właśnie, dokładnie tak - wszystko z wysoce wyczulonym rozróżnieniem oczekiwań i potrzeb każdego z osobna za to bez względu na samą siebie, na mój stan zdrowia czy osobiste potrzeby.

I nagle się okazało, gdy nadmiar obowiązków zaczął mnie przerastać i czułam, że jeszcze trochę, a pęknę w szwach, gdy zaczęłam się dość ostro buntować, poza oczywiście domową zwierzyną, która nie ma niestety prawa głosu, od wszystkich domowników padło zgodnie i solidarnie jedno zasadnicze pytanie - a właściwie PO CO? Po co właściwie ja to wszystko robię?! Nikt tego ode mnie nie wymaga, nikt takiego poświecenia z mojej strony nie oczekuje, wszyscy obejdą się doskonale, gdy włożę ręce pod tyłek i przestanę przejmować się czymkolwiek. O rany, i ja się o tym dowiaduję dopiero teraz?!

Wychodzi więc ewidentnie, jasno, bez ogródek, że to poczucie obowiązku jest jedynie w mojej chorej głowie, że wszelkie powinności i odpowiedzialności jedynie sama sobie narzucam, bo może po prostu inaczej nie potrafię ? To "poświęcanie się", oddanie dla innych, przedkładanie czyichś tam potrzeb nad swoje własne nie jest niczym innym jak jakąś tam moją ideą fixe, zresztą jedną z wielu. Nikt tego ode mnie nie oczekuje, nie prosi, często się nawet buntuje, nic więc dziwnego, że nie docenia, że nie poczuwa się do jakiejkolwiek dzięczności, której mimo wszystko przecież oczekuję i której brak mnie boli. Robię, daję, zapominam o sobie, bo najprawdopodobniej tak lubię lub wręcz muszę. Bez tego byłabym najpewniej nieszczęśliwa. Tak oto widzi ten problem moja rodzina. Masochistkę ze mnie zrobili na cacy. Pieprznięta taka, co to cierpi, kiedy nie cierpi? A to się o sobie dowiedziałam.

Do licha, to wszystko wygląda tak, jakbym nadawała na jakichś zupełnie innych niż wszyscy falach. Falach, których tak czy inaczej nikt, ale to nikt nie słucha. Trzeba by się albo wyłączyć, albo chociaż przestroić. Tyle niepotrzebnych fal wysłałam w głuchą pustkę, może czas z tym skończyć? Czy ja naprawdę muszę brać wszystko na siebie i to ponad miarę, zaciskając zęby, zachetać się na śmierć? Szczególnie, gdy to nikomu i do niczego nie jest, jak się okazuje, potrzebne. A, do diabła z tym! Jedno, co z tego zrozumiałam, że znów coś muszę. Muszę pomyśleć o zmianie siebie samej.

Tu się zadumałam nad sobą poniewczasie. Co tam, lepiej późno niż wcale. Czy ja naprawdę umrę już taka, z tym przesadzonym, narzucanym samej sobie cholernym poczuciem obowiązku? Czy ciągle z powodu tej "słabości" mam dostawać od życia cięgi po dupie? Czy jeszcze mi za mało?! Czy nie potrafię raz, piąty, dziesiąty pomyśleć najpierw o sobie, o tym, co dla mnie dobre i ważne? Jak robią wszyscy wokół. Dlaczego mam być zawsze gorliwsza, bardziej przewidująca, współczująca bardziej? Tego "bardziej" mam już po same dziurki w nosie. Od dzisiaj mówię - basta! Czy będę wciąż liczyć na jakieś uznanie, wdzięczność, choćby cień zadośćuczynienia w świecie, w którym za złotą monetę oddaje się nędznego miedziaka? Czy wciąż będzie mnie bolała czyjaś obojętność, czyjś egoizm w zestawieniu z moją serdecznie dobrą wolą realizowaną generalnie i w szczegółach? Tyle już w życiu wydałam złotych monet w nadziei na odzew miłości czy najzwyklejszą wdzięczność. Czy nie byłam zbyt szczodra, roztrwaniając wszystko, najlepsze, co miałam?

Moje dzieciństwo. Rodzice - ludzie prości, chyba nie rozumieli tej mojej "chorobliwej" tęsknoty za miłością, wyjątkowej wrażliwości, sentymentalizmu, idealizmu i czego tam jeszcze... Nie potrafili zrozumieć i odpowiedzieć na tak "wygórowane" uczuciowe potrzeby. Rozumiem to i z całego serca Ich usprawiedliwiam, ale chyba bolało. Chyba musiało boleć...

Pierwsza miłość - pierwsza uczuciowa porażka. Moja przyjaciółka od serca, z którą nie rozstawałyśmy się od brzdąca, odbija mi mojego pierwszego chłopaka i to w sposób najbardziej perfidny i zawistny. Mała pociecha, że ten chłopak zrobił jej dzieciaka, po czym chyłkiem wyemigrował do byłego RFN, bo to były jeszcze te czasy, zostawiając ją na wstyd i ańbę małomiasteczkowej społeczności jako pannę z dzieckiem, bo to były jeszcze te czasy. A ja? Wtedy mój idealizm, sentymentalizm, romantyzm i co tam jeszcze dostały obuchem przez łeb. A więc bolało. Chyba musiało boleć...

Moje lata dojrzałe napiętnowane okrutną gębą depresji, choroby, która wypaczyła moje małżeństwo w groteskowy, bezduszny kompromis. Rozumiem i usprawiedliwiam taki stan rzeczy, dziwię się nawet, że chociaż i to się z tej życiowej zawieruchy ostało. Nienawidzę jednak tego kompromisu. Żadnych kompromisów nie lubię! Nie znalazłam, czego szukałam. A więc boli. Chyba musi boleć...

Teraz nadchodzi czas na młodzieńczy egocentryzm moich coraz szybciej dorastających dzieci. Dzieci, które kocham ponad wszystko, ale zaczynam rozumieć, że one w naturalny sposób po prostu wyrastają z tej matczynej opiekuńczości, miłości. Jak z przyciasnej, uwierającej, może już niepotrzebnej rękawiczki. Nauczyłam je latać, najlepiej jak umiałam, teraz rwą się do samodzielnego lotu. Takie jest prawo życia, takie jest prawo dojrzewania człowieka - naturalne, niezbędne, zrozumiałe. A boli. Czy musi boleć?...

Mądry chiński, sięgając myślą po wszechczasy i kiwając ze zrozumieniem i rezygnacją swoją stareńką, madreńką głową nad niedoskonałością człowieczej natury, powiedziałby mi pewnie: - Tak już w życiu jest, nie inaczej. Nie trzeba się z tym szarpać, tylko przyjąć i nauczyć się z tym żyć. To wcale nie musi boleć! - A Epiktet potwierdzi: "Nie usiłuj naginać biegu wydarzeń do swoich pragnień, lecz swoje pragnienia naginaj do biegu wydarzeń - a będziesz szczęśliwy."

A mój psychiatra, choć okcydentalny, też wcale nie głupszy. Aż się prosi, by i jemu oddać sprawiedliwość. Dlaczego od razu po pierwszych naszych spotkaniach, stanowczo ocenił? - Pani najważniejszym problemem jest nauczenie się w pewnych sytuacjach odpowiadanie jednym, króciutkim słowem: nie! Zdecydowanie i ostatecznie - nie! Gdy nie gra coś z pani własnym, choćby najbardziej egoistycznym interesem, gdy ulega pani jedynie z poczucia powinności, obowiązku, lecz niekoniecznie zgodnie z pani najgłębszym przekonaniem, tam, gdzie czuje się pani manipulowana, wykorzystywana, tam, gdzie i tak nikt nie doceni pani wysiłków, obracając je jeszcze może nawet przeciw pani - wszędzie tam powinna pani umieć powiedzieć - nie! Nikt nie uwzględni pani oczekiwań i potrzeb, póki nie uzna i wyraźnie nie sformułuje ich pani sama.

