Wunibald Muller - Jak wyjść z depresji - fragment

.... Z głodu, który zjada sny, Z gęstych, obojętnych dni, ....
.... Nawet z dna, co nie ma dna, Potrafisz wstać. ....

 

 


Wunibald Muller - Jak wyjść z depresji - fragment

1. Duch słabnie


Stany depresji rozpoczynaja sie od tego, ze traci się poczucie ważności spraw,
którym dotąd przypisywaliśmy wielkie znaczenie, człowiek czuje się wewnętrznie słaby, pozbawiony oparcia, szuka tego oparcia w ludziach, rzeczach, zajęciach,
jeśli uda mu się przywrócić poczucie ważności jakiejś sprawy, przyszłość staje sie łatwiejsza, zapomina on może nawet o problemie.
Zawsze jednak pozostaje ten lęk, że tamten stan się powtórzy, dlatego nie dowierza się swoim odczuciom, a przez to też nieufnie spogląda się w przyszłość.

Jeśli próba przywrócenia dynamizmu życia się nie powiedzie, człowiek jak tonący brzytwy ,chwyta się wszystkiego co daje mu taka nadzieję. jest to sytuacja Abasvera, który nigdzie nie znajduje spokoju.

Mysli krążą bezproduktywnie, stale wokół tych samych tematów. W końcu przychodzi kompletne wyczerpanie, wyłączenie emocjonalne i to jest najtrudniejsze do zniesienia. człowiek błąka się jak umarły i czeka.
Ma tylko jedno pragnienie : zeby nie wyczerpała sie cierpliwość. Gdy wszystko to trwa za długo, a dawne uczucia nie wracają, przychodzi rozpacz :

nie mozna wrócić do normalności, życie przechodzi obok
a my nie jesteśmy w stanie brać w nim udziału.

W ten sposob zaczynamy tonąć we własnych głebinach, grzebiemy w swoim wnętrzu, bo w smutku, rozpaczy , w afektach demonicznych , które w nas teraz panują, jest przynajmniej jakaś energia zyciowa, nawet gdy ona krąży w nas jak w zamkniętym kole.

 
http://groups.yahoo.com/subscribe/melancholja%20:))">
Zapraszam do grupy melancholja :))
Powered by groups.yahoo.com
Z poważaniem

Nobody64

 jeżeli otworzyła Ci się sama ramka to to jest powrót do strony głównej

 


Nadzieja 44-latka (fragmenty pamiętnika)

.... Miałeś zbudować swój pałac Na twardej, mocnej opoce ....
.... Którego wichry i burze Nigdy tknąć by nie śmiały ....
.... Spadły deszcze, wezbrały potoki, I runął, upadek był wielki ....

 

 


]

Fragmenty pamiętnika 44-latka chorego na depresję



wtorek, 8 stycznia 2002

Od sześciu tygodni biorę Prozac, usiłując wydobyć się z kolejnej depresji, czwartej już w ciągu ostatnich pięciu lat.
Tym razem zwątpiłem we wszystko i przez prawie dwa miesiące nie widziałem żadnego wyjścia. Teraz zaczyna mi się trochę poprawiać, choć nie jest to poprawa radykalna. Przez większą część czasu nadal funkcjonuję jak warzywo, ale przynajmniej osłabły wszystkie najczarniejsze myśli.
Już dwa i pół miesiąca jestem bez pracy i nie zapowiada się, by się to miało rychło zmienić. Śpię po dwanaście godzin na dobę i czekam na cud.

Wierzę teraz tylko w farmakologię, wszystkiego innego już próbowałem i wiem, że nie działa -- możesz starać się ile chcesz, a i tak pewnych barier nie przeskoczysz, ani w stosunkach z innymi ludźmi, ani we własnych działaniach.

Pewną otuchą napawa mnie poprawa pamięci po Prozaku. Poprawa jest minimalna, ale to zawsze coś. Pamięć stale była dla mnie źródłem olbrzymich problemów, zawsze czułem się z tego powodu kompletnym idiotą. Nazwiska, nazwy, daty, wydarzenia – wszystko to wietrzało z mojej głowy w zawrotnym tempie. Pamiętałem tylko to, co było aktualnie potrzebne. Wszystko co starsze ulatywało i zdawało się nie pozostawiać żadnego śladu. Przypomnienie sobie nazwiska sprzed kilku lat wymagało nierzadko wielkiego mozołu, katowania się całymi godzinami albo i całymi dniami. Te miliony bitów informacji, które przez całe lata pakowałem do swojej głowy, rozpływały się jak we mgle. Tysiące przeczytanych książek, które mogły uczynić ze mnie chodzącą encyklopedię, wietrzały niemal natychmiast. To tak, jakby wlewać hektolitry cennego płynu do dziurawego wiadra.

Po Prozaku coś jakby drgnęło, czasem łatwiej mi jest przypomnieć sobie jakieś nazwisko, czasem nawet samo przychodzi mi ono do głowy, bez żadnego wysiłku, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nagle okazało się, że sporo informacji gdzieś siedzi w mojej głowie, tyle, że dotychczas blokowały je jakieś dziwne fizjologiczne mechanizmy. Prozac trochę poprzecierał te niedrożne szlaki i uświadomił mi, jak mogłoby wyglądać moje życie z dobrą pamięcią.

Układałem pasjansa na komputerze i zapomniałem na chwilę o wszystkich tych strasznych problemach. Kiedy skończyłem, przez moment czułem się normalnie – nie było depresji, kłopotów, obaw itp. Przez chwilę było normalnie, spokojnie, a nawet błogo. Ale tylko przez chwilę, potem wszystko wróciło jak zły sen.

środa, 9 stycznia 2002

Nadal się obijam, ale czuję się już trochę mocniejszy. Poprawa pamięci, mimo, że obiektywnie nie jest to nic rewelacyjnego, dla mnie wygląda na cud. A swoja drogą, sam nie wiem, jak byłem w stanie latami funkcjonować z tak dziurawą pamięcią, to była jakaś nadludzka ekwilibrystyka.

czwartek, 10 stycznia 2002

Pamięć nadal się poprawia. To jest naprawdę cudowne uczucie móc sobie przypomnieć nazwisko sprzed lat, takie, którego od bardzo dawna nie pamiętałem i które wydawało się nie do odtworzenia. To jest naprawdę jak czary, wydaje się nadprzyrodzone.

piątek, 11 stycznia 2002

Prozac pozwolił mi odzyskać trochę godności. Przedtem w moim życiu był już tylko strach, strach i strach. A nie da się żyć będąc jedynie kłębkiem nerwów. Nawet jeśli wszystko jako tako działa, jakoś się funkcjonuje zawodowo i zarabia pieniądze, to i tak takie życie jest bezwartościowe, jest tylko bólem, nieustannym męczeniem się i prędzej czy później doprowadza do wyczerpania i depresji.

Teraz czuję się w miarę wolny, wolny przede wszystkim od lęku. Nie wiem, co będzie dalej. Być może wszystko zawali mi się na głowę. W takiej sytuacji powiem: Trudno, nic na to nie poradzę. Ale nie dam się powtórnie zepchnąć w ten przeraźliwy stan strachu.

Te moje uwagi są bardzo lakoniczne, hasłowe. Chciałbym to wszystko dokładnie opisać, pokazać stan umysłu, który prowadzi do depresji, cały ten cholerny mechanizm, przedstawiony krok po kroku.

Chwilami Prozac przywraca mi spokój, wprawia w cudowny stan beztroski i obojętności. W tym stanie wszystko jest do zniesienia.