Tylko czy potrafię? Niby takie niewinne, zgrabniutkie, okrąglutkie słówko: "nie", a jakie trudne, zdradliwe. Słyszę je często, słyszę je zewsząd, jednak czy się zdobędę, by sama odpowiedzieć tym samym? Czy potrafię dokonać niezbędnych i trafnych wyborów? Który to z apostołów powiedział - "Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu."? (Dzieje Apostolskie XX, 35)

Albo Antoine de Saint-Exupery, który pouczał: "Jeśli chcesz zrozumieć słowo szczęście, musisz je pojmować jako zadośćuczynienie, a nie jako cel." O, cholera, czy oni - ci najmądrzejsi - mówili do mnie i o mnie? Czy to możliwe, że omyślali się, już gdzieś tam hen, przed wiekami nurtujących mnie dzisiaj wątpliwości, problemów?

Oj, jak ktoś głupi, taki wątpiący jak ja, przydaje mu się w najbardziej krytycznej chwili taka skarbnica życiowych dewiz tych najmądrzejszych z najmądrzejszych. Ich maksymy - głębokie przemyślenia - są jak prawdziwe perły w filozoficznym chaosie poznania. Jak dobrze je wyłowić i chociaż spróbować nimi przyozdobić własne pogmatwane, prozaiczne, jakże czasami trudne życie. A może będzie lepiej? A może będzie łatwiej?...

Choćby ta dewiza, czy nie jest sformułowana jakby specjalnie dla mnie? - "Największym szczęściem jest mieć wielką pasję. Jedyną, oczywistą, niezachwianą. Człowieka rozszarpują rozbieżności jego dążeń, chaos pragnień." - Adam Bahdaj.

Albo ta: "Mało co przyczynia się do szczęścia człowieka tak jak praca, którą on lubi, ceni, która go pociąga, którą wykonuje sprawnie, i mało co tak go unieszczęśliwia jak praca, do której jest zmuszony wbrew swoim upodobaniom i uzdolnieniom." - Voltaire

A ja mam pracę, pracę, którą uwielbiam, której oddaję się bez reszty i w której znajduję najsilniejsze, najpełniejsze zadośćuczynienie. Ludzie najbardziej pokrzywdzeni przez życie, okaleczeni umysłowo, fizycznie i psychicznie - najbardziej jak można! - nie odpowiedzą na moje oddanie dla nich, na moją miłość, troskę, opiekuńczość - po co to robisz? Nie trzeba!

Odpowiedzą niewyobrażalną wręcz wdzięcznością, najpełniejszym zaufaniem, wysiłkiem, który robią tylko dla ciebie, choćby miał to być wysiłek ponad ich możliwości i siły. Zawsze mam wrażenie, że od moich pacjentów otrzymuję nieporównywalnie więcej niż sama ofiaruję. Czuję się obdarowywana. I to jak jeszcze! Ile mam więc szczęścia , mając możliwość wyżywania się, zgodnie z mą "chorobliwą" potrzebą dawania czegoś z siebie, niesienia pomocy, wprowadzania w czyn tego, co dla mnie naprawdę ważne i potrzebne. Koniec więc tych cholernych wakacyjnych smutków. Głowa do góry! Przecież, szczęśliwie, od następnych wakacji dzieli mnie jeszcze cały pracowity, choćby bardzo pracowity, rok.

:-))))

---

POROZMAWIAC O DEPRESJI - (nawrót)

"Wariat - człowiek z głową w czwartym wymiarze."
- Stefan Napierski

No i się doigrałam. Znów mnie kopło, i to jak jeszcze. Jeśli w pogmatwanej sieci neuronów, byłby jakiś splot słoneczny, to mogłabym z ręką na sercu skonstatować, że tąpnęło mnie cholernie celnie w sam środek. Cios niespodziewany i gwałtowny. Skręciło mnie z bólu i padłam. A niby nic nie wskazywało na aż tak silny psychiczny krach.

Wszyscy wokół i w kółko zdecydowanie i stanowczo, a także diabelnie rozsądnie mi powtarzali - Musisz być silna! Musisz przetrzymać! Musisz uzbroić się w cierpliwość! Musisz, musisz, musisz... Sama wiedziałam, że nie mam innego wyjścia, że muszę musieć. Że powinnam. Tyle tylko, że chcieć to jedno, natomiast przetrzymać, nie poddawać się wszechogarniającej cię rozpaczy, przetrwać, pozostając obojętnym na coraz to bardziej dotkliwe ciosy, walczyć, utraciwszy wiarę w zwycięstwo to zupełnie inna para kaloszy, niestety.

Kiedy pracowałam, było łatwiej. Całą energię, uwagę, emocje kierowałam na innych - moich pensjonariuszy - tych "naprawdę potrzebujących". Zapominałam o sobie. Zresztą, czy nie było tak od zawsze? Nie kończąca się galeria istot ważniejszych przede mną, długa codzienna pielgrzymka towarzyszących mi ludzi i nie trzeba było nawet zwerbalizowanej skargi czy prośby z ich strony, bym ich przepuszczała przed siebie, próbując im ulżyć i pomóc.

Wszyscy przede mną, jakże często miałam nieodparte wrażenie, że sens mego życia definiuje się najnormalniejszą, niewyszukaną pomocą innym. Przede wszystkim rodzice, dwaj bracia, z których młodszy tak brutalnie mnie opuścił, dwójka moich własnych najukochańszych dzieci, jak również dzieci niby mi obce, a jednak jakby moje: dzieci kalekie, osierocone, zaniedbane, opuszczone, pokrzywdzone przez los lub rodzinę. Moi pensjonariusze, przy których zapominam o własnych najostrzejszych moralnych kolcach. Liczą się wyłącznie oni i ich nieuleczalne kalectwo - dar okrutnego, niesprawiedliwego losu.

A gdzie jeszcze moja najwierniejsza suka, równie depresyjna jak ja. Wystarczy, że mnie tylko zabraknie, by ją rozpieszczać, karmić, zapewniać, jaka to jest piękna i mądra, by przestała żreć, stercząc w bezskutecznym oczekiwaniu w oknie, a kiedy nie wracam, płacze najszczerszymi psimi łzami.

A moja miłość i cierpliwość do Punki, tak nazywamy naszą rozkoszną świnkę morską, to od fryzury prześmiesznej łepetyny potarganej w stylu oryginalnego punka. Oj, wyjątkowo egocentryczna to świnka. Dopiero po wpieprzeniu bukietu sałaty, pół pęczka marchewki i bezkarnym podgryzaniu domowej roślinności przylatuje do mnie, by gryząc sznurowadła moich kapci dać mi do zrozumienia, że skończyła swoją kolację i wieczorny "jogging" i teraz czeka, bym wzięła ją na ręce i przytuliła do siebie. Popiskuje mi do ucha świnkowate problemy, a ja jej słucham, głaszczę, uspokajam, mimo że między jedną a drugą popiskiwaną skargą, bezczelnie przegryza nitki moich najładniejszych swetrów.

A ja słuchałam, pocieszałam, tłumaczyłam. Gdy trzeba było opieprzyć, opieprzałam. Gdy trzeba było kogoś godzinami trzymać za rękę, nie zwalniałam uścisku. Gdy trzeba było kogoś uspokoić, ukoić, dać się wygadać, wypłakać, siadałam obok, ocierając czyjeś rozpaczliwie bezsilne łzy.

Ktoś ironicznie, drwiąco się skrzywi - Eee, widziałeś tę pieprzniętą? Druga Matka Teresa czy co?! - W głębokim poważaniu mam, co ktoś sobie o mnie pomyśli i z kim mnie sobie skojarzy. Tu aż ciśnie mi się na usta bardzo niekulturalne wyrażenie, które dosadnie przekonałoby takich podrwidupków, że baaardzo daleko mi nawet do nikłego śladu naśladowania tej śp. heroicznej zakonnicy, którą zresztą zawsze podziwiałam i niemal uwielbiałam za tak konsekwentną ofiarę, jaką złożyła ze swego życia, by służyć nędzarzom i nieuleczalnie chorym.

Taką już widać mam naturę. Jak moja Punki, egoistyczną jakąś. Tylko reagując w ten sposób, mogłam czuć się użyteczna, potrzebna. Dawałam, wciąż dawałam, zapominając o własnych zgryzotach, spychając je coraz dalej i głębiej. W mroczną, omszałą, tak dobrze znaną mi obrzydliwą studnię, która czekała na mnie ze swoją przepastną otchłanią, czekając tylko na mój nieostrożny ruch. Czwarty wymiar mojej skołowaciałej głowy przybierał coraz bardziej chorobliwe kształty.

Nie na darmo truł mi głowę przy każdej okazji mój ostatni psychiatra: dystans, kontrola i limit afektywnych inwestycji, nawet do mojej ukochanej pracy się przyczepiał - dekompresja przed snem - praca pracą, dom domem, życie prywatne zarezerwowane tylko dla mnie samej, nie powinnam go sobie zabraniać, nie mam prawa z niego rezygnować, jeśli chcę wyjść z tej bryndzy. Ogólnie - relaks Maks!

Wszyscy mi życzliwi ostrzegali - Zacznij wreszcie myśleć o sobie, najwyższy czas! Przestań żyć wyłącznie problemami innych. Świętą za życia chcesz zostać, szczególnie z takim cholernie pieskim charakterem jak twój?! Bądź egoistyczna, samolubna. Tylko tak możesz wygrać bardzo trudną życiową batalię, której się podjęłaś. Inaczej pękniesz.

I pękłam. Tłumione dotąd na siłę uczucia takie, jak: poczucie winy, wątpliwości, obawy drążyły bezustannie i skutecznie labirynt mojej genetycznie pochrzanionej podświadomości. Jak ta rozpalona żywym ogniem magma, która burząc się i wrząc wściekłością zniewolenia, szuka wyzwalającego krateru, by zniszczyć swą śmiercionośną lawą wszelkie życie, które znajdzie się w jej zasięgu.

Aż znalazły. Wystarczyło, że przed czekającym mnie dyżurze w czasie najbliższego weekendu przez dwa dni zostałam w domu nagle, niespodziewanie i wyjątkowo sama. Dorotka pojechała z wizytą do koleżanki, Punki pokazywała mi krzywą gębę, bo robiąc zakupy, zapomniałam kupić jej ulubioną miodową pałkę do gryzienia. Nawet Buleczka była nieszczęśliwa i osowiała, bo akurat miała cieczkę, a narzeczonego z samolubnego postanowienia jej właścicieli nawet ani śladu.

Za czarnym oknem wiosenna szaruga. Gałęzie drzew pokładają się ciężarem lodowatej ulewy. Beznadziejność. Nagle poczułam się tak cholernie samotna, cholernie winna i bezradna, podła, niepotrzebna i było to tak intensywne, bolesne, a jednocześnie w jakimś sensie niesprawiedliwe, że powiedziałam sobie - dłużej tego nie wytrzymam. Basta! - Zamykał się nade mną czwarty wymiar.

Bo niby o co właściwie ja tak walczę? Sama cierpiąc, niosę najbliższym jedynie moralny ból, niepewną przyszłość, dylematy, rozterki. Rozbicie rodziny! - sączący się jad poczucia winy jak gryzący, zabójczy gaz. Czy nie lepsza rodzina osierocona niż rodzina rozbita? Może najbliżsi łatwiej zaakceptują matkę, która odeszła bezpowrotnie w zaświaty niż matkę, która kierując się jedynie egoistycznymi pobudkami, po raz pierwszy postanowiła żyć jedynie na własny rachunek, zniweczyć wszystko, co z takim trudem budowali dotąd wszyscy razem?

Podjęłam kroki o rozwód. "Odbieram" dzieciom rodzinę, która dotąd była dla nich jedynym miejscem na świecie, gdzie bez względu na wszystko zawsze znajdowały zrozumienie, oparcie i miłość. A teraz stawiam je wobec jakże trudnego dylematu: mama czy tatuś? Oczywiście są już prawie dorosłe, niedługo same wejdą w samodzielne życie, nie zmienia to jednak faktu, że odbieram im ostoję i życiowa stabilność, jakie miały zawsze w jakoś tam skleconej i kompletnej rodzinie.

Co wywalczę? Dziesięć lat samotnego borykania się z życiem, by docipać do kloszardowej emeryturki. Przecież przez tę pieprzoną depresję straciłam dziesięć lat mego nie tylko osobistego, ale i profesjonalnego życia. To dopiero kilka lat jak zdobywając się na wprost nieludzki wysiłek, zdobyłam prawo jazdy, by móc pracować, zaliczyłam liczne staże, które pozwoliły mi znaleźć pracę. Wprawdzie pracę, którą uwielbiam, ale która stanowczo nie należy do najłatwiejszych. Tu też trzeba odpornych i silnych, do których ja zdecydowanie nie należę.

No i forsa. Po dwudziestu ośmiu latach usługiwania drogiemu małżonkowi, wychowaniu dzieci, bycia sprzątaczką, gosposią, praczką, szwaczką - nie będę tej listy kontynuować, bo tylko niepotrzebnie się zdenerwuję, a to podobno szkodzi mojemu zdrowiu, jakby sam fakt tak cholernej niesprawiedliwości nie trząchał mnie, nie wnerwiał - tak czy inaczej nie masz prawa nawet do kęska emerytury męża, która będzie co najmniej pięciokrotnie wyższa niż twoja. Chyba, żeby był tak uprzejmy, by zejść z tego świata przed tobą, a i jeszcze przedtem powtórnie się nie ożenił. Wesolutkie. A tam, do diabła z forsą - niech żyje sobie, sobie i jeszcze raz sobie (!) jak najdłużej, a zresztą, który chłop po pięćdziesiątce wytrzyma, by nie złapać, choćby z czystego wygodnictwa, następnej służebnej ofiary.

Tak więc radź sobie sama. I słusznie. Tylko z czym do gości? Jak nie stwierdzić zdecydowanie i wrzeszcząco - rozwód dyskryminuje, upośledza kobietę! Po tylu latach bezpłatnych usług z mojej strony, wspólnych dochodów, wspólnych wydatkó w,niesprawiedliwy, bo obciążający wyłącznie mnie podział tak zwanych domowych obowiązków - rozwód - i trach, wszystko idzie w zapomnienie. Mój małżonek może spać i śpi spokojnie. Ma świetny zawód, pracuje od początku naszego imigracyjnego życia, co innego ja. I co to się narobiło? Paradoksalnie, przychodzi mi na starość martwić się o prozaiczne miedziaki, o tak zwaną sytuację finansową - ja, która do tej pory, co tu dużo mówić, brałam te problemy ze swawolnym, beztroskim lekceważeniem.

Niby tam mam jakieś teoretyczne prawo do emerytury z ZUSu (czy jak to się dzisiaj nazywa) za dziewięć lat przed emigracją przepracowanych w kraju, ale nie mam najmniejszego pojęcia jak się do tego zabrać, za to mam poważne wątpliwości, czy to w ogóle możliwe, i chyba rozsądnie robię, na tę emeryturę z Polski raczej nie licząc. Za to jedno jak dotąd jest dla mnie pewne - rozwodząc się dzisiaj, znajdę się w przysłowiowym quanie po uszy. Ale co tam. Zrezygnować z tak drogiej mi godności, z własnej wolności tylko dla pełnej michy i wypchanej kabzy, byłoby jak prostytucja, tyle że bez seksu, zresztą, gdzie tam seks w moim wieku? ;-) Nie mam nic przeciwko kobietom uprawiającym ten zawód, wprost przeciwnie, najczęściej szczerze im współczuję, natomiast sama za nic na świecie się nie sprzedam, szczególnie, że taka sprzedaż dotyczyłaby nie tylko mizernego ciała, ale czegoś dużo bardziej ważnego - osobowości, duszy.