środa, 16 stycznia 2002

Biorę Prozac już prawie dwa miesiące i zaczynam odczuwać poprawę. Nie jest to zmiana rewolucyjna, raczej ciąg małych kroczków, czasami wręcz niezauważalnych, ale w sumie wszystko idzie ku lepszemu. Po pierwsze, minęły te wszystkie straszne myśli, całe to poczucie, że nie mam już przyszłości, że jestem bezwartościowy itp. Po drugie, mam więcej energii i nowych pomysłów. Znów nie jest to zmiana rewolucyjna, bo większość czasu spędzam sam w domu i potrafię spać po dwanaście godzin na dobę, ale w porównaniu z tym, co było, jest to znacząca poprawa. I po trzecie wreszcie, moje myślenie stało się bardziej pozytywne, nastawione na poszukiwanie rozwiązań, a nie na biadolenie.

Myśląc o swoim życiu dochodzę do wniosku, ze pomimo upływu lat wciąż tkwi we mnie to dziecko jakim byłem, z jednej strony śmiertelnie przerażone, a z drugiej kosmicznie wręcz samotne i nie znajdujące nawet odrobiny pocieszenia. Raz to się ukształtowało i tak już trwało.

Jednej rzeczy w życiu nigdy mi nie brakowało – determinacji i uporu. Mimo wszelkich trudności, nawet gdy wydawały się one nieprzezwyciężalne, zawsze byłem gotów brnąć dalej. W najtrudniejszej sytuacji byłem gotów zrobić jeszcze jeden krok do przodu. Tyle, że sam upór nie wystarczał, niezbędna była jeszcze jakaś pomoc z zewnątrz, a ta nigdy nie nadeszła. Być może takiej niezbędnej pomocy mogą dostarczyć leki, być może to one właśnie pozwolą przekroczyć tę granicę, powyżej której moje życie będzie się toczyć, a nie jak dotąd ślimaczyć.

piątek, 18 stycznia 2002

Po raz pierwszy w życiu nie czuje się zaszczutym zwierzęciem. To dziwne, ale dopiero leki pozwoliły mi odzyskać wolność, wydobyć się ze swego rodzaju wewnętrznego więzienia, w którym byłem -- mówiąc nieoględnie -- nic niewartym g..., którym można do woli pomiatać i które stale musi przepraszać, że żyje i ciężko harować na uzasadnienie swojego istnienia.

niedziela, 20 stycznia 2002

Prozac jest trochę jak alkohol, w tym sensie, ze przywraca to, co najważniejsze, czyli spokój. Taki błogi, sielski spokój, niezależny od okoliczności. W życiu nie ma chyba nic cudowniejszego, niż poczucie odprężenia i obojętności czy wręcz beztroski. Czegoś na zasadzie: „Niech się wali, niech się pali, ja i tak nie zamierzam się tym przejmować albo Nie ma się czym przejmować, wszystko się jakoś ułoży&.

Droga, którą szedłem w życiu, okazała się droga prowadzącą na skraj przepaści. Umownie można ją określić jako drogę lęku: martwienia się, niepokoju, nieustannej obawy, czy dam sobie radę, czy nie zostanę uznany za bezwartościowego i odrzucony itp. I po czterdziestu trzech latach poruszania się tą drogą okazało się, że następny krok do przodu jest krokiem w przepaść. I albo można go było wykonać, albo cofnąć się i poszukać innej drogi.

poniedziałek, 21 stycznia 2002

Co chciałbym teraz zrobić?
Przełamać za pomocą farmakoterapii te bariery, które nie dawały mi żyć.

A więc co konkretnie?

v Lęk przed innymi ludźmi, tę niewidzialną barierę, która kazała mi się chować w swojej skorupie, unikać ludzi, bać się ich negatywnej oceny, unikać wywierania na nich jakiegokolwiek wpływu, być zawsze tym, który prosi, a nie tym, który żąda, tym, który się podporządkowuje, a nie tym, który decyduje. Zrezygnować z całej tej swojej submisywności, postawy niewolnika, zyskać choć odrobinę podmiotowości, przestać być „podczłowiekiem” potrafiącym jedynie błagać o akceptację, a stać się kimś, kto ma własne prawa i własne potrzeby i kto potrafi o nie zadbać.

v Przestać się izolować, siedzieć całymi dniami w domu, znaleźć się wśród ludzi, sprawić, żeby coś się działo, żeby nie być stale samemu i nie kisić się we własnym sosie. Sprawić, żeby jakieś impulsy płynęły też z zewnątrz.

v Pokonać lęk przed wystąpieniami publicznymi, tę zmorę mojego życia. Stanąć przed salą pełną ludzi i umieć zachować spokój i trzeźwość myślenia. Pokonać ta ciągłą nieśmiałość, zakłopotanie, wstydzenie się samego siebie.

v Sprawić, żeby to, co robię, nie było jedynie przykrym obowiązkiem, pańszczyzną do odrobienia ciągiem nieustannie piętrzących się trudności, ale stało się pracą na miarę sił, a więc czymś, co można określić jako trud czy wysiłek będący źródłem satysfakcji.

v Znaleźć w życiu trochę zabawy, urozmaicenia, sprawić żeby to wszystko nie było tak śmiertelnie poważne i nudne, znaleźć trochę luzu, zrobić coś nowego, czasem nawet zaszaleć.

v Znaleźć w sobie jak najwięcej entuzjazmu, radości życia, dobrego samopoczucia, tego światełka w środku głowy, które sprawia, że wszystko dokoła staje się nie tylko znośne, ale wręcz przyjemne.

v I wreszcie, last, but not least, znaleźć w sobie dość siły, żeby to wszystko zrealizować.

wtorek, 22 stycznia 2002

Lęk, strach, przerażenie odgrywały w moim życiu tak potężną rolę, że stały się nieodłączną cecha mojego istnienia. Wrosły we mnie tak głęboko, że często ich w ogóle nie zauważałem. Wypełniały większość mojego życia, towarzysząc mi na każdym kroku, obecne od rana do wieczora. Sprawiły, że w końcu do nich przywykłem i nie wyobrażałem sobie, że życie może być od nich wolne.

Życie z tymi upiorami było niesieniem ciężaru ponad siły. Stale sobie powtarzałem: musisz się bardziej starać, musisz dać z siebie więcej, musisz być lepszy, musisz się poprawić. Dlaczego nie masz więcej siły woli? Dlaczego nie potrafisz przełamać swojej słabości? Dlaczego nie jesteś zdolniejszy, nie masz lepszej pamięci, nie starasz się bardziej? I harowałem jak wół od rana do wieczora, zbierałem swoje piątki i wyróżnienia, ale to i tak do nikąd nie doprowadziło. W dorosłym życiu nie wytrzymywałem napięcia, wszystko mi się rozsypywało, niczego trwałego nie udało mi się zbudować. I im gorzej mi szło, tym większe miałem pretensje do samego siebie, no bo taki jest mechanizm tłumaczenia niepowodzeń – nie udało ci się, bo nie byłeś dostatecznie dobry, bo niedostatecznie się starałeś.

Do tego dochodzi cały szereg innych elementów, takich jak zamknięcie w sobie (żeby inni nie zauważyli, jaki jestem beznadziejny), izolowanie się (żeby odzyskać trochę spokoju) czy tendencje ucieczkowe (książki, filmy, telewizja itp.), pozwalające choć na jakiś czas zapomnieć o przykrej rzeczywistości – jak się nie da żyć w świecie rzeczywistym, to się żyje w świecie nierzeczywistym.

Ale tym, co stanowi początek depresji są w istocie tylko dwie rzeczy:
przerażająca samotność (jesteś skazany wyłącznie na siebie, nikt ci nie pomoże) i przerażający strach (nie poradzisz sobie, a jak sobie nie poradzisz, to twoje miejsce jest na śmietniku).

Jeżeli tok powyższego rozumowania jest słuszny, to powinienem szukać leku, który skuteczne zmniejszałby podatność na stres.