Dobra, chronię osobowość. Tylko, że coś ostatnio jakoś mizernie ona wygląda. Beznadziejnie wygląda! Wrak osobowości. Nie śpię normalnie od miesięcy, nie jem już prawie wcale, sprowokowana, w ataku złości zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Nieciekawie to wszystko wygląda i to mimo tego całego farmakologicznego gówna, którym mnie szpikują już ponad dwa lata.

A jeszcze te wszystkie prochy, które od września wpycham w siebie jak gęś przeznaczona na tucz. Osiem najróżniejszych chorób, siedem silnych antybiotyków i całe kartony przeciwbólowych świństw gdy, jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, ostatnio przyczepiła się do mnie jakaś wredna z najwredniejszych infekcja dziąseł.

Rzygam prochami, nic dziwnego. To całe "leczenie" tak rozwaliło mi żołąd, że każdy najmniejszy kąsek, który zmuszę się przełknąć zwracam natychmiast górą lub dołem, od czego zależy kierunek zwrotu jakoś nie udało mi się ustalić. A co w tym wszystkim najlepsze - te poszczególne choroby z typowymi, klasycznymi objawami okazały się psychosomatyczne, przynajmniej w dużej części. Zapalenie strun głosowych, angina, zapalenie tchawicy, zapalenie oskrzeli, dwukrotne zapalenie płuc, zapalenie dziąseł - no co, bujałam twierdząc, że "zapalało" mi się wszystko, co tylko mogło mi się zapalić? I to psychosomatycznie?! Oj, dziwna ta nasza natura.

Masz kiepski morale, bo wyłazisz z jednej choroby, by natychmiast wleźć w drugą? A może chorujesz jak jakiś hipochondryk, uciekając w chorobę, bo psychiczny ciężar, który się nagromadził i który przyszło ci znosić jest zdecydowanie za duży na twoją miarę, pękasz w szwach? Bezczelność cholerna, żeby nawet poranna sraczka była psychosomatyczna?! Co zostało udowodnione przez mego medyka, który dorzucił jakiś żołądkowy antystreser i... bingo! Kurczę blade zadziałało?! Chociaż nie na długo. Jak się miało okazać, na szczęście dla mnie. Ale o tym za chwilę.

Niby nic nie wskazywało, że jestem u kresu psychicznej wytrzymałości, a jednak. Dopiero dzisiaj widzę, że od pewnego czasu wykazywałam ostre i ewidentne symptomy. Wracając późnym wieczorem z pracy prawie pustą paryską obwodnicą coś podszeptywało mi złowieszczo - zniknij, skończ z tym - naciskałam do dechy pedał gazu mojego nowego, pięknego srebrzystego Polo, wlaściwie może w danej chwili tych diabolcznych podszeptów właśnie najbardziej jego byłoby mi szkoda?... A w głowie huczało - skończ z tym! zniknij! dodaj gazu!

Gdy tylko miałam dzień wolny i mogłam sobie pozwolić na małą sjestę, by móc zasnąć i spać jak najdłużej zaczęłam zażywać nasenne pastylki już wczesnym popołudniem. Zasnąć i jeśli się obudzić, to dopiero wtedy, gdy wszystko będzie już poza mną: problemy w pracy, zabezpieczenie przyszłości mojej Mamy, rozwód, podział mienia, niezbędna przeprowadzka - cały ten mój życiowy burdel, w który się wpakowałam. Właściwie reagowałam jak niektórzy moi pensjonariusze, którzy nie mogąc znieść czasu oczekiwania na wizytę rodzinną lub wyjście do domu, przesypiali często całe popołudnie, by wstać jedynie na wieczorny posiłek i natychmiast wrócić do łóżka. Od pewnego czasu robiłam jak oni - nakrywałam się kocem po czubek głowy. Zasnąć, nie cierpieć, nie myśleć - przestać istnieć.

Aż przyszedł krytyczny moment, gdy wszystkie prochy, jakie miałam poszły w ruch. Nie było tego dużo, za dziesięć dni wybierałam się na rendez-vous do mojej lekarki, która przepisywała mi cały ten psychotropowy bajzel. Trochę więcej jak dziesięć pastylek nasennych, jakieś stare, mocno przeterminowane leki, chyba jeszcze z mojej pierwszej depresji znalezione między gwoździami w garażu. Chyba jednak tak naprawdę nie chciałam definitywnie i ostatecznie skończyć z tym wszystkim, najlepszy dowód, że moje "remedium na życie" popiłam grzecznie coca-colą, a nie po prostacku gorzałą, co bym na pewno zrobiła, gdyby mi było faktycznie wszystko jedno.

Z piętnaście minut, może nawet mniej, mój organizm broniłsię jak mógł przed zaaplikowanym mu nowym "leczeniem". Bulgotało mi w brzuchu, nasilały się nudności, pieczenie w przełyku i w żołądku stawało się wprost nie do zniesienia. Ostrym sprintem pobiegłam do łazienki, gdzie napadły mnie gwałtowne torsje, reszta eksplozywnie została w nie strawionej postaci wydalona dołem.

Nie, zdecydowanie tego jeszcze nikt nie widział - żeby brudna, wstydliwa, obrzydliwa biegunka uratowała psychicznie choremu - ni mniej, ni więcej - jak życie. To wprost niesamowite jak niepomiernie tajemnicza i w jakiś sposób doskonała jest nasza natura: nawala psychika, ciało też nawala, karci chorobami, jakby chciało powiedzieć - Uspokój się, bo dam ci po nosie. Psychika leży znokautowana na obu łopatkach na życiowym ringu, ciało, widząc, że to już nie przelewki, wydaje wojnę chorobie, truciźnie, zwyrodniałym komórkom... - walczy o swoje. Niech broni się i walczy, tym lepiej dla nas. Zapewniam Was, nieciekawy jest ten czwarty wymiar i lepiej nie dać sobie przytrzasnąć nim głowy. :-)

cdn.

----

(jak pomóc osobie chorej na depresję)

"Ten kto cierpi potwornie, jest wyosobniony. Jego ból nie może stać się tym, co wspólne, nie może go dzielić z innymi. Słowa, podstawowe narzędzia tworzenia wspólnego świata ludzi, nie przenoszą bólu psychicznego. Dlatego dręczony człowiek jest jak torturowane zwierzę - wyje, ślini się i tylko jego oczy błagają."
- Andrzej Leder

Od kiedy odważyłam się publicznie i głośno opowiedzieć o mojej depresji, nagle ni stąd ni zowąd posypały się świadectwa osób, które zetknęły się z tą chorobą. Niekiedy to niezwykle cierpienie moralne dotyczy ich samych, kiedy indziej osób, z którymi są blisko związane. Tu padają pytania: jak z tego się wykaraskać; co radzisz; jak pomóc osobie cierpiącej na depresje?... Takich pytań dostaję coraz więcej i zupełnie mimochodem zrobił się z tego wirtualny kącik porad.

Młoda dziewczyna zapytuje, co może zrobić, żyjąc obok chłopaka od lat cierpiącego na depresje. On sam mówi o swych stanach "dołki", jego partnerka zdaje sobie jednak sprawę, że objawy są zbyt poważne i częste, by je tak lekko traktować. Chłopak cierpi, gubi sens codziennej egzystencji, jak i życiowej egzystencji w ogóle, nie może się odnaleźć, zadaje sobie ból, zadaje ból swojej partnerce. Czy może i jak mogłaby mu pomóc?! Przyznaje, że jest porażona moim brutalnym świadectwem i zaczyna patrzeć na chorobę osoby bliskiej z coraz większą obawą.