Lek taki powinien spełniać następujące warunki:

v powinien przywracać spokój, dawać poczucie odprężenia i beztroski,

v powinien poprawiać nastrój – nie, żebym miał żyć w jakimś nieustającym orgazmie, ale żebym nie czuł się cały czas nieszczęśliwy, żeby „opłacało się żyć”,

v powinien działać aktywizująco, wzmacniać napęd,

v powinien mieć pozytywny wpływ na procesy poznawcze (pamięć, koncentracja, jasność myślenia),

v powinien dawać luz w kontaktach z ludźmi.

Nie powinienem dawać za wygraną, dopóki nie wypróbuję wszystkich możliwości.

Jakie są opcje?

v zaczekać na optymalny skutek terapeutyczny fluoksetyny, zwiększając zarazem dawkę do 60 mg dziennie,

v jeżeli do początku czerwca nie nastąpi poprawa, powinienem przejść na Effexor (wenlofaksynę),

v kolejna opcja to reboksetyna (Edronax),

v dalsze to buproprion (Wellbutrin), ewentualnie jakiś inny SSRI (np. citalopram czy paroksetyna), ew. selegilyna (inhibitor MAO B, nie można mieszać z SSRI) albo jakiś lek trójpierścieniowy.

Prócz tego jest pewnie jeszcze z pół setki innych rzeczy. Coś musi pomóc. Dopóki szansa jest niezerowa, trzeba próbować.

Od paru dni coś zaczęło wypychać mnie z domu. Przedtem mogłem całymi tygodniami siedzieć w czterech ścianach, marzyłem tylko o świętym spokoju, wychodziłem wyłącznie, gdy było to niezbędne. Teraz pojawiła się potrzeba zrobienia czegoś, jakiejś odmiany, wyjścia z domu, pobycia wśród ludzi -- to coś naprawdę nowego. Czyżby jeszcze jeden pozytywny skutek Prozaku?

środa, 23 stycznia 2002

Gdyby potraktować moje życie jako substancję chemiczną, i wydestylować z niego cały ten przeklęty smutek, zamartwianie się, lęki itp., a potem dodać trochę energii, optymizmu, wiary we własne możliwości, to już by było w porządku. Nie narzekam ani na motywację, tej mi nigdy nie brakowało, ani na inteligencję, ani na brak zainteresowania życiem czy nowych pomysłów. Hipotetycznie możliwa jest więc taka sytuacja, że budzę się rano w dobrym nastroju, pełen energii i chęci do życia i jestem w stanie przeżyć ciekawy, aktywny i satysfakcjonujący dzień. I to nie jest tak, że ta hipotetyczna sytuacja jest gdzieś miles away i nie da się zrealizować. Wydaje się, że za pomocą współczesnej psychofarmakoterapii można sprawić, żeby w krótkim czasie z hipotetycznej stała się ona rzeczywistą.

Włożyłem wiele lat pracy w próby przezwyciężenia swoich ograniczeń fizjologicznych za pomocą ciężkiej pracy, psychoterapii, nadludzkiej determinacji i wysiłkowi woli. I co? Nic. Tego się po prostu nie da zrobić za pomocą takich metod, kropka. Pozostaje chemia, tylko chemia.

sobota, 26 stycznia 2002

Słownik osobisty:

bojaźliwy, czujący obawę, strach, trwogę, lękliwy, lękający się wszystkiego, własnego cienia, nerwowy, niespokojny, owładnięty lękiem, pełen obaw, poddający się panice, przerażony, serce wali, podchodzi do gardła ze strachu, robiący wszystko ze strachu, spanikowany, spocony ze zdenerwowania, strachliwy, strapiony, stremowany, wpadający w paniczny lęk, zastraszony, zatrwożony, zimny pot oblewa czoło, z duszą na ramieniu, z zamarłym sercem, żyjący w obawie, w strachu, wiecznie zaniepokojony,

cichy, oszczędny w słowach, introwertyczny, małomówny, milkliwy, opanowany, nieśmiały, pełen rezerwy, powściągliwy, spokojny, trzymający się na uboczu, w cieniu, wycofany, zamknięty w sobie,

bojący się kompromitacji, zdemaskowania, onieśmielony, niepewny siebie, nieskłonny do zabawy, niezdecydowany, skrępowany, spięty, sztywny, wstydliwy jak panienka, wstydzący się samego siebie, zakłopotany, zawstydzony, zażenowany, zdenerwowany,

nie mogący się połapać, ogłupiały ze strachu, tracący orientację, wszystko się kręci, miesza w głowie, zlękniony, zdezorientowany,

cierpliwy, gruntowny, gorliwy, grzeczny, harujący jak wół, pracowity, nadzwyczaj obowiązkowy, perfekcyjny, pilny w nauce, porządny, posłuszny, poważny, pracujący za dwóch, skrupulatny, solidny, staranny, tyrający cały dzień, w domu, w szkole – bez wytchnienia, wkuwający od rana do wieczora, wzorowo traktujący swoje obowiązki, układny, wytrwały, zdyscyplinowany,

nie lubiący tego, co robi, robiący wszystko z obowiązku, wiecznie z siebie niezadowolony,

martwiący się, obawiający się że sobie nie poradzi, przejmujący się, pełen obaw, niepewny przyszłości, nieludzko osamotniony, pozostawiony samemu sobie, przeczulony, przewrażliwiony, strapiony, stroskany, wiecznie zatrwożony, źle przystosowujący się do zmian.


W moim życiu obecne są dwa wektory o przeciwstawnych kierunkach. Pierwszy to onieśmielenie, zastraszenie, odebranie pewności siebie, prowadzące nierzadko do stanów ogłupienia i zdenerwowania graniczących z paraliżem. Drugi wektor to ambicja, pracowitość i przemożna chęć wydobycia się z tej sytuacji, postawienia nogi na twardym gruncie, zbudowani choćby odrobiny stabilności. Oba te wektory z trudem się równoważą – drugi z ledwością kompensuje to, co odbiera pierwszy. Farmakoterapia powinna więc być skuteczna, bo osłabia pierwszy wektor i wzmacnia drugi.

niedziela, 27 stycznia 2002

Co może zmienić Prozac (albo inne leki)? Wyciąg z opisów szczęśliwców, którym pomógł (pomogły) radykalnie:

pozwala obudzić się rano i czuć się szczęśliwym, z przyjemnością myśleć o dniu, który ma nastąpić, myśleć o nim z dziecięcą radością, czuć się wypoczętym, patrzeć w przyszłość z nadzieją, sprawia, że człowiek czuję się jak powtórnie narodzony, a wszystko nabiera nowego znaczenia, „I am so glad to be here”, „It’s so good to be alive”, „The feel-goodnesss goes right into my bones”,

daje poczucie szczęścia bez specjalnego powodu, uczucie zadowolenia, znakomitego samopoczucia, czucia się „lepiej niż dobrze”, wrażenie odmłodzenia,

przywraca życie, usuwa depresję, poprawia jakość życia, pozwala się nim cieszyć, daje dużo energii, pozwala z powrotem zacząć funkcjonować, pozwala normalnie żyć, przywraca spokój i równowagę,

sprawia, że świat staje się wypełniony żywymi kolorami, śmiechem i życiem,

poprawia pomięć i koncentrację, sprawia, że pamięta się imiona ludzi, usuwa uczucie zmęczenia, pozwala mówić bez notatek, wyostrza uwagę,

przywraca zainteresowania tym, co się dzieje dokoła, pozwala dostrzegać kolory, cieszyć się nimi, tworzy upodobanie do wyrazistych kolorów, sprawia, ze wszystko staje się interesujące: jedzenie, ubrania, nauka, sport, historia itd., tworzy głód wiedzy, a zarazem daje energię, żeby go zaspokajać,

poszerza zmysłowość, poczucie przyjemności, błogości wchodzącej w ciało, zmysłowej lecz nieseksualnej,

pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość, spokojnie myśleć o obowiązkach i trudnościach, unikać odkładania rzeczy na później, nie rozpamiętywać przykrych sytuacji, ale się z nimi godzić,

wzmacnia pewność siebie, odporność na krytykę i odmienne poglądy, pozwala zmieniać układy z innymi ludźmi na własną korzyść, daje poczucie siły, wiary w siebie,

sprawia, że chce się być w centrum uwagi, uśmiechać się do obcych, łatwo nawiązuje się z nimi kontakt, miejsce wycofania zajmuje spontaniczność, jest się swobodniejszym, bardziej ożywionym, dostępnym, otwartym,

pozwala nie uciekać w wyimaginowany świat, tworząc zainteresowanie światem rzeczywistym, zwiększa pewność siebie,

daje bolesne poczucie czasu zmarnowanego przez depresję, straconych lat, zmarnowanych szans, odtrąconych przyjaciół,

pozwala przestać bać się o utrzymanie pracy, otwiera na nowe szanse i możliwości, pozwala z powrotem cieszyć się pracą,

pozwala przestać być samemu, przestać się wycofywać, unikać ludzi,

pozwala uwolnić się od obsesji, zmniejsza poziom lęku, uspakaja, ułatwia podejmowanie decyzji, pozwala uwolnić się od fobii, lepiej kontrolować własne myśli.

Wiem, że powyższy opis jest nierealistyczny, że jest to coś na kształt opisu życia w niebie. A mimo to warto mu się przyglądać, bo osoby cierpiące na depresję często już tak dalece przywykły do życia w ziemskim piekle, że uważają tę drugą, pozytywną stronę życia za nieistniejącą. Wiem, że powyższy opis złożony jest z wypowiedzi entuzjastów i że nie można mu w całości przyznać racji. Ale nie można mu też w całości tej racji odmówić. Depresja potrafi zamknąć człowieka na wiele pozytywnych aspektów życia. Dopiero leki czy terapia mogą pozwolić na ponowne dotarcie do tych zapomnianych, miłych obszarów, choć rzecz jasna nie gwarantują stałego tam przebywania.

Bawi mnie ostatnio zabawa słowami, wyczarowywanie światów ze słów, opisywanie tego, co trudno uchwytne, próbowanie dotarcia do tego poprzez słowa, coś jak łapania motyla w siatkę, żeby go było można z bliska obejrzeć.

poniedziałek, 28 stycznia 2002

Skończyłem 44 lata. Siedzę w fotelu i pozwalam żeby przyjemność wchodziła w moje kości. Niczego nie chcę, niczego się nie boję, wszystko jest mi obojętne. Niech się dzieje, co chce, byle już więcej się nie szarpać i nie denerwować. Odczuwać tylko ciepło i błogość, potem niech się to wszystko nawet zawali. Ale najpierw niech choć przez chwilę będzie dobrze. Lubię ten mój czerwony fotel, jedyna spokojną wyspę na rozszalałym morzu życia, jedyne miejsce, w którym nic mi nie grozi.

wtorek, 29 stycznia 2002

Moje życie przypomina obóz koncentracyjny. Wcale nie przesadzam, to jest najtrafniejsze porównanie, jakie mi przychodzi do głowy. Jest to obóz bez wszy i głodu, bez drutów kolczastych i wieżyczek, inny obóz, bo on jest we mnie w środku. Ale lęki są te same, to samo poczucie strachu, beznadziei i rozpaczy, a śmierć czai się za rogiem.

Mogę udawać, że jestem normalny, przed wszystkimi dookoła i przed sobą samym, co zresztą całe życie robiłem, ale to nieprawda. Stopień mojej lękliwości, nerwowości, wewnętrznego niepokoju, zahamowania i napięcia jest tak wielki, że nie pozwala na normalne funkcjonowanie. Nie ma się co oszukiwać, to jest kalectwo.

Kalectwo psychiczne może być bardzo mało widoczne, i dla innych i dla samego siebie. Dla innych, bo zewnętrznie może nie być prawie żadnej różnicy. Dla samego siebie, bo ze swoimi lękami i zahamowaniami obcuje się na codzień, tak, że życie bez nich wydaje się niewyobrażalne. Pod względem uciążliwości depresję porównuje się z ociemniałością lub z ciężkim schorzeniem serca. A tu każą ci funkcjonować tak, jak gdyby nigdy nic, bo masz sprawne ciało i zmysły, więc o co ci właściwie chodzi?

Nie wiem na czym to polega, ale wiem, że jeszcze raz wygrałem z depresją, że chęć istnienia okazała się silniejsza niż zmęczenie życiem. Coś odpuściło, przyszła ulga, powrót nadziei, jakieś oczyszczenie. Może nie będzie cudownie, ale jeszcze jakoś będzie.

Teraz powinienem ustawić poprzeczkę jak najniżej: znaleźć jakąkolwiek pracę i przyzwyczaić się do niej. O resztę będę się martwił później.

W moim życiu gra toczy się prawie zawsze o najwyższą stawkę – o przetrwanie. O mniej nigdy się nie walczy, dlatego wszystko jest aż tak męczące. Cały czas toczy się walka na śmierć i życie, bez chwili odprężenia czy odpoczynku.

Jaki moment lubię w życiu najbardziej? Kiedy po wielkim napięciu niespodziewanie wszystko odpuści, kiedy zejdzie cały ten ciężar z głowy i pleców, kiedy ciało, przedtem spięte, rozluźni się. To jest jak obudzenie się z koszmarnego snu w pięknym pokoju, w miłym, miękkim i ciepłym łóżku. Niespodziewana błogość i bezpieczeństwo w jaskrawym kontakcie z tym, co było wcześniej.

To dziwne, mam czterdzieści cztery lata, a czasami odnoszę wrażenie, jakbym w ogóle jeszcze nie żył. Nie wiem, jak nazwać moją dotychczasową tutaj obecność? Jakimś subsistence, gorszą formą istnienia, produkowaniem CRF i kortizolu, istnieniem bez przyjemności? Jak znaleźć nazwę na te wszystkie lata wypełnione napięciem, przerażeniem i smutkiem? Przecież to było chore, groteskowo chore, byłem cały czas jak zaszczute zwierze, które nawet na chwilę nie mogło złapać oddechu.

Co gorsza, można mi było pomóc, ale ja tego nie wiedziałem Znosiłem to wszystko z pokorą, zamiast łapać wszystkich za rękaw i krzyczeć, że tak się nie daje żyć i domagać się za wszelką ceną pomocy. Czy naprawdę trzeba było aż czterdziestu czterech lat, żeby dowiedzieć się, czym jest rozluźnienie i spokój?

Jak się to wszystko już raz ukształtowało, tak trwało dekadami. Kiedy pamiętam ostatni wieczór bez lęku? Kiedy ostatni raz obudziłem się rano w dobrym nastroju? Kiedy ostatni raz w pracy przeżyłem dzień bez napięcia albo zmuszania się do robienia wszystkiego? Kiedy rozmawiałem z obcą osobą bez potwornego zdenerwowania? Kiedy potrafiłem występując publicznie zachować choć cień spokoju? Kiedy na przyjęciu nie byłem sparaliżowany ze strachu? Kiedy ostatnio z własnej inicjatywy spotkałem się z kimkolwiek? Kiedy ostatnio przeżyłem dzień, podczas którego nie padałem ze zmęczenia? Czy pamiętam jeszcze świat bez nieustannego lęku, przerażenia, obaw i smutku? Kiedy ostatnio nie czułem się debilem, który ma dziurawą pamięć i który nic nie potrafi dobrze zrobić?