Odżegnuję jak mogę moją rozmówczynię od przesadnego niepokoju o prognozę choroby, przekonuje ją do porzucenia bezpodstawnego pesymizmu. Przebieg i nasilenie depresji u każdego chorego będą się przedstawiały inaczej i zależeć będą od tylu różnorodnych czynników. Moja depresja była wyjątkowo złośliwa i długotrwała i, jeśli tak można powiedzieć, "zapracowana" szczególnie bolesnymi przeżyciami. Twój partner to jeszcze bardzo młody człowiek, być może wcale nie cierpi na żadną depresję, a tylko przeżywa silniej niż inni tak zwany młodzieńczy kryzys. Jest po prostu bardziej wrażliwy. Nic nie piszesz o konkretnych symptomach tych "dołków", jeśli są na tyle silne, że przeszkadzają mu normalnie żyć (smutek, niepokój), wydaje mi się, że wskazane i najskuteczniejsze byłoby skonsultowanie się z psychiatrą.

Najboleśniejsze dla młodej dziewczyny jest, że w "dobrych chwilach", chłopak zapewnia ją jak wiele jej obecność dla niego znaczy, natomiast, gdy "dołuje" unika jej lub wręcz odpycha. Bo to jest dokładnie tak: człowiek, który sam beznadziejnie źle się czuje, z jednej strony woli zostać sam, by nie męczyć drugiego i by drugi przestał go męczyć ("może napijesz się herbaty?", "a może wyszlibyśmy na spacer?", itd.), a jednocześnie boi się i nie chce pozostać ze swoim cierpieniem sam na sam. Liczy się bardzo obecność drugiego, ale obecność nie interweniująca, nachalna, a jedynie czujna, życzliwa i asystująca. Pytasz o moje odczucia w czasie choroby wobec bliskich? W dwóch słowach: ciąg nie uzasadnionych pretensji wobec męża i przeogromne poczucie winy wobec dzieci.

Co bym Ci radziła? Może otwarcie powiedzieć swojemu chłopakowi, że przez przypadek natrafiłaś na czyjeś świadectwo przeżytej depresji i postawić pytanie, czy nie chciałby się z nim zapoznać. Nic tu nie może być na siłę, na łapu-capu, za to wydaje mi się, że już niezbędne z Twej strony jest otwarte postawienie z nim sprawy: - Słuchaj, widzę, że się męczysz, ja również zaczynam z tego powodu cierpieć. Czy nie uważasz, że najwyższa pora coś z tym zrobić?... - Ludzie chorzy na depresję, nie zdają sobie sprawy lub najzwyczajniej nie wierzą, że medycyna może im przyjść w sukurs. A jest to niezbitym faktem, czego doświadczyłam na sobie. Niekiedy wystarczy naprawdę niewiele, by to samo życie - wciąż skomplikowane i nie najweselsze przybrało zupełnie odmienną barwę. Wraca motywacja do walki, i o to w tym wszystkim chodzi.

Jeżeli u Twojego chłopca są to tylko przejściowe spadki nastroju, wystarczy mu Twoja cierpliwość i miłość. Natomiast jeśli są to już pierwsze symptomy depresji lub nawet depresja w klasycznej postaci, nie dacie jej rady tylko we dwoje, nawet kochając się bardzo. To niebezpieczna choroba i rzadko przechodzi sama, przeciwnie, może coraz bardziej się nasilać. potrzeba lekarskiej diagnozy! Uspokoicie się, jeśli to nic poważnego albo chłopak podda się leczeniu, jeśli zajdzie tego potrzeba.

Pisze dziewczyna, która ma podobny problem, odbierany jednak z drugiej strony. To ona jest partnerką chorą na depresję i wątpi, i się boi, że chłopak, który z nią chodzi pozostaje przy niej jedynie z obowiązku. Jak ją uspokoić, rozwiać jej wątpliwości?

Depresja jest chorobą jak każda inna. Czy kochający człowiek odszedłby od swego partnera, gdyby ten był chory na przykład na raka? Depresja w tym tylko może jest szczególniejsza od innych chorób, że doprowadzając do zaburzeń emocjonalnych u osoby depresyjnej, może sprawić, że osoba chora staje się strasznie trudna (czytaj: niemożliwa) do współżycia. Wszystko zostaje przez depresję zaburzone: ocena innych, adekwatność własnych zachowań, zachowania chorobliwe: rozpacz, zmiany nastrojów, "nieżyciowe" pomysły, nieuzasadnione pretensje, agresja, itd. To naprawdę dla osób bliskich jest niesamowicie trudne do zniesienia.

Powiedziałabym osobie związanej z chorym na depresję tak: jeśli naprawdę kochasz, zostań. Jeśli zostajesz tylko z litości lub z obawy, że twoje odejście może tylko pogorszyć stan chorego - odejdź. Depresja zaburza emocje, ale stan umysłowy osoby chorej pozostaje jak najbardziej OK. Dochodzi też wyjątkowa wrażliwość - w tej sytuacji twoja partnerka czy partner na pewno wcześniej czy później zorientuje się, że pozostajesz przy niej jedynie z poczucia obowiązku, a to może stać się dla niej zbyt bolesne i trudne - nie do zniesienia. Lepiej by prawdę poznała od razu i przetrawiła ją, zaakceptowała w procesie leczenia. Jeśli odkryje tak przykrą rzeczywistość po wylezieniu z depresyjnego szamba, najprawdopodobniej wpadnie w nie z powrotem i to znacznie głębiej. Miłość dwojga osób w przypadku tej choroby poddana jest naprawdę bardzo trudnej próbie. Obyście przeszli ja z powodzeniem!

Chłopak opisuje stan swojej dziewczyny. Stan alarmujący, ewidetnie wskazujący na daleko posuniętą depresję. Dziewczyna po wielu namowach, szantażu z jego strony zgodziła się na psychoterapię, kategorycznie jednak odmawia leczenia bardziej radykalnego, wizyty u psychiatry. Co odpowiadam? Nie jestem psychologiem, a tylko osobą, która przeszła przez podobne piekło - Twoja dziewczyna wskazuje wyraźne symptomy głębokiej depresji - wszystkie jej zachowania i reakcje, które opisałeś. Konieczna jest jej pomoc psychiatry i antydepresyjne leczenie! Sama psychoterapia, obawiam się, nie wystarczy. Niekiedy prochy są koniecznością! Przyniosą jej ulgę, zdolność i gotowość do szukania źródeł stanu, w jakim się znalazła. Bez tego jest obecnie jak człowiek na silnym rauszu, który postanowił nauczyć się jeździć samochodem. Dziwię się, że psychoterapeuta tego nie widzi i sam nie skierował jej na specjalistyczne leczenie. Czyżby chodziło o pieniąchy przy utracie pacjentki? Nie wiem.

Pewna jestem jednego, że sprawa jest bardzo pilna. Dziewczyna nie tylko cierpi w tej chwili, ale jest w trakcie niszczenia swojej przyszłości. Wyraźnie pociąga również za sobą ciebie. Bądź tego świadomy - reaguj! Jedyne, co możesz zrobić, to nakłonić ją na wizytę u specjalisty i rozpoczęcie leczenia. Jeśli zaakceptowała psychoterapię, jest szansa, że zaakceptuje również wizytę u psychiatry. Działaj!

Powodzenia i odwagi.

 

 

   Sprawa  sie  przeciaga.  To juz  prawie  poltora  roku  jak
jestem  leczona  przeciwdepresyjnie  bez  postawionej  wyraznej
diagnozy  jakiejkolwiek depresji. Jeszcze bez  zadnych  objawow
psychicznych  typowych dla tej choroby.  Ale  one  nadchodza  -
nieodwolalnie i alarmujaco. Jak zwykle, codzienne trudnosci  sa
ich katalizatorem.

    Pod  koniec zeszlego roku zaczynaja sie w osrodku, w ktorym
pracuje   bardzo  powazne  problemy.  Towarzystwo  charytatywne
rozporzadzajace naszymi finansami jakos zle nimi  rozporzadzalo
albo  narobilo  jakis finansowych machlojek, w kazdym  razie  w
budzecie  zrobila  sie  ogromniasta dziura  -  zupelnie  jak  w
Polsce!