Jak w ogóle mogłem się na to wszystko godzić? Po pierwsze, nie wiedziałem, że mogę się nie godzić. To znaczy wiedziałem rzecz jasna, że inna osoba może przeżywać to wszystko inaczej, ale skąd miałem wiedzieć, że ja potrafię to przeżywać inaczej? Ja taki sposób odczuwania świata uznawałem nie za chorobę, ale za swój charakter, za swoją konstytucyjną cechę. Jeszcze kilka lat temu jedno z moich zasadniczych pytań brzmiało: „Czy to w ogóle daje się zmienić, czy to czasami nie jest moja trwała cecha?”

Po drugie, co mogłem zrobić samemu, żeby tę sytuację zmienić? Ciężej pracować? Bardziej się starać? Robiłem to bez przerwy, poprawiałem się nieustannie, kto wie, czy to jeszcze nie pogarszało mojego stanu. Co jeszcze mogłem zrobić? Przeczytać literaturę psychiatryczną. Zrobiłem i to, choć jest to literatura bardzo myląca i zanim udało mi się odsiać wszystkie głupstwa, zmarnowałem dużo czasu.

Po ośmiu latach prób i błędów znalazłem pierwszą właściwą odpowiedź na dręczące mnie pytanie: „Prozac, 60 mg dziennie”. Po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że coś mi naprawdę pomogło. Po raz pierwszy mam poczucie, że życie nie jest jedynie potwornym męczeniem się, ale że może też być przyjemne.

środa, 30 stycznia 2002

Nawet jeśli nie cierpiałem z powodu depresji, to stale cierpiałem z powodu smutku. Przez całe życie cierpiałem na jakąś formę anhedonii , wywołaną nadwrażliwością na stres i wewnętrznym zahamowaniem. Nic tak naprawdę nie było przyjemne, wszystko robiłem niemal wyłącznie z obowiązku. Nie wiedziałem, że można coś chcieć zrobić – chcieć się z kimś spotkać, z kimś porozmawiać, chcieć gdzieś pojechać. Ja to wszystko robiłem albo z obowiązku, albo przez grzeczność, albo żeby mieć poczucie „normalności”, a więc, że jestem taki, jak wszyscy dokoła. Takie pojęcia, jak przyjemność, radość, zabawa były mi obce. I wszystko było takie niesamowicie trudne, wszystko było mordowaniem się, katowaniem się, udręką. Nic nie było spontaniczne, radosne, beztroskie. Moje życie było niemal sterylnie oczyszczone z przyjemności. Teraz czuję się jak obudzony ze złego snu. Wiem, co to znaczy czuć się dobrze. Wiem, co to znaczy odczuwać przyjemność w najzwyklejszych życiowych sytuacjach. Wiem, że robiąc coś, można się tym cieszyć i bawić.

Gdybym miał w jednym zdaniu powiedzieć, co daje Prozac, to powiedziałbym, że odkręca kurek z przyjemnością. Tylko tyle i aż tyle. Pozwala cieszyć się życiem, sprawia, że świat, który przedtem był jedynie źródłem lęku, smutku i cierpienia nagle staje się kuszącą atrakcją, przygodą, obszarem pasjonującej eksploracji, że nabiera smaku, że chce się coś robić, coś zobaczyć, gdzieś pojechać, z kimś się spotkać, spróbować czegoś nowego, że chce się żyć.

Wciąż nie potrafię ubrać w słowa tego, co rzeczywiście najważniejsze. Raz uruchomiony mechanizm lęków, zamartwiania się i niepokoju kręci się już sam. Zatruwa każdą chwile, wpływa na działanie i na kontakty z ludźmi, wypacza percepcję świata. Gdy raz pójdzie się w złym kierunku, to potem już bardzo trudno zawrócić.

piątek, 1 lutego 2002

Dopiero po Prozaku widzę, że szczęście nie jest gdzieś daleko, lecz w zasięgu ręki. Można być spokojnym i uśmiechniętym, ale można też być też stale spiętym i niespokojnym. Można obudzić się rano świeżym i wypoczętym, z ochotą do życia i chęcią zrobienia czegoś, a można też być zwlekającym się z łóżka zombie, myślącym z nienawiścią o czekającym go dniu. Można pójść spać czując spokój i rozluźnienie, a można też położyć się czując niepokój i mając głowę nabitą obawami i zmartwieniami. Można mieć czystą, ostrą świadomość, a można też mieć mgłę w głowie. Można mieć poczucie, że umysł i pamięć pracują sprawnie, a można nie być w stanie przypomnieć sobie nazwiska dobrze znanej osoby. Można mieć poczucie, że wszystko się jakoś ułoży, a można też myśleć nieustannie, że wszystko się zawali. To samo można robić z przyjemnością i z nienawiścią. Ta sama czynność może być niebywale łatwa i niebywale trudna. Drobną czynność można potraktować jako odprężenie i zabawę albo jako znienawidzony obowiązek. Można czuć się dobrze, albo lepiej niż dobrze, ale można też czuć się źle, albo gorzej niż źle. Można mieć dużo pomysłów albo pustkę w głowie. Mówiąc krótko, można być po tej stronie życia, która jest jasna i przyjemna, a można też być po tej, która jest ciemna i smutna.

Problem polega na tym, że ktoś, kto w dzieciństwie stał się kłębkiem nerwów, ma w zasadzie dostęp tylko do tej ciemnej i smutnej strony życia. Normalnie w życiu przechodzi się z jednej strony na drugą. Jest co prawda niewielka grupa szczęśliwców, tych „o dwa drinki do przodu”, którym przyjemność zdaje się sprawiać najbłahsza rzecz. Ale takich jest niewielu. Reszta ludzi zamieszkuje, z różną częstotliwością, obydwa obszary, z tendencją do przemieszczenia się na stronę jasną. Tylko osoby chore na dystymię czy kliniczną depresję zostają uwięzione po stronie ciemnej, bez prawa przekraczania granicy, co oznacza nie tylko stały smutek i lęk, ale też brak nadziei, że kiedykolwiek będzie lepiej.

sobota, 2 lutego 2002

Powtarzam to w nieskończoność, ale muszę napisać jeszcze raz: wreszcie chce mi się żyć. Budzę się rano odprężony i wypoczęty, z ochotą do życia. Idę do sklepu po kawę i chciałbym krzyczeć, że chcę żyć, że jest dobrze, że nie tylko nie cierpię, ale cieszę się tym wszystkim. Słowo daję, niczego więcej nie potrzebuję, jeśli tylko tak zostanie, to będę szczęśliwym człowiekiem. Przedtem chciałem uciec niemal z każdego miejsca, w którym się znalazłem. Teraz chcę tam być i wszystkim się cieszyć.

poniedziałek, 4 lutego 2002

Co w życiu jest najważniejsze? Moim zdaniem pasja, przywiązanie do tego, co się robi, pełne poświęcenie się przedmiotowi swoich zainteresowań. Nie wierzę w letniość, wierzę w gorące zaangażowanie. To, czym się akurat zajmuję, musi być dla mnie najważniejsze, musi wciągać mnie w stu procentach. Przedmiot zainteresowania musi budzić naprawdę gorące uczucia – zainteresowanie, entuzjazm, nawet zachwyt. Muszę dać się ponieść, mieć poczucie, że wchodzę w nieznany, tajemniczy świat. Muszę czuć dreszczyk emocji powodujący, że intelekt i wyobraźnia pracują pełną parą. Ale też sprawić, że to co robię stanie się bardzo prywatne, moje własne, osobiste, że czuję się trochę jak chłopiec tworzący kolekcję znaczków pocztowych albo robiący doświadczenia chemiczne, który kieruje się wyłącznie bezinteresowną ciekawością, chęcią odkrywania nowego terytorium i przeżywania swojej własnej, wielkiej przygody.