    Deficyt  sie  zrobil milionowy, sprawa poszla do  sadu.  Od
dwoch  miesiecy  mamy tak zwanego administratora  z  trybunalu,
ktory  weszy  i szuka sposobow na zmniejszenie deficytu.  Jesli
nie  znajdzie,  zamyka  "butik". Ponad trzysta  osob  personelu
znajdzie  sie  na zielonej trawce, a pensjonariusze  prosto  ze
swietnie,  choc kosztownie prowadzonego reedukacyjnego  osrodka
przejda na lozka zamknietych szpitali psychiatrycznych. Gowno w
kratke!  Nie musze Wam mowic o atmosferze, w jakiej  przychodzi
nam  pracowac.  Wszyscy wokol zaczynaja pekac,  nie  wytrzymuja
napiecia zagrozenia i oczekiwania, sami z siebie proponuja  sie
na  liste  ewentualnych zwolnien. Najpierw  myslalam,  ze  moze
znalezli cos innego, a gdzie tam, to tylko nerwy puszczaja.

    Ja  tez  zaczynam  pekac. Pierwszy kryzys nachodzi  mnie  w
pracy, gdy jeden z pensjonariuszy zupelnie nie zlosliwie, za to
bardzo   bolesnie  tryknal  mnie  glowa  w  plecy,  w   miejsce
najbardziej  wrazliwe po niedawnym upadku ze schodow.  Zabolalo
mnie  jak  cholera,  prawda. Normalnie zareagowalabym  zloscia,
buntem, opieprzylabym "dowcipnisia" i na tym koniec. A  ja,  co
robie?... Siadam na podlodze w kuchni i placze. Placze  rzewnie
i  rozpaczliwie jak mala skrzywdzona dziewczynka. Moi koledzy z
ekipy   przylatuja  mnie  pocieszac,  masowac  bolace  miejsce,
traktujac  moje  zachowanie jak najbardziej normalnie.  Ale  ja
znam  siebie  zbyt  dobrze i wiem, ze  moja  reakcja  nie  jest
"normalna",  jeszcze kilka miesiecy temu, w zadnym wypadku  nie
zareagowalbym  w ten sposob. Placz, ktory nawet w dramatycznych
momentach przychodzi mi z wielkim trudem albo wcale?! I to  byl
dla  mnie  pierwszy alarm. Moja lekarka zdiagnozowala krotko  -
wycienczenie!  Fizyczne  i  psychiczne  wyczerpanie.  Dala   mi
jakichs glupot na wzmocnienie, dwa tygodnie zwolnienia z pracy,
o depresji wciaz nie bylo mowy. Znaczy sie, klarownej mowy.

    Drugi  alarm  wybil w domowych pieleszach. Zaczelo  sie  od
blahego konfliktu z moja corka, Dorotka, ktora nie przyszla  na
czas  do  domu  po  szkole, a ja zrobilam  z  tego  histeryczne
pieklo.   Cala  sprawa  nabrala  wyolbrzymionych,  drastycznych
wymiarow. Z wlasna corka nie rozmawialam ponad dwa tygodnie!  W
glowie  znow zaczelo mi sie wszystko pieprzyc do kupy: poczucie
winy  za jej zmarnowane dziecinstwo i w zwiazku z tym moja zbyt
duza teraz wobec niej poblazliwosc.

    Rozzalenie szlo leb w leb z pretensjami: nieliczenie sie  z
moja  osoba  juz nie tylko przez Dorotke, ale przez  wszystkich
jak  leci  czlonkow rodziny, szczegolnie ojca, ktory  daje  zly
przyklad, bo za grosz nie ma uznania za wszystko, co robie  dla
rodziny i domu - generalizowalam z rozmachem i gladko. O  rany,
jak  ja  dobrze  to  znalam! Rodzinny  dramat.  Przy  niebywale
goracej  "konfrontacji" poplakalismy sie wszyscy, ja oczywiscie
bylam  obstawiona w roli glownej. Teraz wiedzialam juz na pewno
-  mam  powody  do  nawrotu depresji,  wykazuje  ewidentne  jej
symptomy. Nie mam sie dalej co oszukiwac, musze szukac na gwalt
dobrego psychiatry.

    Jak  to jednak glupi ma szczescie. Trafil mi sie facet  tak
genialny,  ze tylko po to, by go poznac chyba warto  bylo  znow
wdepnac  w  to  gowniane bagno. A gdzie  go  tam  porownywac  z
milczkowata,   sympatyczna  grubaska?!  Szperacz,   prowokator,
intrygant!  Nareszcie godny mnie przeciwnik,  takiego  mi  bylo
trzeba.

    Mojej  dluuugiej  historii - juz sama  nie  wiem,  historii
choroby  czy  historii zycia - sluchal wprawdzie z rozdziawiona
geba  za to, gdy skonczylam, wzial mnie w przyslowiowy krzyzowy
ogien  pytan.  Pytan tak dociekliwych, tak intrygujaco  albo  i
prowokujaco postawionych, ze wychodzac od niego az do nastepnej
wizyty  wszystko  doslownie kotluje sie  w  mojej  nieszczesnej
mozgownicy.  Skojarzenia, wspomnienia, analogie,  porownania...
To  wszystko bombarduje mnie i daje mi tyle do myslenia, ze  na
kolejna  wizyte  przychodze jak ta pilna i zdolna  uczennica  z
gotowymi  odpowiedziami, przemysleniami albo nawet w dziesiatke
strzelonymi  wnioskami.  Za  co  zreszta  ten  specjalista   od
"zagubionych  duszyczek" mnie chwali, smiejac sie,  ze  jeszcze
troche, a bede wiedziala o depresji wiecej od niego i wtedy  on
bedzie musial mi placic. Nie ukrywam, ze takie odwrocenie  rol,
bardzo by mi sie podobalo. :-)

    Jakie  wiec  konkluzje i wnioski? Ten genialny facet  zazyl
mnie   z   marszu,  uprzejmie  mnie  uswiadamiajac,  ze  rodzaj
depresji, na ktora cierpie jest z reguly psychogenny - z  taka,
a  nie  inna psychiczna struktura sie urodzilam i taka  zapewne
umre. Na poczatku az mna rzucilo, jakby mi ktos wpychal na sile
w  gardlo zaskorupiala bryle blota bez mozliwosci popicia.  Byl
to  dla  mnie  kolejny  szok. Chyba zawsze podswiadomie  troche
balam  sie nawrotu tej choroby, chociaz z drugiej strony  bylam
niemal  pewna, ze po tak fantastycznym odwrocie,  jaki  sie  we
mnie  dokonal jest to wlasciwie niemozliwe. A on mi na  to,  ze
nawet  w tym okresie "ozdrowienia", gdy faktycznie szlam  przez
zycie jak burza depresyjny mechanizm tkwil gdzies zepchniety  w
najglebsze    zlogi   psychiki,   pasywny    i    nieszkodliwy,
unieruchomiony w swej destrukcyjnej dynamice, a  czym?  -  moja
przeogromna wola walki i zycia.

    W  sumie, po zastanowieniu, doszlam do wniosku, ze z dwojga
zlego wole juz taka przykra prawde od przykrych i zaskakujacych
mnie  brutalnie niespodzianek. Widze na co dzien  wokol  siebie
ludzi  obciazonych straszliwym kalectwem. Mnie akurat przypadla
ta  cholerna  depresja.  Musze taki stan  rzeczy  zaakceptowac,
nauczyc sie z nia zyc i tyle.