Dla mnie życie, które przestaje być przygodą, a zaczyna być rutyną , traci smak i zatraca jakikolwiek sens.

piątek, 8 lutego 2002

Jest rzeczą niesłychaną, że wewnętrzne napięcie może utrzymywać się stale, przez całe lata albo i dziesiątki lat. Całymi dekadami można nie zaznać stanu odprężenia i spokoju. Napięcie może być mniejsze lub większe, zależnie od okoliczności, ale zawsze obecne.

Podobnie latami można być z siebie niezadowolonym i nie ucieszyć się nawet jedną rzeczą, którą się zrobiło. Można stale się karcić, ganić, wstydzić się tego, co się robi, bez ustanku zmuszać do poprawy i doskonalić.

Katar przychodzi i mija. A napięcie, lęk, obawy o przyszłość i niezadowolenie z siebie mogą przejść w stan chroniczny i toczyć umysł tak, jak rak toczy ciało. Całymi latami można żyć w świecie desperacji i nie tylko nie móc się z niego wydostać, ale staczać się coraz bardziej.

sobota, 9 lutego 2002

Pomyśl o wykonywaniu tej samej czynności z różnym skutkiem. Jeżeli idzie ci źle, czyli więcej cię ta czynność kosztuje niż otrzymujesz z powrotem, uznajesz, że jest to bez sensu i że rzecz cała jest bezwartościowa i niewarta zachodu. Jeżeli natomiast idzie ci dobrze, wszystko natychmiast nabiera znaczenia i jest oceniana pozytywnie. Mówiąc ogólniej, życie zaczyna być przyjemne i wartościowe dopiero po przekroczeniu pewnej masy krytycznej. Do pewnego poziomu nie opłaca się żyć i wszystko jest odbierane jako głupie i bezsensowne. Dopiero po przekroczeniu pewnej wartości zysk/koszt sytuacja się zmienia, pojawia się przyjemność z tego co się robi, satysfakcja i pozytywna ocena.

 


Ostatnio przestałem odczuwać lęk przed ludźmi.
Z pozycji podrzędnej przeszedłem na pozycję równorzędnego partnera.
W braku lepszego określenia można by powiedzieć, że zyskałem podmiotowość.
Mam poczucie, że nie tylko innym coś się ode mnie należy,
ale że działa to też w drugą stronę, że zasługuję na miłość,
poważne traktowanie, sensowną pracę.

Do tej pory miałem poczucie wręcz odwrotne,
że na to wszystko nie zasługuję, a jeżeli już coś dobrego mi się przytrafia, to mi się to nie należy.

Reakcja innych na tę zmianę jest natychmiastowa.
Jestem traktowany znacznie cieplej i na więcej mogę sobie pozwolić.

:)))

 
http://groups.yahoo.com/subscribe/melancholja%20:))">
Zapraszam do grupy melancholja :))
Powered by groups.yahoo.com
Z poważaniem

Nobody64

 jeżeli otworzyła Ci się sama ramka to to jest powrót do strony głównej

 


Nowe spojrzenie na problem

..... Wszelki ruch to tylko pozór jest, Tylko mknie do przodu czas ....
.... Martwe morze stoi wokół nas I nadziei brak na wiatr ....:((

 

 

 


Mamy teorię, która wyjaśnia mechanizm powstawania depresji

Mamy teorię, która wyjaśnia mechanizm powstawania depresji

twierdzą amerykańscy uczeni.

Wiemy także, dlaczego nie wszystkim pomaga Prozac.


Bolesne wspomnienia hipokampa.

Ponad połowa pacjentów z depresją ma podwyższony poziom kortyzolu - głównego hormonu stresu.
Jego stężenie we krwi pozwala nawet z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, czy i kiedy nastąpi nawrót choroby.
Gdy rośnie - wzrasta ryzyko ponownego obniżenia nastroju. Z danych wynika też, że na depresję są narażone zwłaszcza osoby, które nie miały szczęśliwego dzieciństwa: np. były zaniedbywane i wykorzystywane lub straciły jedno z rodziców.

W badaniach przy użyciu rezonansu magnetycznego okazało się, że ich hipokampy (hipokamp to część mózgu odpowiedzialna m.in. za przetwarzanie i klasyfikowanie nowych informacji, które mają być zmagazynowane w pamięci) są mniejsze niż w kontrolnej grupie dorastającej bez większych stresów.
Dlaczego?
Bo stres, zwłaszcza długotrwały i przeżywany w dzieciństwie, jest dla komórek hipokampa zabójczy.
Ponieważ właśnie ta część mózgu pełni ważnąrolę w przetwarzaniu wspomnień, jednym ze skutków jej uszkodzenia może być niezdolność chorego na depresję do radzenia sobie z bolesnymi wspomnieniami i nadmierna reakcja na wydarzenia, które je przywołują z pamięci.

Z powiązania tych dwóch teorii uczeni wysnuli wniosek, że przeciwdepresyjne działanie leków może polegać na ułatwieniu regeneracji komórek hipokampa, wszystkie preparaty antydepresyjne przywracają bowiem równowagę układu nerwowego i normalizują jego odpowiedź na stres.
Podobną rolę może też pełnić psychoterapia. Ponowne, "bezpieczne" przeżywanie wspomnień może "uaktywniać" właściwe połączenia nerwowe, a "tłumić" te nieprawidłowe.
Teoria regeneracji wydaje się prawdopodobna jeszcze z jednego powodu. Otóż większość leków przeciwdepresyjnych zmienia skład chemicznego "koktajlu" rozmaitych substancji w mózgu w ciągu godzin, a co najwyżej dni.
Tymczasem na pierwsze efekty leczenia zwykle trzeba czekać dłużej - nierzadko nawet kilka tygodni.
Gdyby zatem depresja wynikała wyłącznie z zaburzeń równowagisubstancji chemicznych w mózgu, poprawa nastroju powinna następować dużo szybciej. Jeśli jednak w grę wchodzi regeneracja lub tworzenie nowych komórek nerwowych - wówczas kilka tygodni oczekiwania na efekt jest w pełni usprawiedliwione.

Dwa typy depresji, czyli ci, co śpią i ci, co spać nie mogą

A co w takim razie z tak popularnymi ostatnio lekami z grupy Prozacu, zwiększającymi w mózgu stężenie "hormonu szczęścia" - serotoniny?
Czy należy odesłać je do lamusa?
Otóż nie, naukowcy znaleźli sposób by bardzo zgrabnie wpleść tę grupę leków w nową teorię.
Jak twierdzą, wszystkie leki przeciwdepresyjne zwiększają obecność serotoniny w mózgu - jedne podnoszą jej stężenie, inne zwiększają liczbę lub wrażliwość receptorów komórek nerwowych. A zwiększenie przepływu serotoniny przywraca zachwianą w depresji równowagę chemiczną mózgu.

Dlaczego zatem nie wszyscy reagują wspaniale na Prozac?
Czasami leki z tej grupy mogą nawet pogorszyć nastrój chorego (i tak już nie najlepszy).
Zdaniem Davida Healy'ego, szefa wydziału psychologii na University of WalesCollege of Medicine, tak różne reakcje są wynikiem różnych predyspozycji psychicznych u leczonych pacjentów.

Healey zbadał grupę zdrowych ochotników i stwierdził, że część z nich lepiej reagowała na leki z grupy Prozacu, podczas gdy inni czuli się lepiej np. po reboksetynie (leku podwyższającym poziom noradrenaliny, hormonu wpływającegona poziom aktywności człowieka).

Dlaczego?