    Tu  psychiatra zwrocil mi uwage, ze fakt rozpoczecia w pore
antydepresyjnego leczenia, sprawil, ze tylko  dzieki  temu  nie
zalamalam  sie  kompletnie  w  tak  trudnej  obecnie  sytuacji.
Sytuacji  nawet  dla  zupelnie  zdrowych  psychicznie  nie   do
wytrzymania.   "Zdrowi"  rezygnuja,  chca  zwolnienia,   a   ja
zaciskajac   zeby,  pracuje  dalej  i  wiem,  ze  zostane   "na
stanowisku" az do ostatecznego rozstrzygniecia. Wychodzi  jakby
na  to, ze bedac chora, jestem silniejsza od tych zdrowych, ale
w deche! :-)

    Dlaczego   jednak  akurat  teraz  ten  skubany   depresyjny
mechanizm  sie  przebudzil, a nie mogl to pospac sobie  jeszcze
choc kilka latek, bym jakos spokojnie docipala do emerytury? Tu
moj  psychiatra posunal mi calkiem podobno nowa  teorie,  ktora
nazwal "rezonans dorastajacego dziecka", wyraznie podkreslajac,
ze  dotyczy to szczegolnie dziecka tego samego seksu. Co on  mi
bajdurzy,  usmiechalam sie glupkowato. Straszono mnie  ryzykiem
nawrotu depresji w okresie menopauzy, ale zeby dorastanie mojej
corki  moglo  miec  jakis  zwiazek  z  pogorszeniem  sie   mego
psychicznego    stanu?!   To   moze   jakis    scenariusz    do
amerykanskiego, szmatlawego filmu, a nie zadna naukowa teoria.

    Moja Dorotka ma prawie pietnascie lat, psychiatra kazal  mi
opowiadac,  jaka  ja sama bylam w jej wieku.  Wrocily  rodzinne
wspomnienia,  przypomnialam sobie bolesne  odczucie  bycia  nie
wystarczajaco  kochana,  nie  wystarczajaco  dostrzegana  przez
rodzicow  w  porownaniu do dwoch moich braci. Ja posrodku  -  w
domu  zawsze  uwazajaca  i grzeczna,  w  szkole  najlepsza,  na
podworku  mila  i  zgodna - zadnych, ale to zadnych  problemow!
Dlaczego  bylam  az  taka do przesady grzeczniutka?  Widac,  za
wszelka cene chcialam zwrocic na siebie uwage rodzicow, dajac z
siebie   maksa   na   kazdym   polu,   wdeptujac   w   gowniany
perfekcjonizm.  Nic nie skutkowalo. I wtedy  przyszla  rewolta:
papierosy,  wagary, chlopaki w krzakach i te rzeczy.  Konkretny
efekt  byl  taki, ze figurujac na tak zwanej honorowej  tablicy
liceum   jako   uczennica  o  najwyzszej  sredniej   ocen,   ze
sprawowania przez dwa kolejne lata mialam tylko dostateczny.  A
bylam  wtedy  mniej wiecej w wieku Dorotki.  Zgodni  bylismy  z
lekarzem,  ze  wlasnie  w tym okresie prawdopodobnie  przezylam
moja pierwsza depresje.

    Tu  sie  moj  psychiatra zamyslil, naprezylam  sie  cala  w
sobie,  bo juz go poznalam i wiedzialam, ze za chwile powie  mi
rzecz  bardzo wazna. I powiedzial: nasza wola zycia, wola walki
z  choroba  jest  silniejsza  od  samej  choroby.  W  pierwszym
odczuciu zabrzmialo to dla mnie jak frazes bez pokrycia.  A  on
sie   odwolal  do  mojej  relacji  jak  to  skonczylam   nagle,
nieodwolalnie  i  ostatecznie  z piciem  alkoholu.  Faktycznie,
opowiadalam  mu  o  tym.  Skubany, sluchajac  niczego,  ale  to
niczego nie notuje, a wszystko, doslownie wszystko pamieta. Jak
on  to robi? Ze tez nie pomyli psychicznych pierepalek licznych
przeciez i najrozniejszych pacjentow?

    Ale  co  ma  odstawienie pelnego kieliszka  do  zerwania  z
depresja? Tez porownanie! Nawet nie ukrywalam, ze jestem  mocno
sceptyczna. Z piciem alkoholu faktycznie skonczylam z  dnia  na
dzien  -  w ktoryms momencie powiedzialam - basta! -  i  jestem
zatwardziala abstynentka prawie juz dziesiec lat.  Bez  zadnych
lekarzy,  terapii  odwykowej, esperalu czy innego  straszaka  -
powiedzialam  sobie koniec i kropka. Ale to latwizna!  Przeszlo
najzupelniej bezbolesnie.

    A   on   mi  tu  nawija,  ze  identycznie  mozna  przesilic
depresje? Depresji dac w morde i juz?! Odstawic kieliszek to  w
koncu nie to samo, co opuscic nagle, bez nikaki cala gmatwanine
mysli, nastawien i odczuc. Wyprowadzic sie z wlasnej glowy, czy
jak?  A on na to - jak najbardziej mozliwe! I wciaz smiejac  mi
sie   prosto  w  nos,  twierdzi,  ze  widzi  we  mnie  wole   i
przebojowosc   tak  wyjatkowo  silne,  ze  jest  przekonany   -
wczesniej czy pozniej wypowiem tej chorobie ostateczna wojne  i
te  wojne na pewno wygram. O rany, niby nie do pomyslenia, a od
razu  poczulam sie cholernie bojowa. Dam chyba tej  depresji  w
morde i juz...
    ;-)

Linki

.... Świat do koła kłębi się jak rój, Ta gorączka wiecznie trwa ....
.... Świat wiruje zjada ogon swój, Tylko czas do przodu gna ;(....

 

Kilka linków  do stron różnych
http://strony.wp.pl/wp/depresja_onlajn/
Strony o depresji tworzone przez ludzi w depresji.    
Zapraszamy
http://www.kamilsb.republika.pl/grupa.html
O depresji
Zapraszamy
http://strony.wp.pl/wp/depresja_onlajn/lekiceny.html
Cennik leków stosowanych w leczeniu depresji
Zapraszamy
http://www.polbox.com/d/depresja
O depresji - Strony rozrastają się do dużego serwisu o Depresji :)
Zapraszamy
http://www.deprecha.prv.pl/
O depresji
Zapraszamy
http://mario236.republika.pl/
O depresji
Zapraszamy
http://www.bezsennosc.prv.pl/
Cierpisz na bezsenność - Poczytaj :)
Zapraszamy
http://www.depresja.com.pl/
O depresji
Zapraszamy
http://www.csk.lodz.pl/depresja/
Strony o depresji - Centalny Szpital Kliniczny w Łodzi
Zapraszamy
http://www.geocities.com/magdanawrocka/
Książki i felietony Magdaleny Nawrockiej,
osoby która przeszła zwycięsko przez piekło depresji .
Zapraszamy
http://www.ipolska.pl/pomoc/
Samobójstwo Pomoc ! Strona zawiera spis telefonów zaufania w różnych miastach,
licznie odwiedzaną tablicę dyskusyjną, .....
Zapraszamy
http://www.psychiatria.pl/
Psychiatria OnLine
Zapraszamy
http://www.psyche.pl/Docs/schizofrenia.htm
Strona o schizofrenii
Zapraszamy
http://www.psychologia.edu.pl/
Portal Psychologiczny
Zapraszamy
http://www.swiatpsychologii.pl/index.html
Psychologia i Psychoterapia
Zapraszamy
http://www.przychodnia.pl/
Przychodnia internetowa
Zapraszamy
http://www.lek.info.pl/
Informacja o lekach
Zapraszamy
http://www.zdrowie.org.pl/
Wiadomości ze świata medycyny.
Zapraszamy
http://www.poradnikmedyczny.pl/
Poradnik medyczny
Zapraszamy
http://www.psyche.pl/index.htm
Medyczny Serwis Psychiatryczny
Zapraszamy
http://www.farmakognozja.farmacja.pl/
Farmakognozja Online
Zapraszamy
Strony z grafikami
http://free.art.pl/makrofotografia/
Piękne, nastrojowe zdjęcia przyrody, krajobrazów, itp...
Zapraszamy
http://republika.pl/white_satin/
Mroczna i piękna strona o śmierci z wieloma nastrojowymi grafikami
Zapraszamy
http://alicjaaa78.w.interia.pl/index.html
Strona Alicji : O sztuce, muzyce i filmie
Zapraszam na moja stronę o sztuce, muzyce i filmie
http://republika.pl/melisa/
Galeria prac wystawionych na oddziale psychiatrycznym jednego ze szczecińskich szpitali.
Dodane : 03.11.2002
Zapraszamy
Strony różne
http://niejedzenie.pl/wejscie.html
Styl życia bez jedzenia !!!!!
My również możemy wyzwolić się z tego "nałogu" ;)
Zapraszamy
Grupy dyskusyjne na serwerach news
pl.sci.psychologia (news.tpi.pl) Zapraszamy
pl.sci.medycyna (news.tpi.pl) Zapraszamy
pl.soc.inwalidzi (news.tpi.pl) Zapraszamy
pl.praca.oferowana (news.tpi.pl) Zapraszamy
pl.praca.szukana (news.tpi.pl) Zapraszamy
alt.support.depression (news.tpi.pl)- j.angielski Zapraszamy
alt.suicide (news.tpi.pl)- j.angielski Zapraszamy
alt.suicide.recovery (news.tpi.pl)- j.angielski Zapraszamy
Mailowe listy dyskusyjne
http://groups.yahoo.com/group/melancholja (Polska)