Okazało się, że ci pierwsi reprezentowali typ osobowości oczekujący nagród.
Gdy jakieś przedsięwzięciesię nie udawało - wpadali w psychiczny dołek.
Nie mogli spać. Snuli się pomieszkaniu lub biurze, nie mogąc sobie znaleźć miejsca.
Dodatkowy,uspokajający "zastrzyk" serotoniny stawiał ich na nogi.
Za to aktywizująca reboksetyna pogłębiała depresję - sprawiała, że tracili kontrolę nad sobą i mogli nawet targnąć się na życie.

Odwrotnie było z drugą grupą, nastawioną - według badacza - przede wszystkim na unikanie przykrości.
Tych nie trzeba było uspokajać.
Wręcz przeciwnie -gdy coś poszło nie tak, spali całymi dniami i nie chciało im się wyjść nawetdo toalety.
Prozac i inne podobne leki (tzw. serotoninergiczne) spływały ponich jak po kaczce. Za to pobudzająca reboksetyna potrafiła wypchnąć ich z łóżek i z powrotem przywrócić do życia.

Prawdopodobnie właśnie dlatego skuteczność leków przeciwdepresyjnych wypada w badaniach klinicznych tak marnie.
Nikt dotąd nie dzielił pacjentów nagrupy pod względem typu osobowości, dlatego choć część z nich reagowała na dany lek bardzo dobrze, część nie odnosiła z leczenia żadnej korzyści.
Statystyczny efekt był więc bliski placebo (substancji nie mającej leczniczego działania).

Czy nowa teoria powstawania depresji pozwoli na jej skuteczniejsze leczenie
i lepszy dobór lekarstw dla chorych?

Miejmy nadzieję, że tak. :)

Strażnicy neuronów

Naukowcy i lekarze od dziesięcioleci zastanawiali się, jak to jest możliwe,że lekarstwa o bardzo różnej budowie (a nieraz pozornie przeciwstawnychmechanizmach działania) pomagają w leczeniu jednej choroby.

Badacze z wydziału psychiatrii University of Texas w Dallas twierdzą, że są bliscy wyjaśnienia zagadki.
Ich zdaniem wszystkie leki przeciwdepresyjne mają, mimo różnic, pewne wspólne cechy.
Jedną z nich jest zwiększenie w hipokampie (części mózgu odpowiedzialnej m.in. za przetwarzanie iklasyfikowanie nowych informacji, które mają być zmagazynowane w pamięci) ilości białka zwanego CREB.

 CREB ma za zadanie pobudzanie w komórkach hipokampa produkcji innych białek, m.in. BDNF (ang. brain derivedneurotropic factor), czyli pochodzącego z mózgu czynnika neurotropowego niezbędnego do prawidłowego rozwoju układu nerwowego u młodych zwierząt, a udorosłych pełniącego rolę swoistego "opiekuna", który chroni komórki przed niekorzystnym wpływem stresu i pobudza je do tworzenia nowych połączeńnerwowych.

 Im więcej BDNF, tym zdrowsze i aktywniejsze są posiadające go neurony.
Według badaczy obecność BDNF sprzyja także regeneracji komórek hipokampa, a więc również - leczeniu depresji.

 

 

http://groups.yahoo.com/subscribe/melancholja%20:))">
Zapraszam do grupy melancholja :))
Powered by groups.yahoo.com
Z poważaniem

Nobody64

 jeżeli otworzyła Ci się sama ramka to to jest powrót do strony głównej


Leki P-Depresyjne (nowy podział)

.... Wieża Babel, Piękny, choć nieludzki ląd, Coraz dalej, Coraz trudniej uciec stąd ....
..... Martwe morze stoi wokół nas i nadziei brak na wiatr ..... :((

 

 


Podzial lekow P-Depresyjnych

Podzial lekow P-Depresyjnych
oparty na nowej teorii  wyjaśniajacej mechanizm powstawania depresji. 


Dwa typy depresji, czyli ci, co śpią i ci, co spać nie mogą

...........Dlaczego zatem nie wszyscy reagują wspaniale na Prozac?
Czasami leki z tej grupy mogą nawet pogorszyć nastrój chorego (i tak już nie najlepszy).
Zdaniem Davida Healy'ego, szefa wydziału psychologii na University of WalesCollege of Medicine, tak różne reakcje są wynikiem różnych predyspozycji psychicznych u leczonych pacjentów.

Healey zbadał grupę zdrowych ochotników i stwierdził, że część z nich lepiej reagowała na leki z grupy Prozacu, podczas gdy inni czuli się lepiej np. po reboksetynie (leku podwyższającym poziom noradrenaliny, hormonu wpływającegona poziom aktywności człowieka).

Dlaczego?

Okazało się, że ci pierwsi reprezentowali typ osobowości oczekujący nagród.
Gdy jakieś przedsięwzięciesię nie udawało - wpadali w psychiczny dołek.
Nie mogli spać. Snuli się pomieszkaniu lub biurze, nie mogąc sobie znaleźć miejsca.
Dodatkowy,uspokajający "zastrzyk" serotoniny stawiał ich na nogi.
Za to aktywizująca reboksetyna pogłębiała depresję - sprawiała, że tracili kontrolę nad sobą i mogli nawet targnąć się na życie.

Odwrotnie było z drugą grupą, nastawioną - według badacza - przede wszystkim na unikanie przykrości.
Tych nie trzeba było uspokajać.
Wręcz przeciwnie -gdy coś poszło nie tak, spali całymi dniami i nie chciało im się wyjść nawetdo toalety.
Prozac i inne podobne leki (tzw. serotoninergiczne) spływały ponich jak po kaczce. Za to pobudzająca reboksetyna potrafiła wypchnąć ich z łóżek i z powrotem przywrócić do życia.

Prawdopodobnie właśnie dlatego skuteczność leków przeciwdepresyjnych wypada w badaniach klinicznych tak marnie.
Nikt dotąd nie dzielił pacjentów nagrupy pod względem typu osobowości, dlatego choć część z nich reagowała na dany lek bardzo dobrze, część nie odnosiła z leczenia żadnej korzyści.
Statystyczny efekt był więc bliski placebo (substancji nie mającej leczniczego działania)...........

 

Dwa typy osobowości....  i  Dwa typy leków.....

I .   Typ osobowości , dobrze reagujący na leki zwiększające poziom serotoniny :

Ludzie pobudzeni, oczekujący sukcesów, cierpiący na bezsenność.

Leki zwiększające poziom serotoniny :

1. Fluoxetine :   Bioxetin, Deprexetin, Fluoksetyna Fluoxetin, Prozac, Seronil

2. Citalopram hydrobromide  :   Cipramil

3. Paroxetine:  Seroxat

4. Sertraline:  Zoloft

5. Fluwoksamine maleate :  Fevarin


II.   Typ osobowości , dobrze reagujący na leki zwiększające poziom noradrenaliny : 

Ludzie nastawieni na unikanie przykrości, przesypiający całe dni, pozbawieni wszelkiej aktywności.

Leki zwiększające poziom noradrenaliny :

1. Reboxetine :  Edronax (tabl. 4 mg)

2. Maprotiline hydrochloride :   Ludiomil

3. Aminopentyna :   ?? brak danych o preparatach dostępnych w Polsce

4. Bupropion :   ?? brak danych o preparatach dostępnych w Polsce

5. Tiapenyna :   ?? brak danych o preparatach dostępnych w Polsce

 

Zapewne są i inne leki zwiększające poziom noradrenaliny,
ale na razie nie mam pewnych danych a nie chcę nikogo wprowadzać w błąd.

http://groups.yahoo.com/subscribe/melancholja%20:))">
Zapraszam do grupy melancholja :))
Powered by groups.yahoo.com
Z poważaniem

Nobody64

 jeżeli otworzyła Ci się sama ramka to to jest powrót do strony głównej

 


 

Depresja

.... Tak przemijasz w miejscu Spalasz się, Jak pustynny w słońcu głaz ....
.... Martwe morze stoi wokół nas i nadziei brak na wiatr .... :((

 

 

   
O Przewlekłej Depresji - subiektywnie

Nowe spojrzenie na problem

Leki P-Depresyjne (nowy podział)

Nadzieja 44-latka (fragmenty pamiętnika)

Wunibald Muller - Jak wyjść z depresji - fragment


P r z e w l e k ł a   D e p r e s j a   E n d o g e n n a ............? ? ?
B o s k i   P l a n ?......czy......."g e n o w a    r u l e t k a" ?

Pechowy "rzut" losu, za który cierpimy całe życie..?.. :(

Osobiście wolę teorię o genetycznym podłożu depresji.
Geny kiedyś "ujarzmimy" ...
a z Bogiem na pewno nie wygramy ;)
Czym jest depresja endogenna, co ją wywołuje, czy można ją wyleczyć ?

Na razie mamy więcej pytań niż odpowiedzi.
Wiemy, ze depresja endogenna towarzyszy człowiekowi od najdawniejszych czasów.
Pierwsze opisy depresji napotykamy w pracach Hipokratesa, który określił ja mianem
"m e l a n c h o l i a".
Termin ten przetrwał do dnia dzisiejszego i chociaż obecnie nadajemy mu trochę inne znaczenie
niż typowej depresji (w rozumieniu definicji medycznej)
to jednak nadal określa on pewien szczególny, niepokojący stan psychiki człowieka.

Wszystko rozpoczyna się niepostrzeżenie.

Człowiek żyje, cieszy się, snuje plany na przyszłość , ma marzenia
aż niespodziewanie
przychodzi moment, w którym to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Nasze własne życie staje się podobne do czarnobiałego filmu wyświetlanego za szklana ścianą,
który przesuwa się klatka po klatce nie wywołując żadnych emocji.
To życie, ten film nie należy już do nas i przestajemy mieć wpływ na jego scenariusz.

Człowiek, który do tej pory "kalendarz życia" miał wypełniony po brzegi
nagle zamyka się w sobie, nie widzi sensu w jakimkolwiek działaniu.

Rozpoczyna się degradacja psychiczna i społeczna.

Zamiast iść do pracy czy szkoły, czuje się potwornie wyczerpany, zmęczony.
Przestaje odczuwać radość, szczęście, smutek, gniew, satysfakcje

pojawia się lęk.

Próbuje uciec w sen, ale często pojawia się bezsenność ,
trudności w zasypianiu, pobudki o trzeciej nad ranem.
Bliscy przestają go interesować,
kontakty i konieczność rozmów z rodziną stają się bolesnym obowiązkiem,
własne dzieci i ich śmiech stają się torturą.
Najprostsze codzienne czynności przerastają siły tego człowieka.
Zaniedbuje swój wygląd, zaniedbuje sprawy rodzinne i zawodowe.
Posiłki spożywa niechętnie i rzadko, często pod przymusem.
Rytmy dobowe; snu i aktywności przestają istnieć.
Jest jeden rytm; rytm konieczności istnienia wbrew sobie,
który nie daje radości, ale powoduje straszliwy ból psychiczny.

Ból życia staje się nie do zniesienia.
Pojawiają się myśli samobójcze.

Oczywiście w tym momencie można powiedzieć,
że jest to jakaś forma "lenistwa" czy też sposób na wyciągniecie korzyści od otoczenia.
W końcu każdy chciałby spać i nic nie robić.

Takie myślenie byłoby uprawnione gdyby człowiek w depresji
faktycznie dążył do osiągnięcia jakichkolwiek korzyści materialnych lub innych.
Takiemu człowiekowi można oferować wszystko ;
i pieniądze i stanowiska i ....
ale nie ma to dla niego żadnego znaczenia.
Dla niego już nic nie ma znaczenia.
Możemy go prosić, błagać, krzyczeć lub nawet grozić śmiercią.
Jedyną odpowiedzią będzie puste, nieobecne spojrzenie.

On nie ma chęci do życia a tego nie można kupić za żadna sumę pieniędzy.

Po co pieniądze, jeżeli ktoś nie ma ochoty jeść, ubierać się,
bawić się , zajmować swoim hobby, słuchać muzyki, itd. ?
Po co, komuś pieniądze jeżeli ten ktoś nie chce żyć ?
Taka osoba nie potrzebuje (według siebie) niczego, bo życie przestało mieć sens.
W swoim życiu nie ma już żadnych planów i marzeń.
Życie nie daje mu żadnej satysfakcji.
Życie staje się niechcianym "darem" Boga lub losu.
Jedynym wyjściem z tej bolesnej konieczności istnienia staje się śmierć,
ale nawet do popełnienia samobójstwa potrzebna jest energia a tej brakuje.

Czasami udaje się odnaleźć spokój w śmierci,

ale czasami wpada się w błędne koło nieudanych prób samobójczych,
które otoczenie tłumaczy sobie jako "wołanie o pomoc",
W rzeczywistości są to działania człowieka, który naprawdę chce umrzeć ,
ale brak mu już sił na skuteczne zakończenie męki zwanej życiem.

Życie staje się piekłem.

Niestety taki człowiek wolniej lub szybciej traci dorobek całego swojego życia.
Traci kontakt emocjonalny z najblizszą rodziną.
Traci pracę lub przerywa naukę.
Bez środków do życia z czasem traci mieszkanie.
Dobrze, jeżeli znajdą się jakieś bliskie osoby, które zareagują
i zmuszą człowieka do leczenia.........

....ale..czasami nie ma nikogo....
.....lub też człowiek w depresji wychodzi z domu i
"z n i k a".

Jest kolejną zaginioną osobą, która nie utrzymuje żadnych kontaktów z rodzina
i jako bezdomny tuła się po dworcach i noclegowniach.

Kiedy czasami widzisz "włóczęgę",
który siedzi chory i brudny w cuchnącym, zawszonym ubraniu i

nieobecnym wzrokiem patrzy w sobie tylko znaną część wszechświata

to pomyśl, że może to być osoba w depresji,
która opuściła swoich bliskich nie chcąc skazywać ich
na konieczność oglądania swojego upadku
lub... osoba w depresji, która po kilku latach bezskutecznego leczenia
straciła już wszelką nadzieję
lub...osoba , która w trudnych chwilach nie miała nikogo bliskiego
lub.... .
Co człowiek to inna, tragiczna historia
a życie to najlepszy pisarz ze szczególnym upodobaniem do dramatów. :(

Takie osoby są zazwyczaj samotne, nie proszą o jedzenie lub pieniądze
a w ich oczach możesz wyczytać tylko jedno :

prośbę o śmierć.

Oczywiście większość ludzi w depresji jest pod opieka rodziny i lekarzy
i zazwyczaj prędzej czy później rozpoczyna życie na nowo,
ale jest pewna grupa ludzi, która kończy życie w ....

....bezimiennym kanale ludzkiej egzystencji.....

Istnieją różne postacie depresji a moje pesymistyczne zdania odnoszą się
do przewlekłej, lekoopornej depresji endogennej,
która stanowi mały odsetek wszystkich depresji.

Jeżeli chorujesz na depresję to pamiętaj,
że 99% depresji jest wyleczalne w 100%

 

http://groups.yahoo.com/subscribe/melancholja">
Jak chcesz to możesz się zapisać do grupy melancholja
Ale przymusu nie ma ;)
Powered by groups.yahoo.com
Z poważaniem

Nobody64

 jeżeli otworzyła Ci się sama ramka to to jest powrót do strony głównej