Depresja praca.

http://nobody64.webpark.pl:80/tlo118.gif">

 

Nasze choroby, wykształcenie i wyuczone zawody są różne.
Najlepszym wyjściem jest, dla większości, z nas tzw. praca zdalna, dzięki
której możemy dostosować godziny pracy do samopoczucia, a praca w domu bez kontaktu z ludźmi
jest wprost wymarzona dla ludzi z fobią społeczną
i zaburzeniami nerwicowymi, które często towarzyszą wielu chorobom.

http://nobody64.webpark.pl:80/tlo118.gif">

Co możemy robić ?

- Informatyka - głównie programowanie lub projektowanie witryn internetowych
- Tłumaczenia
- Prowadzenie zdalnej księgowości dla firm.
- Prowadzenie własnego sklepu internetowego (potrzebny dobry pomysł)
- Programy partnerskie z różnymi sklepami działającymi w internecie.
- ?????

Na chwilę obecną nie mam więcej pomysłów
(może ktoś podrzuci na mój adres swoje przemyślenia w tym temacie) .
Na usługi programistyczne i tłumaczenia tekstów
jest dość duże zapotrzebowanie, ale potrzebna jest również
gruntowna wiedza na poziomie uniwersyteckim
lub potwierdzona praktycznie znajomość programowania lub tłumaczenia.

Niestety nie każdy ma zdrowie i finanse na
- być może - kolejne studia trwające 5-6 lat.

Najlepszym wyjściem byłyby zaawansowane kursy prowadzone z wykorzystaniem internetu,
ale informacji o takich kursach nie mogę spotkać (może ktoś ma jakieś informacje?).

Powstał uniwersytet internetowy, ale prowadzi studia na kierunkach,
które dla nas są mało przydatne.
Marketing i zarządzanie, politologia to dobre kierunki,
ale dla ludzi sprawnych, komunikatywnych
a nie dla ludzi mających problemy z kontaktami międzyludzkimi, będących w depresji, itp.

Sam chętnie zapisałbym się na internetowe
studium programowania, ale ... nikt tego nie organizuje (choć mogę się mylić).

 

 

http://nobody64.webpark.pl:80/tlo118.gif">

 

Praca osób z zaburzeniami psychicznymi
(depresja, fobia społeczna, schizofrenia, choroba afektywna dwubiegunowa, itp.)
to trudny problem, wymagający specjalnego podejścia z naszej strony

Moja rada dla osób , które mają problemy zdrowotne tego typu,
to systematyczne leczenie i dyskrecja, co do charakteru swojej choroby .

Niestety, czasami bywa to niemożliwe i rozpoczyna się trudny okres.
Współpracownicy, którzy wiedzą, że dana osoba ma problemy natury psychicznej
- z czasem - stają się "przewrażliwieni"
i większość naszych normalnych zachowań zaczynają traktować jako objawy choroby,
Zapominają, że każdy ma prawo do gorszych i lepszych dni i nie musi to być związane z chorobą.
Po pewnym czasie sytuacja w pracy staje się męcząca, zachowania i reakcje ,
w stosunku do naszej osoby stają się sztuczne i przesadzone.
To bardzo dramatyczny okres i musimy dołożyć
wszelkich starań, aby utrzymać pracę.



Oczywiście , czasami, rozwój choroby jest na tyle silny ,
że nawet najbardziej systematyczne leczenie nie gwarantuje nam możliwości kontynuowania pracy.
Do tego dochodzą częste zwolnienia czy tez kilkutygodniowe pobyty w szpitalach.
Żaden pracodawca nie będzie tego "tolerował" bez końca
a nawet, gdy sami prowadzimy działalność gospodarczą
to choroba , może skutecznie uniemożliwić nam prowadzenie firmy.

 



Niestety ,zdarza się, że po kilku hospitalizacjach
rokowanie, co do naszego powrotu do zdrowia staje się niepomyślne.
Z czasem tracimy pracę i stajemy się bezrobotni.
Możemy wystąpić o rentę i o ile ją otrzymamy
to mamy zapewnione podstawowe źródło dochodu,
które w najlepszym razie wystarczy na czynsz i może coś zostanie :(
Oczywiście otrzymanie renty graniczy z cudem.

 



Po pewnym czasie kończy się zasiłek i stajemy się osobami bezrobotnymi
na "garnuszku" opieki społecznej, korzystającymi z pomocy rodziny.
Czyli rozpoczynamy życie podobne do życia 20-30% naszego społeczeństwa.
O ile mieliśmy szczęście to mamy niewielką rentę, ale koszty życia zmuszają nas do poszukiwania pracy.

Z ufnością udajemy się do urzędu zatrudnienia
i jako bezrobotni lub poszukujący pracy otrzymujemy odpowiedni kwestionariusz.
Jako osoby poszukujące pracy (czyli posiadające rentę) musimy
zaznaczyć charakter naszej niepełnosprawności.
Nie możemy nic ukryć.
O ile pamięć mnie nie myli to w rubryce, którą musimy zaznaczyć jest napisane :
zaburzenia psychiczne.

I to by było na tyle. :(

Który pracodawca zatrudni kogoś z zaburzeniami psychicznymi,
być może po kilku próbach samobójczych, itp. ?
Zakłady pracy chronionej również wybierają osoby z chorobami somatycznymi.
Inwalidztwo psychiczne stawia nas na - z góry - przegranej pozycji.

 



Natomiast mając status osoby bezrobotnej (osoby bez stałego źródła dochodu)
- wstydliwie -
ukrywamy nasze problemy zdrowotne.
Niestety , prawda , zostaje odkryta czy to podczas rozmowy kwalifikacyjnej
czy też w ciągu pierwszych tygodni pracy (w końcu nie żyjemy w próżni).
Ponownie tracimy pracę i wpadamy w błędne koło, które może zakończyć się tragedią.



Renta lub tylko hospitalizacja, ze względu na problemy
natury psychicznej powoduje pojawienie się nieuzasadnionego lęku,
który uniemożliwia prawidłową ocenę naszej przydatności jako pracownika.

Ocenia się nas poprzez pryzmat choroby
a nie faktycznych kwalifikacji.



Itd..Itd..Negatywne przykłady mógłbym ciągnąć w nieskończoność.
Nawet praca jako wolontariusz w hospicjum lub PCK bywa dla nas czasami niedostępna.

Pamiętajmy, że praca to nie tylko pieniądze,
ale również najlepsza terapia.
Praca nadaje sens naszemu życiu, a ludzie,
którzy zostali jej pozbawieni, bo tak "postanowił"
los wiedzą o tym najlepiej.
Wiemy, jaka jest skala bezrobocia a ludzie początkowo zdrowi,
pozbawieni pracy przez 2-3 lata również popadają w depresje
lub pojawiają się inne zaburzenia psychiczne.

Powstaje kolejna grupa "psychicznych inwalidów",
którzy tracą szanse na normalne życie.

Człowiek bez pracy czuje się społecznie niepotrzebny, co w końcu
może doprowadzić do tragicznego końca.